Czarny Pot (III)

III

BRAMY RAJU

Antresola pogrążona jest w ciemności. Wiatr wyje pomiędzy nagimi, obdrapanymi ścianami, poruszając walającymi się tu i ówdzie strzępami papieru, tektury i materiału. Ogromne telebimy okienne zioną nieprzeniknioną czernią. Gdzieniegdzie zepsute obwody strzelają iskrami.
– Z pucharem w dłoni…
Pod jego butami chrzęszczą odłamki szkła. Korytarz przywołuje na myśl trzewia.
– …król hula tej nocy….
Po lewej stronie jeden z telebimów wyświetla rozgwieżdżone niebo. Gwiazdy wydają się być odległe bardziej niż naturalnie, niewyraźne, przesłonięte tiulem. Dymem płonącego świata.
– …wśród dzikich tańców…
Nie, to nie jest projekcja. Kiedy pochodzi bliżej, czuje na twarzy powiew świeżego, mroźnego powietrza, a to powietrze wdziera mu się boleśnie do płuc. Łapie je chciwie otwartymi ustami i wlewa w siebie niczym najlepszy alkohol. Potem, uchwyciwszy dłońmi ostre krawędzie, wychyla się na zewnątrz i patrzy w dół.
– …i pijanej wrzawy.
Na parkingu, dwadzieścia trzy piętra niżej, panuje spokój.
– Tak oto sami sobie stajemy się nadzieją na ocalenie – Lloyd mówi do siebie cicho i odsuwa się od dziury po wyrwanym telebimie. Przez chwilę trwa w bezruchu, nasłuchując. Potem opuszcza antresolę i staje w otwartych drzwiach ogromnej sali konferencyjnej, zajmującej znaczną część kondygnacji.
Sunie wzrokiem po rzędach brudnych foteli.
Mgliste wspomnienie: aula, rzędy czerwonych krzeseł, zgiełk. Przeciska się przez tłum, trzymając matkę za rękę. Ręka jest zimna w dotyku, lecz chłód ten działa na niego uspokajająco. On ma zaś na sobie odświętny strój. Data: nieznana. Pora dnia: przedpołudnie. Ludzie obradują, przekrzykują się nawzajem. Są bliscy paniki. Lloyd miał wtedy osiem lat, znał znaczenie słowa „wojna”, nie wzbudzało ono w nim jednak żadnych emocji. Był zadowolony, bo przynajmniej mogli wyjść wcześniej z kościoła ewangelickiego przy 45th Street, N.Y.
Wspomnienie rozmywa się. Znów stoi w wejściu do sali konferencyjnej, z nożem w prawej dłoni. Rękojeść jest chłodna.
Jak ręka matki.
Sala konferencyjna przypomina grobowiec. A kiedy wzrok Lloyda napotyka dwa poskręcane ciała wciśnięte między fotele, porównanie to nabiera sensu.
Lloyd wciąga w nozdrza subtelną woń śmierci i rozkładu.
Wie, że powinien już wracać, coś ciągnie go jednak w kierunku ciał, ma wrażenie, iż zapraszają go do tańca. Kiedy już stawia w ich stronę pierwsze kroki, słyszy jakiś chrobot dobiegający z drugiego końca sali. Zamiera, nasłuchuje. Zgrzyt, kilka sekund ciszy, kolejny zgrzyt.
TO nadchodzi.
Lloyd powoli wycofuje się do antresoli.

*

Kiedy pułkownik Morris otworzył wreszcie oczy, ogarnęło go przerażenie. Nie było przy nim nikogo; leżał sam, z czyimś hełmem wetkniętym pod głowę. Na próbę obrócenia się na któryś z boków jego organizm zareagował błyskawicznie. Pociemniało mu w oczach, krew zapulsowała w skroniach.
Położył się ponownie na plecach i odchylił głowę do tyłu. Oddychał głęboko.
„Jesteś dowódcą” – zganił się w myślach – „jesteś pieprzonym dowódcą, na tobie leży ciężar odpowiedzialności za życie tych ludzi. Więc weź się w garść i spróbuj wymyślić coś sensownego!”
Nie wiedział, jak długo był nieprzytomny. Pamiętał wciąż jednak, z czyjego powodu.
To Garry.
Morris zaufał mu, uwierzył w plan szybów wentylacyjnych, który wyświetlił jeden z telebimów, w chwilę po tym, jak Godunow wysłał Ariela w objęcia wiecznego snu. To był błąd. Błąd, który nie powinien się przytrafić nikomu. I chociaż udało się, chociaż wpuszczony do szybu gaz nie zabił ani jego, ani Catherine, bo wykazali się wystarczająco szybkim refleksem, by założyć maski, i chociaż przedostali się wyżej – WYŻEJ – należało zadać sobie teraz jedno zasadnicze pytanie. Jak duże koszty będą musieli ponieść, by osiągnąć ostateczny cel. Jaskinię lwa.
Maxwell. Catherine. Lloyd.
Przed oczami Morrisa stanął właśnie Lloyd. Napłynęły obrazy. Lloyd obserwujący śmierć człowieka wzrokiem wypranym z wszelkich uczuć. Lloyd rzucający w szczura nożem. Lloyd wdychający toksyczne opary jak powietrze. Lloyd czytujący przedwojenną poezję.
Lloyd.
– Lloyd…
– Tak nazwała mnie matka. I tak przeklął mnie Bóg.
Morris odemknął powieki. Sierżant stał nad nim; jego barczysta sylwetka odcinała się posępną plamą na tle przeciwległej ściany. Oczy błyszczały mu w półmroku.
– Zwiad zakończony – rzekł. – Sprawdziłem wyższe piętra. Dwudzieste czwarte i dwudzieste piąte. Zgodnie z rozkazem.
Z rozkazem, pomyślał Morris z dziwną złością. Z czyim, do cholery, rozkazem?! Ja byłem nieprzytomny, a najwyższy rangą – o ile jakiekolwiek stopnie miały jeszcze znaczenie – jesteś ty sam, Lloyd. Najwyraźniej sam sobie wydajesz polecenia, sierżancie…
– Na dwudziestym czwartym nie wykryłem obecności wroga. To piętro biurowe. Przedwojenne wyposażenie w złym stanie. Nic specjalnego.
– Gdzie Maxwell…? – spytał Morris ochrypłym głosem. – I… Catherine…? I co ty tutaj…?
– Klatka schodowa zdaje się być nienaruszona. Brak oznak działalności wroga. Natknąłem się tylko na starą kamerę kroczącą, typ trzeci. Wyglądała na uszkodzoną, ale unieszkodliwiłem ją całkowicie. Dla pewności.
– Sierżancie, gdzie oni są?!
Lloyd spojrzał na niego z… tak, z zaskoczeniem. Przez chwilę milczał.
– Rżną się, pułkowniku – powiedział wreszcie. – Plugawią ołtarz naszego wspólnego bólu. Mogłem nie wyciągać kaprala z szybu. To moja wina.
W pierwszej chwili Morris miał ochotę zerwać się z twardej podłogi i trzasnąć sierżanta w twarz. A potem znaleźć tę kochliwą dwójkę i wypruć im flaki. A jeszcze potem obrócić ciało Catherine i… Wtedy jednak przypomniał sobie gdzie i kim jest. I co jeszcze ma do zrobienia.
– Sierżancie – rzekł więc spokojnie – proszę kontynuować.
Lloyd spojrzał na niego bez emocji.
– Dwudziesta piąta kondygnacja to duża, przedwojenna sala konferencyjna, otoczona antresolą. Brak oświetlenia. Z antresoli można przedostać się schodami na wyższe partie budynku. Liczne ślady walki. Stare ślady – dodał szybko. – Eksplozja wyrwała jeden z telebimów okiennych, ale jakiekolwiek zejście w dół jest wykluczone. To idealnie pionowa ściana.
– A sala konferencyjna?
– Sala konferencyjna… Są tam rzędy foteli… jak…
– Lloyd…?
– …jak w teatrze…
Morrisowi zdawało się, że Lloyd bezgłośnie oblizał wargi. Mogło być to jednak tylko złudzenie.
– Lloyd, czy to miejsce jest bezpieczne?
(Dwa ciała. Krew. Zgrzyt, kilka sekund ciszy, kolejny zgrzyt.)
– Tak, pułkowniku – powiedział wreszcie sierżant. – Tam jest bezpiecznie.

*

– Wiesz, Catherine…? Kiedy się stąd wydostaniemy, zabiorę cię… gdzieś, gdzie jest cicho i spokojnie…
Spojrzała na niego dziwnie. Bez uśmiechu.
– Moglibyśmy pojechać do Teksasu… – mówił dalej, bawiąc się kosmykiem jej włosów – Tam byłoby nam dobrze. Jak w raju…
Strąciła z siebie jego dłonie i usiadła gwałtownie. Szybko odwróciła się do Maxwella plecami i zaczęła zapinać guziki bluzki. Po chwili, w ciemności błysnął ogień zapalniczki.
Kapral uważnie przyglądał się dziewczynie, kiedy paliła. Dopiero teraz zauważył, że trzęsą jej się ręce. Wątpił, aby były to jeszcze efekty tego, co robili przed chwilą. On sam zdążył już ochłonąć, chociaż rozdrapane do krwi ramiona dalej szczypały. Dziewczyna ma temperament, pomyślał z dziwnym rozbawieniem. A chwilę później Maxwell nie mógł już powstrzymać głośnego śmiechu, który słychać było chyba w najdalszych zakamarkach budynku.

*

Gdy rozdzielali między siebie żałosne resztki amunicji, Morris starał się nie patrzeć na Catherine. Na jej lśniące oczy, spocone czoło i drżące dłonie.
– Lloyd, poprowadzisz. Potem Cathe i ja. Maxwell zabezpiecza tyły.
– Taaa jest…
– Pozazdrościć entuzjazmu.
Pułkownik Morris wziął głęboki oddech i przyjrzał się swoim ludziom. Lloyd opierał się o spękany filar i z zadumą skubał swoje jasne, kręcone włosy. Catherine przekładała pistolet z ręki do ręki, w niezdrowym podnieceniu oblizując spieczone wargi. Maxwell bez przerwy oglądał się przez ramię i oświetlał korytarz latarką, mrucząc coś do siebie.
Morris podniósł z podłogi rugera. Broń przyjemnie ciążyła.
– Hej, Garry! – ryknął ku zaskoczeniu żołnierzy, celując wzrokiem gdzieś w sufit. – Garry, ty chuju niemyty! Słyszysz mnie?! Postaw wodę na herbatę! Przygotuj ciasteczka! I wypnij swoją jebaną dupę, bo mamy zamiar ci ją odstrzelić! Słyszysz, kutasie?! Idziemy do ciebie! Idziemy!!!
I poszli.

*

Piętro dwudzieste siódme.
Gruz. Plastikowe krzesła rozstawione wzdłuż ścian niewiadomo przez kogo i po co. Rozsypany stosik pożółkłych czasopism i gazet. Strzaskana gablota. Skórzany fotel podziurawiony kulami. Za fotelem ludzki szkielet w stroju pokojówki. Koronkowy fartuszek zlepiony skrzepami krwi.
Catherine pyta, czy może przymierzyć buty.

*

Piętro dwudzieste ósme. Zgrzyt przejeżdżającej windy. Dziwne dudnienie w jednym z pomieszczeń. Lloyd zamierza otworzyć drzwi opatrzone numerem 2804, ale Morris łapie go za ramię i z trudem odciąga od klamki. Maxwell klnie głośno, wciąż zerkając nerwowo za siebie.

*

Piętro dwudzieste dziewiąte.

*

Trzydzieste.

*

– Czy to nie Collins?
Pułkownik zatrzymał się wpół kroku.
– Słucham?
– Tam – Maxwell wskazał boczny korytarz. Ponieważ najwyższe kondygnacje budynku otoczone były antresolami, nierzadko mijali takie odnogi w poszukiwaniu kolejnych schodów. Częściej też natrafiali na wyrwane telebimy okienne i chociaż w żaden sposób nie mogliby przez nie uciec, za każdym razem zatrzymywali się przy nich na dłuższą chwilę, by odetchnąć świeżym powietrzem. Jedyną osobą, która ignorowała dziury i w tym czasie panicznie oświetlała każdy zakamarek, był Maxwell. A teraz…
– Tak, to na pewno on!
– Kapralu, idziemy dalej.
– TO JEST SIERŻANT COLLINS, DO KURWY NĘDZY!
Maxwell, nie zważając na resztę, zagłębił się w korytarz. Morris raz jeszcze spróbował przywołać go do porządku, ale bezskutecznie. W ślad za kapralem ruszyła również Catherine.
– To nieposłuszeństwo… – zaczął Lloyd, ale umilkł pod spojrzeniem dowódcy.
Maxwell dotarł wreszcie do zwłok sierżanta. Collins usadzony był na wózku inwalidzkim, obydwie ręce miał przerzucone przez zardzewiałe oparcia. Poszarpany mundur był aż sztywny od zakrzepłej krwi. Przechylona głowa sierżanta spoczywała na jego ramieniu. Maxwell krzyknął, widząc, że trzyma się tylko na kilku strzępach skóry.
– Ma ktoś medpaka? – zachichotała Catherine, zbliżając się do wózka. – Hej, Max, pośpiesz się, właśnie zostałeś drużynowym sanitariuszem.
– Zamknij się – warknął mężczyzna, drżącc na całym ciele i nie odrywając wzroku od ciała. Latarkę ściskał tak mocno, że w jednym miejscu pękł plastik.
– Max, może masz jeszcze szansę go uratować…
– Stul… pysk… cipo…
Morris, który zdecydował się wreszcie samemu podejść do zwłok, obserwował swoich podkomendnych bez słowa. A później dostrzegł coś jeszcze. Sierżant Collins nie miał butów. Ktoś wraz ze skarpetkami ściągnął mu je i cisnął pod ścianę. Do dużego palca prawej stopy przywiązano zaś sznurkiem mały kartonik z nazwiskiem żołnierza – tak, jakby był eksponatem w groteskowym muzeum. Morris miał pewność co do jednego – maszyna tego nie zrobiła.
– Och, biedny sierżant… – Catherine dotknęła dłonią policzek mężczyzny. – Ale teraz wydaje się znacznie przystojniejszy.
– Zwariowałaś… – jęknął Maxwell.
Niedźwiedź, przypomniał sobie Morris. Tak na niego mówili w armii: Niedźwiedź.
– Sierżancie Collins – Catherine roześmiała się chrapliwie, odpinając zabitemu skórzany pasek hełmu. – Sierżancie Collins, czy bierzecie sobie za żonę tę oto piękną szeregową Catherine Woods? Tak, biorę – poruszyła bezwładną szczęką żołnierza.
Morris milczał.
– Szeregowa Catherine Woods, czy bierzecie sobie tego oto bezgłowego sierżanta Collinsa za męża? Ha, pewnie, że biorę. Tak oto w imieniu Raju Garry’ego ogłaszam nas mężem i żoną!
– Nie…! – Maxwell uczepił się jej uda, ale było już za późno.
Dziewczyna pochyliła się i pocałowała Collinsa w sine, spuchnięte usta.
– Jezu…
– Dość! – Morris chwycił Catherine za warkocz i szarpnął do tyłu. Upadła, wciąż śmiejąc się histerycznie. Pułkownik bez chwili wahania kopnął ją w żebra. Kopnął mocno. – Zbierać się, kurwa, do kupy! Idziemy dalej!
– Steven, jeszcze chwilę…
Dowódca wściekle odwrócił się w stronę Maxwella. Catherine powoli zbierała się z podłogi, ocierając rękawem smarki i łzy.
– Nieśmiertelnik – wyjaśnił kapral zdławionym głosem. – On ma nieśmiertelnik.
Nie pomógł ostrzegawczy krzyk Lloyda.
Maxwell sięgnął ręką po łańcuszek.

*

Klik.

*

Morris zadziałał odruchowo: po prostu skoczył, zwalając się na Maxwella całym ciężarem. W powietrzu coś świsnęło, błysnęło. Pułkownik poczuł wilgoć na szyi.
Przez chwilę nic do niego nie docierało. Czas jakby zatrzymał się w miejscu. Catherine trzymała latarkę wymierzoną w wózek inwalidzki i zwłoki Collinsa. Lloyd wciąż stał z tym samym wyrazem zaskoczenia na twarzy. Kilka centymetrów obok jego głowy w ścianie utkwiła stalowa, zębata tarcza.
Morris, chwiejąc się, zgramolił się z kaprala. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa, mało nie upadł. Szumiało mu w skroniach. Zamroczony spojrzał na swoich ludzi: cała trójka, wliczając podnoszącego się z ziemi Maxwella, wpatrywała się w jakiś punkt na podłodze. Pułkownik spojrzał również.
Ucho.
Morris zaśmiał się nerwowo.
– Właśnie dlatego…
Dopiero teraz pojawił się ból. Zaatakował ostro, gwałtownie, niespodziewanie. Pułkownik krzyknął. Pierwszy otrząsnął się Lloyd: złapał mdlejącego dowódcę w ramiona i przycisnął mu do głowy jakąś szmatę, tamując krew.
– Właśnie dlatego – wycedził przez zęby Morris, nie zważając na ból i Lloyda zakładającego prowizoryczny opatrunek – nie będziemy więcej… Całować martwych sierżantów… Ani zrywać im… Nieśmiertelników.

*

Dalej posuwali się już wyłącznie antresolami. Boczne schody rozmieszczone były nierównomiernie, więc kolejne piętra pokonywali dość wolno, tracąc czas na przedzieranie się przez gruz i liczne przeszkody w postaci zarwanej podłogi albo zniszczonych mebli. Gdzieniegdzie napotykali prawdziwe barykady, bardzo podobne do tych, jakie oni sami wcześniej wznosili. Nie mieli pojęcia, kto i kiedy je zbudował. Nie obchodziło ich to.
Morris odmówił przyjęcia środków uśmierzających. Na froncie zdążył się przyzwyczaić do bólu. Ucho urwane przez zamontowaną w ciele Collinsa pułapkę to pestka w porównaniu z tym, na co pułkownik się przez te wszystkie lata napatrzył. I czego doświadczył na własnej skórze.
Kazał natomiast zgasić latarki i używać wyłącznie jednej, gdyż stan baterii pozostawiał wiele do życzenia. Światło stawało się coraz bardziej żółtawe, latarka Catherine zaczęła mrugać.
Żołnierze przyjęli ten rozkaz bez dyskusji. Tylko Maxwell zażądał, aby teraz to on szedł na czele. Najwyraźniej perspektywa pozostawania w tyle bez źródła światła przerażała go bardziej niż myśl, że w razie ataku zostanie obrany przez wroga za pierwszy cel.
Morris, bez przerwy poprawiając drażniący go opatrunek, myślał o swoim uchu.
– Które to piętro? – zapytał nagle Maxwell.
Pułkownik parsknął pod nosem.
Już dawno przestali je liczyć.

*

Nie wybierali jakiegoś szczególnego miejsca na postój. Po prostu porozsiadali się na większych kawałkach gruzu, a Lloyd wytrzasnął skądś krzesło. Brakowało mu oparcia i jednej nogi, ale dało się z niego skorzystać. Maxwell zgasił latarkę. Teraz w ciemności żarzyły się tylko cztery końcówki papierosów.
– Musimy być już cholernie wysoko – odezwał się kapral głosem, w którym próżno było doszukiwać się entuzjazmu. Jego uwaga nie spotkała się z żadną odpowiedzią.
Morrisowi nie chciało się gadać. Wolał rozkoszować się smakiem papierosa. Wszystko prócz dymu przyjemnie szczypiącego opuchnięte gardło przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Rozbawiła go myśl, że gdyby nie był palaczem, nie potrafiłby teraz znikąd czerpać przyjemności.
– Gdy twój rozlegnie się głos…
Pułkownik drgnął. Niedopałek oparzył go w palce.
– …ojczyzno w potrzebie…
To Catherine. Nuciła. Bardzo cicho.
– …nie zważając na los…
Ciemność. Odległe zgrzyty wind. Zawodzenie wiatru w pustych korytarzach.
– …wrócimy do ciebie.
Hej, ho!, pomyślał Morris uśmiechając się. Nagle zorientował się, że sam dołączył do śpiewu. A potem zrobili to pozostali. Po chwili cały budynek rozbrzmiewał żołnierską piosenką, którą już w pierwszych dniach wbijano kadetom do głowy w punkcie rekrutacyjnym. Morris zawsze uważał, że jest ona wyjątkowo kretyńska.
– Gdy twój rozlegnie się głos…
Nie szło im składnie, co chwilę ktoś gubił melodię, fałszował lub zapominał tekstu. Ale śpiewali. Catherine zapaliła latarkę i teraz stała na baczność, wypinając pierś. Morris zerwał z siebie kurtkę, założył ją na karabin i udawał, że macha flagą. Lloyd stukał do rytmu ostrzem swojego noża. Tylko Maxwell siedział z głową zanurzoną w dłoniach, bezradnie mamrocząc słowa.

– I gdy wróg pod miastem stanie,
zadając ciosy, rany, blizny,
my spluniemy tylko na nie –
dla ojczyzny! Dla ojczyzny!

A później śmiali się, długo, głośno i szczerze. Morris, trzymając się za brzuch, osunął się na prawy bok. Catherine dyszała oparta o lśniący ekran telebimu okiennego. Maxwell ocierał łzy z brudnych policzków. Morris pomyślał, że jeszcze nie jest z nimi tak źle, skoro nadal potrafią żartować.
Właśnie wtedy zaatakował ich Łowca.

*

Pierwszy zareagował Maxwell. Widząc cień wyłaniający się zza zakola antresoli, kapral chwycił karabin i zaczął strzelać, wrzeszcząc przeraźliwie. Pociski rozorały ścianę, jeden z telebimów eksplodował. Nie draśnięta maszyna skoczyła do przodu, zgrzytając stalowymi odnóżami. Morris, niczym zahipnotyzowany, patrzył jak Łowca skraca dystans, zwinnie przeskakując nad kawałkami gruzu. Maxwell cisnął broń i rzucił się do ucieczki.
Catherine wypuściła z dłoni latarkę.
Trzask pękającego plastiku i szkła.
Ciemność.
Zgrzyt, zgrzyt.
Ktoś odepchnął Morrisa na bok. Pułkownik upadł, zdzierając opatrunek o jakąś ostrą krawędź. Ukłucie bólu.
Krzyk.
Świeca, myślał rozpaczliwie, macając się po kieszeniach. Wreszcie jego palce natrafiły na znajomy, podłużny kształt.
W zielonkawym, chemicznym świetle scena wyglądała jeszcze bardziej upiornie. Lloyd, zrównawszy się z Łowcą, zanurkował między stalowe odnóża. Jedno z ostrzy uniosło się i z głośnym trzaskiem wbiło się w podłogę, milimetry od ciała żołnierza. Morris, sparaliżowany strachem, mógł tylko patrzeć, jak Lloyd ze zwinnością pantery prześlizguje się między odnóżami mechanicznego pająka. Łowca odbił się od podłogi, siekąc ostrzami powietrze. Sierżant, porwawszy z ziemi jakiś pręt, zablokował wpierw jedno, następnie drugie i trzecie uderzenie. To ostatnie cisnęło nim o ścianę. Jedno z odnóży pająka pomknęło do przodu, wbijając się w ramię Lloyda.
Wystrzał.
A potem kolejny.
Iskry.
Ramię Lloyda wybuchło fontanną krwi, gdy Łowca odskoczył do tyłu. Morris otrząsnął się z szoku, wyszarpnął zza pasa pistolet.
– No chodź tu! – ryknął.
Catherine, która wystrzelała już wszystkie naboje, chwiejnie cofała się krok po kroku, nie opuszczając broni. Ręce jej dygotały.
– No chodź! – krzyknął znów Morris nie spuszczając wzroku z Łowcy. Maszyna wyglądała, jakby się zastanawiała. Wreszcie pajęczak podjął decyzję.
Morris puścił za nim kilka pocisków, gdy Łowca znikał w bocznym korytarzu.
– Stój, pierdolcu! – w amoku miał zamiar ścigać maszynę, ale powstrzymał go głos Catherine.
– Wróci…
Pułkownik spojrzał na nią nieprzytomnie. Wciąż nie opuszczała pistoletu, celując gdzieś przed siebie.
– One… Zawsze wracają…
Morris nie miał czasu się zastanawiać, bo Lloyd nie dość, że żył, to jeszcze miał siłę podnieść się na nogi. Teraz z dużym zainteresowaniem przyglądał się krwawej miazdze, w jaką zmieniło się jego lewe ramię.
– Lloyd…?
Sierżant powoli przeniósł spojrzenie na oniemiałego dowódcę.
– Ten teatr…
– Lloyd!
– Ten teatr z ludzkich mięśni zbudowano.
A potem stracił przytomność.

*

Kiedy wojna dosięgła ogarnięte zamieszkami Cincinatti, pułkownik Steven Morris opiekował się chorą matką i młodszą siostrą. Całą trójką schowali się do piwnicy jednorodzinnego domu przy Sunset Avenue, co jakiś czas tylko wracając na górę, aby posłuchać wiadomości radiowych. A te były zgoła przerażające. Rozsierdzony tłum zlinczował grupę obywateli arabskiego pochodzenia. Uzbrojone bandy dokonywały kolejnych aktów wandalizmu, kradzieży i przemocy. Zgwałcona i skatowana przez dwóch czarnoskórych oprychów kobieta zmarła na ulicy, gdy próbowała doczołgać się do budki telefonicznej. Była w ciąży. Nikt nie udzielił jej pomocy. Policjanci masowo ciskali swoje odznaki w diabły, uciekając z miasta. Wszystkie drogi wyjazdowe były zakorkowane. Wojsko otoczyło Cincinatti szczelnym kordonem, próbując powstrzymać falę uciekinierów. Do nieposłusznych otwierano ogień. W tej dywizji znalazł się ojciec Stevena, powołany niedawno z rezerwy. To właśnie Arthur Morris był jednym z pierwszych, którzy postanowili sprzeciwić się brutalnym rozkazom. I jako pierwszy został rozstrzelany za zdradę.
A potem spadły bomby. A później radioaktywny pył. Jane, siostrzyczka Stevena, umarła w konwulsjach. Na jego rękach. Do końca ściskała w drobnej dłoni szmacianą lalkę, którą uszyła jej mama.
To właśnie o lalce pomyślał Morris, kiedy dotarli na ostatnie piętro budynku. Śmierć zawsze jest symboliczna, zawsze coś się z nią wiąże. A ojciec? Rozstrzelał go jakiś major, Dowell czy Dowson.
Nieistotne.
Ale to ten człowiek przyszedł Morrisowi do głowy, gdy Catherine zdartym od krzyku głosem nawoływała Maxwella, nie licząc się z tym, że może im ściągnąć na głowy niebezpieczeństwo. Po kapralu pozostał jedynie porzucony ruger z opróżnionym magazynkiem. Lloyd, który zdążył już odzyskać przytomność, wspominał coś o zdradzie.
Chryste.
Gdy twój rozlegnie się głos…
Morris pokręcił głową z niedowierzaniem patrząc przed siebie, na lśniące, stalowe drzwi opatrzone małą tabliczką.
– To tu… – szepnął, a serce waliło mu jak oszalałe. – Jesteśmy na miejscu.
*

Garry musiał ich chyba dosłyszeć, bo odemknął powieki.

*

Pomieszczenie było nieduże, niemal całkowicie zastawione różnego rodzaju aparaturą techniczną. Większość komputerów i monitorów wyglądała na zepsute. Stosy zniszczonych klawiatur, płyt i wyrwanych podzespołów zajmowały całą powierzchnię biurek. Obok wielkiego, wybebeszonego telewizora stał zakurzony kubek z logo jakieś dawnej drużyny piłkarskiej. Wszystko pokrywała gruba warstwa pajęczyn.
– Jesteście.
Głos dobiegał z niewidzialnego głośnika, mechaniczny i nienaturalny. Morris wiedział jednak, do kogo należy. Tuż obok zatrzymała się Catherine, wczepiając palce w ramię pułkownika. Lloyd został na korytarzu, zabezpieczając tyły na wypadek, gdyby Łowca zdecydował się wrócić.
– Mamy mało czasu – rzekł Garry.
To, co wisiało na przeciwległej ścianie, nie przypominało już istoty ludzkiej. Pozbawiony kończyn korpus otaczały niezliczone ilości kabli i rurek. Splątane przewody ciągnęły się wzdłuż ścian i sufitu; niektóre podłączone były do komputerów, inne znikały gdzieś w cieniu. Wbudowane w ciało metalowe płytki i urządzenia o nieznanej funkcji lśniły nieprzyjaźnie w żółtym świetle latarki. Klatka piersiowa Garry’ego powoli unosiła się i opadała, a towarzyszył temu odgłos przypominający syczenie mechanicznej pompy. Głowa mężczyzny została unieruchomiona w specjalnej obręczy. W miejscu ust ział czernią obudowany otwór, z którego wystawała zardzewiała, nierówno przycięta rura. Twarz należała zaś do staruszka.
– Mamy mało czasu – powtórzył Garry. – Nie będę mógł tego długo powstrzymywać.
Morris nie słuchał głosu płynącego z głośnika. Z rosnącą fascynacją patrzył na oblicze swojego dręczyciela, na jego zapadnięte policzki i fałdy gnijącej skóry. Na resztki siwych włosów cudem trzymających się nagiej czaszki. Na wiązki przewodów.
– To ty? – zapytała Catherine. Jej głos również był dziwny, jak gdyby przytłumiony. Morris dopiero teraz zorientował się, że dziewczyna przyciska do ust szmatę. Faktycznie, smród panował tutaj niemiłosierny.
– Tak, ja. Garry, właściciel hotelu. Pierwszy i ostatni powód. Deus ex machina.
– Czy ty… To wszystko specjalnie, windy i… – Catherine zająknęła się, nie mogąc znaleźć słów. Była zbyt zszokowana.
Ale Garry, a raczej to, co z niego zostało, zrozumiał.
– To kontroluje, korzysta z zasobów wiedzy. Bazy danych… Pasożyt. Ciało obce. Konstrukcja.
Nawet takie mechaniczne mówienie musiało być dla niego sporym wysiłkiem.
– Obecnie odcięty. Jestem świadomy. Jestem mózgiem.
Morris miał tego dość. Nie wiedział, w jakim stopniu Garry jest świadomy i nie zamierzał się tego dowiedzieć. To, co wisiało przed nim na ścianie w kokonie z kabli nie było człowiekiem. Może kiedyś. Ale teraz już nie. To on kontrolował wszystko. Był, jak sam stwierdził, mózgiem. Morrisowi pozostawało zatem już tylko jedno. Odciąć mózg. A Garry, ku zaskoczeniu pułkownika, powiedział dokładnie to samo:
– Musicie odciąć. Zabić. Zagrożenie. Zakończyć to.
Zakończyć to.
Zakończyć.

*

– Lloyd, czy mógłbyś pożyczyć mi nóż?

*

Już nie schodzili. Zbiegali po schodach na złamanie karku. Natknęli się na kilka małych maszyn obserwujących, leżały na podłodze jak martwe owady. Nie zatrzymali się przy nich ani na chwilę. Nie oglądali się za siebie. Nie szukali Maxwella. Po prostu biegli. Catherine wyła jak opętana. Morris sapał. Nieruchome windy milczały.
– Stop… – jęknął Morris z trudem łapiąc powietrze. – Pozabijamy się. Chwila… Chwila przerwy.
Znajdowali się w sali konferencyjnej na dwudziestym piątym piętrze. Nic nie zmieniło się od czasu ich ostatniej bytności w tym miejscu.
– Bez szaleństw… – Morris opadł na jeden z foteli. Obok przystanął Lloyd, blady jak śmierć. Chociaż założyli mu opatrunek, zdążył stracić wiele krwi. Aż dziw, że jeszcze się trzymał. Catherine nerwowo lizała ściany światłem swojej gasnącej latarki.
– Spokojnie – mruknął pułkownik, zamykając oczy. – To już koniec. Za kwadrans wydostaniemy się z tego pierdolonego piekła.
– Z pierdolonego raju – poprawił Lloyd.
Roześmiali się.
– Hej, Kate, oszczędzaj baterie. Nie mam ochoty łazić tutaj po ciemku.
– Tak jest.
– Kate?
– Pułk… Steven?
– Nic. Po prostu chcę mieć już to za sobą.
Skinęła głową.
– Ja też, kurwa. Oj bardzo. A co później? Wracamy na front?
– Pewnie, że tak. Gdy twój rozlegnie się głos… Ojczyzna nas potrzebuje, pamiętajcie! Damy sobie dzień, może dwa dni luzu, żeby się trochę ogarnąć, a potem…
Zgrzyt.
– Co jest…
– Boże, to…
Windy.
– Kurwa!
Morris zerwał się na równe nogi, dobywając broń.
– Jak to możliwe?! – wyjąkała Catherine rozdygotanym głosem. – Przecież mówił…
– Oszukał nas – ściśnięte wargi Morrisa rozciągnęły się w złowieszczym uśmiechu. – A my kolejny raz daliśmy się oszukać jak dzieci. Albo się po prostu pomylił.
– TY PIERDOLONY SADYSTO! – Catherine, wrzeszcząc, zaczęła miotać się po sali. – JESZCZE CI MAŁO?! JESZCZE CI MAŁO?!
Lloyd stał nieruchomo, obserwując otwarte wejścia do sali.
Morris cofał się przeciskając między fotelami. Czy zauważył dziwny błysk w oczach Lloyda? Catherine wyciągnęła z kieszeni na piersi granat ręczny. Morris jak przez mgłę przypomniał sobie, że był to ich ostatni granat. Wciąż się wycofywał. Nagle powróciło wspomnienie siostrzyczki, Jane, i jej szmacianej lalki. Co w końcu się z nią stało?
– Kate, Lloyd…
I nagle rozległ się szum. Pierwsze krople spryskały twarz Morrisa, następnie zalała go fala rzęsistego deszczu.
– Co się, kurwa, dzieje?! – krzyknęła Catherine ze środka sali. Plecami opierała się o zrujnowaną mównicę. W jednej ręce trzymała granat, w drugiej pistolet.
– To system przeciwpożarowy! – zorientował się Morris z nieoczekiwanym rozweseleniem. – Dawniej montowali coś takiego w…
Przerwał. Coś tu nie pasowało. To nie była zwykła woda.
Woda tak nie pachnie.
Tak pachnie…
– Uwaga!
Łowca wpadł do sali, sadząc potężne skoki nad rzędami foteli. Lloyd, który nie wiedzieć skąd znalazł się nagle za plecami Morrisa, pociągnął go do tyłu. Catherine uniosła broń, mierząc w zbliżającą się do niej maszynę. Była spokojna. Mierzyła w najwrażliwszy punkt, głowę. Nie mogła spudłować.
– KATE, NIEEEE!
Catherine nacisnęła na spust.

*

Gdy stanie wróg u miasta bram
i krew zaleje pola,
my będziemy właśnie tam,
oto jest żołnierza dola…

*

Sala konferencyjna eksplodowała ogniem.
Fala uderzeniowa wyrzuciła Morrisa na korytarz. Jak szmacianą laleczkę. Dopiero po chwili zorientował się, że jego ubranie płonie. Rycząc z wściekłości i bólu, przeturlał się po podłodze. Aż wreszcie zastygł w bezruchu. Jedyne, co odbierały jego zmysły, to smród spalenizny. A później dotarło do niego coś jeszcze: nieludzkie wycie.
Ktoś chwycił Morrisa i obrócił na plecy, oślepiając światłem latarki.
– Pułkowniku…
Lloyd.
Z otwartych na oścież drzwi do sali konferencyjnej wypadła żywa pochodnia. Wszystko, co Catherine miała na sobie, spodnie, buty, kamizelka… I jej długi, czarny warkocz… Wszystko zajęło się ogniem.
Przeciągły, nieustający wrzask.
Ostrze błysnęło tylko raz, gdy Lloyd cisnął w dziewczynę nożem. Rękojeść zniknęła w płomieniach, a ciało obróciło się wokół własnej osi i przewróciło. Catherine znieruchomiała.
Ogień niespiesznie trawił jej ciało.

*

Nazywamy to czarnym potem.
Istnieje pewna granica, której nie można przekraczać. Wąska granica wytrzymałości, odporności psychicznej. Druga strona to tylko niekończący się koszmar, z którego nie ma już szansy powrotu.
Ile może znieść człowiek, patrząc codziennie w surowe oblicze śmierci? Czy jedenastoletni chłopiec powinien widzieć, jak jego siostrzyczka umiera na chorobę popromienną, a jej rysy zaczynają się zmieniać wskutek działania metali ciężkich? Czy powinien być ostatnią osobą, która ją pożegna? Jak długo prześladować będzie go pamięć o siostrze, matce i – wreszcie – ojcu rozstrzelanym za to, że próbował ocalić swoją duszę i sumienie? Co stanie się, kiedy chłopiec osiągnie dorosłość w zupełnie nowym świecie, w którym widok całych miast wybitych przez promieniowanie nie robi na nikim wrażenia? Kim zostanie ten chłopiec? Czy kiedykolwiek uda mu się zapomnieć?
Nazywamy to czarnym potem.
Ja, Steven Morris, patrzyłem na śmierć swoich żołnierzy. Zmarłych kładliśmy na barykady.
Campbell.
Nero.
Ariel. Godunow. Collins.
Catherine.
Przekroczyliśmy ostatnią granicę. Biorę na siebie pełną odpowiedzialność. Dowódca odpowiada za swoich ludzi. Mnie nie udało się ich ocalić. Jestem winny wszystkiego, co zaszło w Raju Garry’ego. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Nie proszę o łaskę. Po prostu chcę, żeby to się skończyło.
Niech to się skończy.
– Pułkowniku, to Maxwell.
Morris zamrugał. Zwęglone resztki Catherine spoczywały tam, gdzie upadła. Ogień wciąż lizał otwarte drzwi sali konferencyjnej. Dym gryzł w oczy.
– Max?
Kapral kuśtykał wolno w ich stronę, przyciskając pięść do zranionego uda. Jego żałosny widok rozbawił Morrisa. Pułkownik patrzył na swojego podkomendnego, próbując rękawem zetrzeć wymiociny z ubrania. Nie wiedział, kiedy jego organizm odmówił posłuszeństwa. To było nieistotne. Jak wszystko inne.
– Co tam słychać, Max? – zagadnął wesoło żołnierza. – Gdzie byłeś?
– Ja…
– Kurwa, solidnie dostałeś w nogę! Ale niektórzy z nas mają się gorzej. Popatrz na Kate. Tak wygląda człowiek, którego oblano napalmem. A właśnie coś podobnego się stało. Ten budynek jest bardzo pomysłowy. Szkoda, że tego nie widziałeś.
– Steven…
Morris wstał, otrzepał się. Przetarł czoło.
Czy było spocone?
Znów zachichotał. Zaraz jednak jego twarz spoważniała. Chłód ściął mu wzrok.
– Max, czy nazwisko Dowell… Albo Dowson… Coś ci mówi?
Odbezpieczył broń.
– Steve, ja…
– CZY NAZWISKO DOWELL ALBO DOWSON COŚ CI MÓWI, ŻOŁNIERZU?!
– Nie!
– Tak się nazywam – Morris uśmiechnął się. – Pod ścianę.

*

Był rozkaz.
Rozkaz?
Tak jest.
Lloyd idzie korytarzem. Wrzaski pułkownika i kaprala już dawno ucichły. Co dalej?
Dziesiątki pustych pokoi, pomieszczeń biurowych. Windy. Korytarze żyjące własnym życiem. Tchnienie wiatru niosące głosy i kolejne rozkazy.
Gdzieniegdzie spotykał maszyny. Nieduże, obserwujące. Nie stanowiły żadnego zagrożenia. Najwyraźniej wszystkie zmierzały do jednego celu. Lloyd, chociaż nigdy wcześniej nie spotkał się z takim zachowaniem robotów, nie zastanawiał się nad tym fenomenem. Z nudów rozdeptywał te z maszyn, które nieopatrznie weszły mu w drogę. Ciężka podeszwa buta miażdżyła malutkie mechaniczne insekty jak skorupiaki.
Był rozkaz.
Rozkaz?
Tak jest.
Roboty – było ich coraz więcej – mijały żołnierza zupełnie go ignorując. Ale i on nie miał zamiaru poświęcać im swojej uwagi. Budynek najwyraźniej oszalał. I dobrze. Lloyd potrzebował większej widowni. Teatr dopiero zaczynał się zapełniać.
– Zapraszam! Podejdźcie bliżej, moje dzieci!
Ostatni akt. Wszystko na swoim miejscu, przygotowane. Brakowało tylko drugiego aktora. Ale Lloyd czuł, że Łowca czai się gdzieś w cieniu, że jest całkiem…
– Blisko – powiedziała matka.
Lloyd spojrzał na nią błyszczącymi, rozgorączkowanymi oczami. Szeroki uśmiech powoli rozciągnął mu usta.
Był rozkaz.
Rozkaz?
Tak jest.
Żołnierz zdarł z siebie górną część ubrania. Uzbroił się w metalowy pręt, którym teraz uderzał w rury i poręcze.
Wkrótce został usłyszany.

Epilog

Najpierw była ciemność. Strzępy obrazów, chaotyczny ciąg myśli, które zaraz gasły w jego głowie. Później pojawiły się dziwne sny, w których przenosił się do różnych okresów swojego życia. Miał niejasne wrażenie, że tak właśnie wygląda śmierć. Mózg na chwilę przed ostatecznym wyłączeniem z zawrotną prędkością odtwarzał wszystkie wspomnienia. Niektóre nijak miały się do rzeczywistości.
Morrisowi wydawało się, że ktoś mu towarzyszy. Maszyny. Ludzkie sylwetki. Siostra? Tak, to była z pewnością ona. Rozpoznał zieloną sukienkę w żółte kwiaty. Jane twierdziła, że to jej ulubiona, nigdy nie chodziła w niej na plac zabaw. Pod względem swojego stroju zawsze była małą pedantką.
Jane?
Już dobrze, braciszku. To koniec.
Tak…
A potem wszystko zaczęło się rozmywać. Do świadomości Morrisa przebił się dziwny, syczący dźwięk. Skądś go kojarzył, ale w obecnej chwili nie mógł się nad tym dłużej zastanawiać. Nie wiedział, czy wciąż śpi. Był bardzo zmęczony.
Morris otworzył oczy.
I byłby wrzeszczał, ale nie miał już jak tego zrobić.
Otaczały go kable.

Dodaj komentarz