Czarny Pot (II)

II

GODUNOW

Klatka schodowa pogrążona była w ciemności. Szli gęsiego, czując na karku oddech drugiego. Szli tuż przy ścianie, bezszelestnie, jak widma. Na oślep. Prowadził Morris. Kolba Rugera Mini wbijała mu się w biodro. Pasek hełmu niemiłosiernie obcierał podbródek, łamał pokrywający go zarost.
To tędy, myślał Morris, to właśnie tędy szła grupa Collinsa. I to te same schody niosły ich ku bezlitosnemu przeznaczeniu.
Na piętnaste piętro.
A budynek karmił ich wtedy tą samą, pulsującą w uszach ciszą. Nie było pułapek, robotów, gazów bojowych. Niczego. Tylko ta cisza i ciemność. I jeszcze najgorsza broń – strach. Ten strach był wszędzie.
Morris wiedział, że dokładnie dziesięć pięter niżej niedawno rozpętało się pandemonium. Tamtędy nie dało się przejść. Po prostu, było to niemożliwe. Budynek zamykał drogę odwrotu tym, których chwycił w swoje kleszcze. Pod tym względem, przypominał żywy organizm, z którego pokarm może wydostać się tylko po uprzednim przetrawieniu. A oni wciąż bezsilnie miotali się w trzewiach, walcząc o życie.
Na piątym piętrze mogli je tylko stracić. Pozostawało iść w górę.
Pułkownik błysnął latarką.
Jeśli było tu coś, co chciało ich pozabijać, miało właśnie wymarzoną okazję ku temu. Ale nic się nie stało.
Ktoś stanął obok.
– Czujecie?
To Catherine. Zapaliła latarkę, ignorując ostrzegawcze syknięcie Morrisa.
– Coś się tutaj chyba rozkłada… No, Rusek… Którędy teraz?
Piętnaste piętro uległo całkowitemu zniszczeniu. Wyglądało, jakby bombardowano je rakietami dalekiego zasięgu przez kilkanaście godzin, po czym efekt poprawiono przy użyciu granatów, broni przeciwpancernej i trójstopniowych miotaczy ognia. Kiedyś musiały mieścić się tu kawiarnie, sklepy i restauracje, teraz wszystko obrócone było w ruinę. Większa część ścianek działowych zawaliła się od wybuchów albo z jakiegoś innego powodu. Te, które przetrwały, były sczerniałe od ognia, rozorane pociskami. Łechtane światłem latarek, drżały lekko w ponurym tańcu cieni.
Morris spojrzał w górę. Zobaczył szyby wind, pnące się pionowo w górę – niektóre obudowane szkłem pancernym, inne najzwyklejszą blachą. Jeszcze inne nie były już niczym obudowane, jedynymi pozostałościami po nich były idealnie okrągłe dziury w podłodze. Otwory miały około trzech metrów średnicy, zionęły nieprzeniknioną czernią.
Dawniej do wind można było dostać się systemem zawieszonych w powietrzu platform i pomostów oraz spiralnymi schodami. Z niezwykłego, przywodzącego na myśl stację kosmiczną miasteczka rozrywek nie pozostało nic, prócz plątaniny nagich prętów zbrojeniowych, pozrywanych kabli i zawieszonego na tym wszystkim rdzewiejącego żelastwa. Bez dwóch zdań, cała usługowa część budynku, zajmująca kondygnacje od piętnastej do dwudziestej-którejś (trudno było stwierdzić dokładnie), wyglądała tak, jakby lada moment miała się ostatecznie zawalić.
Morris prawie nie oddychał.
– Uważajcie. – powiedział. Gardło miał ściśnięte.
Catherine miała rację, coś gniło. Czuł to wyraźnie i zbierało mu się na mdłości.
– Godunow, gdzie teraz?
Rosjanin pokonał kilka ostatnich schodków. Rozejrzał się.
– Tutaj. – wskazał palcem.
Z zewnątrz w ogóle nie wyglądało to na szyb. Nie było żadnych drzwi ani przycisków, zdradzających istnienie windy technicznej. Tylko coś w rodzaju wielkiego filaru rosnącego w samym środku pierścienia pozostałych wind.
– Wejście znajduje się z drugiej strony. – oznajmił Godunow, przeskakując powyginaną, nadtopioną poręcz schodów.
Pułkownik, patrząc wciąż w górę, zauważył, że schody urywały się na wysokości szesnastego piętra, tuż nad jego głową. Powyżej była tylko ciemność, której światło latarek nie było w stanie rozproszyć. A więc Godunow nie kłamał. Szyb techniczny był jedyną drogą.
– Co tak cuchnie?! – mruknął Maxwell, przyciskając kawałek szmaty do nosa i ust.
– Nie domyślasz się, głupcze? – Lloyd rozgrzebywał butem kupkę gruzu. – Jeśli słońce rozmnaża robaki w zdechłym psie, jest ono tylko bogiem całującym padlinę. I niczym więcej. Znajdź swoje własne słońce, Max. Może dzięki temu zrozumiesz…
– Nie mam zamiaru. – odciął się kapral i zaczął podchodzić do najbliższego odsłoniętego szybu.
I właśnie wtedy zobaczyli go.
Szczur przycupnął na leżącym kawałek dalej odłamku muru. Wpatrywał się w nich czarnymi, błyszczącymi oczkami. Nie poruszał się. Jego wąsy falowały lekko.
Maxwell i Morris poderwali jednocześnie karabiny, ale uprzedził ich Lloyd. Tytanowe ostrze świsnęło w powietrzu, po czym spadło na podłogę kilka metrów dalej. Zwierzątko znikło.
Lloyd bez słowa zbliżył się i podniósł swój nóż. A potem palcami ściągnął z ostrza to, co zostało ze szczura.
– Żywy. – stwierdził bez emocji sierżant, rzucając truchełko na ziemię.
– Teraz to chyba raczej martwy, prawda? – Godunow uśmiechnął się smutno, stając obok pułkownika. – Chodźmy stąd. Trzeba się śpieszyć.
– Jeszcze chwilę… – rzekł Morris, w tym bowiem momencie odór zgnilizny nasilił się. Reszta też chyba musiała to poczuć, bo Maxwell pociągnął pułkownika za ramię.
– On ma rację. – powiedział cicho. – Musimy się śpieszyć.
Morris kiwnął głową i pierwszy ruszył za oddalającym się Rosjaninem.

*

Wejście do szybu technicznego znaleźli od razu, Godunow zostawił bowiem żelazne drzwi szeroko otwarte. Drzwi te pozbawione były elektronicznego, sterowanego przez centralną sieć zamka, w związku z czym nie mieli problemu, by zamknąć je za sobą. W środku było zaś bardzo zimno. Światło pozaczepianych o paski hełmów i karabiny latarek ślizgało się chaotycznie po nagich, spękanych ścianach. Gdzieniegdzie zahaczało o wystające ze ścian bolce i pręty niewiadomego przeznaczenia, wiązki kabli i potłuczone klosze lamp. Każdy szelest rozchodził się tutaj potężnym, głuchym echem.
Drabinka chybotała się lekko na obluzowanych uchwytach, niektóre szczeble trzeszczały podejrzanie. Schodzili powoli, bardzo ostrożnie, zdając sobie sprawę, że błąd jednego będzie kosztował życie ich wszystkich. Tym razem prowadził Ariel, następny był Morris, z plecakiem pełnym trotylu na ramionach. Pułkownik widział nad sobą tylko podeszwy butów Catherine. Za Catherine szli kolejno Godunow i kapral Maxwell, obwieszony taśmami amunicji. Pochód w dół zamykał Lloyd; na jego plecach kołysał się lśniący karabin M60, w chwili obecnej – najsilniejsza broń, jaką mieli.
Morris nie miał pojęcia, na jakiej wysokości się znajdowali. Najważniejsze, że wciąż schodzili i byli coraz niżej.
Wtem, jak na zawołanie, Ariel krzyknął krótko.
Morris spojrzał pod siebie, omiótł szeregowego światłem latarki.
– Co się stało?!
– Nie ma…
– Co tam się, kurwa, dzieje?! – to głos Catherine.
Zatrzymali się w miejscu.
– Ariel, o co chodzi?! – rzucił Morris, czując jak drętwieją mu wszystkie mięśnie.
– Koniec drogi. – zabrzmiała odpowiedź po chwili milczenia. – Nie ma drabinki! Musimy wracać!
Pułkownikowi pociemniało przed oczami.
– Jak to nie ma?! Przecież…
Urywa.
Słyszy to. Wszyscy słyszą. I wtedy właśnie zaczyna się piekło.
– Kryć się! – wrzeszczy Morris, ale jest już za późno.
Winda nadjeżdża szybko, znacznie szybciej niż mogli się tego po niej spodziewać. Drabinka trzeszczy, gdzieś powyżej coś pęka – to jeden z uchwytów.
Morris próbuje jedną ręką ściągnąć z ramion plecak. Catherine klnie zaraz nad jego głową, przeciskając się na drugą stronę drabiny i wtulając we wnękę. Ariel też wrzeszczy – przerdzewiały szczebel, na którym stanął, załamał się właśnie pod jego ciężarem.
Winda nadjeżdża. Morris wciąż walczy z paskami plecaka – jeśli nie uda mu się go ściągnąć na czas, nie zmieści się w szczelinie pomiędzy rozchybotaną drabiną a ścianą. Coś sypie mu się na głowę. Mięśnie bolą.
Obok przelatuje z brzdękiem wojskowa manierka.
Udaje mu się ściągnąć plecak.
W tym momencie, w odległości kilku centymetrów od niego, z furkotem przejeżdża winda. Morris z wrzaskiem obsuwa się kilka szczebli w dół. Wypuszcza z ręki sprzączkę plecaka. Żyje.
Winda mknie dalej w górę, strącając z drabiny Maxwella i porywając Lloyda, który nie zdołał uwolnić się od nieporęcznego M60. Maxwell, zaplątawszy się w jakieś gęsto oplatające windę kable, drze się przeraźliwie, tłukąc dokoła szukającymi oparcia nogami. Morris i tak tego nie widzi, rozpaczliwie trzymając się szczebli.
A potem budynkiem wstrząsa potężna eksplozja. Huk i dym wypełniają szyb.
Ogień.
Morris niemal czuje, jak języki płomieni liżą mu stopy.
Wszystko drży. Palce pułkownika zaciskają się kurczowo na szczeblach drabiny. Przez chwilę mężczyzna wisi w powietrzu. Nie słyszy wyjącego poniżej Ariela, nie słyszy krzyku Catherine. Nie słyszy niczego. Ogłuchł.
Mijają minuty.
Wszystko się uspakaja.
Morris otwiera oczy. Ściana, drabina. Wciąż na niej stoi, choć odgięła się niebezpiecznie – puściły kolejne uchwyty.
Żyje.
Przypomina sobie wszystko. Farmę, dom bielony wapnem, łaciate krowy na pastwisku. Młodą jeszcze twarz matki. Jej oczy. Zielone, błyszczące szmaragdy. Śmieje się głośno. To było dawno. Krowy na pastwisku.
Raj.
Raj Garry’ego.
Jakakolwiek przeszłość istniała?
Ariel wyje.
Wszyscy wyją. Coś się stało.
Morris odzyskuje świadomość. Sięga dłonią do zaczepionej o pasek hełmu latarki. Wciąż działa.
Plecak. Spadający w dół plecak.
Wypełniony trotylem, laseczkami dynamitu i granatami.
– Jak tu ciepło… – wyjąkał Morris, dygocąc.
Ariel wył.

*

Winda stanęła w miejscu.
Lloyd podniósł się na łokciach, namacał dłonią leżący tuż obok karabin. Było ciemno, ale on i tak doskonale widział w ciemnościach. Mutacja? Ktoś tak kiedyś powiedział, jakiś polowy sanitariusz. Ale to było nieważne.
Nie obchodziło go to.
Sierżant stanął chwiejnie na nogach, przekładając broń do lewej ręki. Słyszał krzyki. Zbliżył się do krawędzi dachu. Spojrzał w dół.
– Maxwell?
Kapral wisiał na ścianie windy, zaczepiony o jakieś druty. Nie miał hełmu.
Lloyd nie zastanawiał się długo. Odrzucił karabin i położył się na dachu. Maxwell musiał go usłyszeć, bo jęknął rozpaczliwie. Sierżant chwycił go za ramiona i, wplątawszy nogi w grube, pokrywające dach windy kable, pociągnął ku sobie. Ale właśnie wtedy gdzieś z góry dobiegł ich uszu zgrzytliwy dźwięk, liny drgnęły, a winda znowu ruszyła. Taśma z amunicją 7.76 pękła; naboje ze zgrzytem posypały się w dół. Lloyd nie zwrócił na to uwagi.
– Nie bądź… – stęknął przez zaciśnięte szczęki – Nie bądź, mój dobry bracie… jak ci źli pasterze… i nie ukazuj mi ciernistej drogi… stromo ku niebu wiodącej…
Maxwellowi udało się wreszcie wdrapać na dach. Lloyd dłużej nie zaprzątał nim sobie głowy. Kabina wciąż mknęła w górę. Nie miał zamiaru czekać, aż to, co sterowało budynkiem, rozsmaruje ich obydwu na grubej warstwie betonu oddzielającego szyb od maszynowni. Sierżant wbił nóż w panel elektryczny aż po rękojeść. Gdy nastąpiło zwarcie, winda znieruchomiała, tym razem na dobre.

*

To jakiś koszmar, myślał Morris, ciągnąc Ariela wijącego się i szarpiącego na wszystkie strony. Radiooperator gulgotał niezrozumiale – to gruby knebel tłamsił wrzask, wpychał język głęboko w gardziel, powodując odruch wymiotny, ale i chroniąc go przed odgryzieniem. Za knebel służyła czapka Catherine, ściągnięta dla pewności paskiem od spodni Morrisa. To było niezbędne – inaczej Ariel ściągnąłby krzykiem coś niedobrego i niebezpiecznego na dwunaste piętro. A krzyczeć musiał. W końcu, myślał Morris, to z pewnością cholernie bolało.
Bo Ariel nie miał już stóp.
Wszystko tam zmieniło się w bezkształtną, cuchnącą spalenizną masę: tkanki, kości, skóra, nawet guma z podeszew stopionych butów i zielony materiał spodni. Wszystko – do wysokości kolan. Stary, dobry, przedwojenny sprzęt, pomyślał Morris, wciąż mając przed oczami spadający w głąb szybu plecak. Nie wiedząc, że po policzkach spływają mu łzy.
Ariel wyrywał im się, szorując podłogę zwęglonymi kikutami nóg, wizgał przez nos krwią, dławił się własnym językiem, śliną i wymiocinami.
– Tutaj!
Położyli go na wznak pod zrujnowaną, na wpół zawaloną ścianą. Morris wskoczył okrakiem na pierś Ariela, przytrzymując żołnierza w miejscu. Ariel podrzucił czoło do góry i grzmotnął potylicą o ziemię. Pułkownik szybko unieruchomił mu głowę, zaciskając dłonie na jego twarzy, tak aby szeregowy nie rozwalił sobie czaszki.
– Catherine, zrób coś! – ryknął Morris, nie odwracając się. – Jesteś, kurwa, lekarzem! Jezuuu, zrób coś!
– Nie mam… Nie mam apteczki! Boże, Steven, on umiera!
Ależ skąd, pomyślał Morris, przenosząc ciężar ciała na ręce, i silniej napierając na twarz Ariela. Ależ skąd, to nic takiego, tydzień w ciepłym łóżeczku i nasz szeregowy będzie zdrów! Zdrów jak ryba! Nie, to jakiś koszmar… Czemu nie stracisz przytomności, ty sukinsynu?!
– Trzymajcie go! – usłyszał głos Godunowa. Potem coś kliknęło dwukrotnie.
Morris odchylił się do tyłu i ujrzał Rosjanina kucającego nad otwartym neseserem, szukającego czegoś i przyświecającego sobie trzymaną w zębach latarką. Pułkownik nie miał czasu przyglądać się dłużej, bo Ariel znów szarpnął się, tłukąc dokoła rękoma. Swąd spalenizny nasilił się – to Catherine walczyła ze zwęglonymi butami Ariela. Wciąż dymiły.
Chryste, myślał Morris, dygocąc z zimna. Może trzeba było pozwolić, aby szeregowy zsunął się z drabinki w jeszcze gorące objęcia szybu? Tak. Trzeba było tak właśnie zrobić. Ale teraz było już na to za późno. Morris dostrzegł kątem oka, że Godunow nachyla się nad Arielem i wbija mu coś w udo. Radiooperator znieruchomiał w momencie. Sflaczał jak balon, z którego spuszczono powietrze. Westchnął zauważalnie i wybełkotał coś, a potem ucichł zupełnie.
– Co to…
– Wzmocniona meskalina – pośpieszył z wyjaśnieniem Godunow. – Czterokrotna dawka. Wystarczająco dużo.
Morris nie odpowiedział, wpatrzony w śpiącego Ariela. Szeregowy uśmiechał się lekko. To musiał być dobry sen.
– Odpłynął, kurwa… – wyjąkała Catherine. – Najnormalniej w świecie odpłynął?!
– On już… On już nie wróci, prawda? – spytał pułkownik, wstając chwiejnie. Było mu bardzo niedobrze.
Godunow spojrzał na niego.
Morris zrozumiał. Odpowiedź była jasna.

*

Mapka pojawiła się, zamigotała i zgasła. Przez chwilę nic się nie działo. Po kilkunastu sekundach telebim mrugnął kilkakrotnie i na jego spękanej powierzchni znów wyświetlił się obraz.
– A niech cię szlag… – mruknęła Catherine, podchodząc parę metrów do przodu. – Niech cię jasny szlag trafi.
Właśnie tak, pomyślał Morris, uśmiechając się słabo. Niech cię szlag trafi, Garry. Idź prosto do diabła.
Garry nie odpowiedział na żadne z przekleństw. Przekrojowej mapy-szkicu nie trafił ani szlag ani nic innego, rozjarzyła się tylko, a tuż pod nią – pod skomplikowaną siatką linii, strzałek i cyferek – pojawiło się jedno słowo.
– Zaufajcie… – przeczytał pułkownik, kręcąc głową z niedowierzaniem.
Catherine wpierw parsknęła, a następnie wybuchnęła histerycznym śmiechem, od którego włosy zjeżyły się Morrisowi na głowie.
– Zaufajcie… On…. My mamy zaufać… i jeszcze… wysyła… a Ariel… A Ariel już nie zatańczy! Tyyyyy gniiiidoooooo!
Pistolet wypalił kilkakrotnie, wtórując Catherine w pieśni obłędu.
A potem zrobiło się cicho. I bardzo ciemno.
Morris zapalił latarkę.
Catherine stała w rozkroku, z Glockiem 17 w wyciągniętej ręce. Oddychała głęboko, jej pierś wznosiła się i opadała miarowo. Miała zamknięte oczy. Przed nią migotał wściekle telebim okienny; podziurawiony kulami, syczał złowrogo i tryskał iskrami. Mapka i napis znikły. Teraz ekran zalewała biel.
– Jeszcze raz – Morris odezwał się cicho. – Jeszcze raz zrobisz coś takiego, a osobiście wpakuję ci kulę w łeb. Słyszysz mnie, Catherine?
– Zrób to już teraz, Steve. – wyszczerzyła zęby w uśmiechu, odwracając się w jego stronę. Jej oczy były wilgotne. I całkowicie szalone.
Spuścił wzrok. Nie był w stanie na to patrzeć.
– I co teraz? – Godunow odezwał się zza ich pleców. – Co teraz, dowódco? Zaufasz mu?
Morris nie odpowiedział od razu. Był zły. Bardzo zły. Na Catherine, bo jej nierozważne strzały mogły ściągnąć im kogoś – a raczej coś – na kark. Na Ariela, bo odpłynął, zasnął – mniejsza o słowa. Bo nie był już do niczego przydatny. Bo umarł. I był zły także na Godunowa. Za to, że ten wciąż ośmielał się żyć.
– Zaufasz mu? – Rosjanin ponowił pytanie, tym razem ostrzej. – Pamiętaj, że to on za tym wszystkim stoi. To on nas tu więzi. To on nas zabija.
Morris spojrzał na niego.
A Godunow spojrzał w lufę pistoletu, która boleśnie wgniotła się w jego brzuch.
– To ty zabiłeś Ariela, kanalio. – pułkownik wycedził przez zaciśnięte zęby. – Nie Garry, nie jego maszyny. Wprowadziłeś nas w zasadzkę. Maxwell ostrzegał mnie, żebym ci nie wierzył. Teraz za późno.
– A zatem wracamy do punktu wyjścia? – Rosjanin uśmiechał się cynicznie. – Oczywiście, powybijajmy się wszyscy nawzajem. To najlepszy pomysł. Ale jest pan w poważnym błędzie, pułkowniku.
– Doprawdy?
– Oczywiście, że tak. To nie ja, lecz pan bezpośrednio doprowadził do eksplozji. I to pan jest odpowiedzialny za stan tego żołnierza. Doskonale, proszę teraz nacisnąć na spust. Mam nadzieję, że to uspokoi pana sumienie.
A Morris rzeczywiście nacisnął na spust.
Błysnęło, Rosjanin zatoczył się chwiejnie, wytrzeszczając oczy. Neseser wysunął mu się spod pachy i uderzył o podłogę.
A potem Nikolaj Godunow runął na ziemię, zachlapując wszystko krwią.
Zapadła cisza.
Steven Morris opuścił pistolet.
– Catherine.
Catherine stała, zahipnotyzowana widokiem szybko powiększającej się, ciemnej kałuży krwi. Była trupioblada. Łzy torowały sobie drogę przez jej umorusane policzki, spływały z podbródka czarnymi kroplami.
– Catherine, zabierz jego broń. – rzekł Morris zmęczonym głosem. – Weź też latarkę. Walizkę zostaw, nie będzie potrzebna. Idziemy na górę, Catherine. Rozumiesz?
Podniosła na niego wzrok.
– Tak. – odparła mechanicznie. – Rozumiem.

Dodaj komentarz