Czarny Pot (I)

I

KORYTARZE

– Maxwell.
– Panie pułkowniku?
– Słyszycie to, Maxwell?
Zgrzyt.
– To winda, panie pułkowniku. Ruszyła.
– Otóż to. Zachować milczenie.
Cisza.
Kolejny zgrzyt, gdzieś poniżej.
– Chyba się otworzyła, panie pułkowniku. Stoi na siódmym.
– Kapralu, czy wy na boku nie stawiacie gdzieś czasem tarota? Skąd wiecie, że akurat na siódmym?
– Mam czuły słuch, panie pułkowniku. To wszystko.
Parsknięcie.
– Kapralu, a nie mogliście tym swoim czułym słuchem rozpoznać zawczasu oszustwa? To oszczędziłoby nam wielu kłopotów.
– Z przykrością muszę stwierdzić, że nie.
– A to wielka strata, kapralu. Naprawdę żałuję. No, chłopcy, dość tych wygłupów, szykujcie broń. Te windy… coś się kroi. Nero, dawaj mi tu zaraz EMP. Catherine… Catherine, do kurwy nędzy, gdzie się wybierasz?! Na spacer?!
– Na zwiad, Steven.
– „Panie pułkowniku”, żołnierzu. Radzę o tym pamiętać. Mimo wszystko. A teraz posadź ten swój krągły tyłeczek na ziemi, bo coś ci go jeszcze odgryzie. Nero, z czego rżysz?
– Pomyślałem sobie… pomyślałem, że ja to bym go odgryzł z przyjemnością, albo chociaż…
Pułkownik był szybki. Nero nie byłby w stanie uniknąć ciosu nawet, gdyby wcześniej zauważył ruch dowódcy. Ale pięść nie spadła na nos żołnierza ani na jego szczękę. Był tylko siarczysty policzek, połączony z głośnym plaśnięciem, którego echo zaraz rozeszło się wzdłuż ścian korytarza.
– Stul pysk, psie. I na zwiad. Masz pięć minut.
– Ale…
– Obchód. Całe piętro. Jazda!
Nero mruknął pod nosem coś, co mogło być dowolnym przekleństwem, i dźwignął się niemrawo ze swojego krzesła. Ściągnął z prawego ramienia karabin – prawdziwy przedwojenny M16, wciąż uznawany za główny element wyposażenia amerykańskiej armii. Wszyscy je mieli. Ale czy to mogło zmienić cokolwiek?
Nero zasalutował od niechcenia, przepchnął się obok opartego o ścianę Maxwella, i powoli zaczął przełazić przez barykadę. Pod naciskiem podeszew zniszczonych butów żołnierza coś obsunęło się kilkakrotnie. Po chwili był już po drugiej stronie. Splunął sobie pod nogi i chwycił zręcznie przerzuconą przez barykadę latarkę.
– Pięć minut! – zawołał raz jeszcze pułkownik, wychylając głowę zza osłony. Śmiesznie tak wyglądał, jak biała wisienka zatknięta na samym czubku tortu lukrowanego żelastwem.
Nero przeklął go w myślach. Nie, nie to, że nie lubił pułkownika Morrisa. Jego uczucia nie miały w tym fachu najmniejszego znaczenia. Po prostu, nie widział sensu w robieniu tych idiotycznych zwiadów. Bo, w obecnej sytuacji, nie były one nikomu do niczego potrzebne.
Za wyjątkiem Catherine.
Ale ona była szalona.
Nero przykucnął, poprawił sznurowadła i przełożył karabin do lewej ręki. Wiedział, że obserwują go zza barykady, z palcami na spustach. Był teraz czymś w rodzaju przynęty. I niespecjalnie mu to odpowiadało.
U końca korytarza, zaraz przy windach, świeciła się jedna, cudem ocalała, neonowa żarówka. Nero już dawno miał ochotę strącić ją jednym precyzyjnym strzałem, teraz jednak, kiedy znalazł się poza bezpieczną barykadą, całkiem stracił do tego zapał. Nie chcąc narobić hałasu, stąpał ostrożnie, metr po metrze posuwając się korytarzem. Gruz i odłamki szkła ledwie chrzęściły pod jego butami.
Windy pracowały głośno.
Żyły swym własnym życiem. Jeździły bez wyraźnego celu, z ostatniego piętra budynku aż do piwnic, i znowu w górę. Czasem zatrzymywały się na którejś kondygnacji – niektóre pozostawały w tym miejscu na kilka godzin, niektóre od razu ruszały ponownie. Wind było jedenaście, ale Nero wiedział, że nie wszystkie są sprawne. Trzy albo cztery szyby w ogóle nie nadawały się do użytku.
Te milczały swoją własną, grobową ciszą.
Zwiad nie polegał na zajrzeniu w każdy zakamarek na piętrze. Wystarczyło tylko obejść pion wind, sprawdzić zabezpieczenia przy wejściu na klatkę schodową, pobieżnie zlustrować pozostałe korytarze. Zauważyć jakieś nieprawidłowości, lub nie. Wrócić i zameldować, że wszystko w porządku.
Poprzedniego dnia Nero zrobił tak cztery razy.
Choć, rzecz jasna, nic nie było w porządku.
Mężczyzna zapalił latarkę i zatknął ją sobie za pasek przy hełmie. Był już przy windach. Łuk światła rzucanego przez neonówkę urywał się już po kilku metrach, za zakolem korytarza. Bo korytarz był idealnym pierścieniem nasuniętym na palec pionu wind. Nero już dawno doszedł do wniosku, że ten budynek projektował jakiś idiota.
Windy pracowały głośno.
Nero ruszył przed siebie, nie zwracając na nie uwagi.

*

Pułkownik Morris miał czterdzieści dwa lata i jakiś wyjątkowo paskudny przypadek anemii, który opierał się standardowym, powszechnie dostępnym lekarstwom. Tabletki i krople zazwyczaj okazywały się być zbyt słabe, musiał więc zażywać dwie dawki zamiast jednej, to z kolei wiązało się z większymi kosztami. I także nie dawało specjalnie dobrych rezultatów. Morris był wiecznie blady i łatwo się przemęczał. Duszności, które nieraz chwyciły go już na froncie, uważał za najgorsze przekleństwo. Bo tam i tak zazwyczaj nie było czym oddychać.
Dlaczego wstąpił do regularnego wojska? Sam często zadawał sobie to pytanie. Można by rzec, iż Steven Morris nie miał ku temu żadnych predyspozycji. Kiepskiej postury, przygarbiony i wiecznie pokasłujący był wręcz przeciwieństwem wizerunku dobrego żołnierza. Ale przyjęli go. Każdego przyjmowali. Nie było żadnej komisji – tylko jeden mężczyzna, który spytał dziewiętnastoletniego Morrisa, czy wie, na co trzeba nacisnąć, aby broń wystrzeliła. Wiedział, więc z miejsca dostał przydział. Odcinek 5A, zwany również – oficjalnie – „Wzgórzem Nadziei” lub – mniej oficjalnie – „Najkrótszą Drogą Do Nieba”.
Nie wytrzymał długo. Nikt z tego werbunku nie wytrzymał. Jedni zginęli, drudzy uciekli. Na ich miejsce zaraz wciśnięto nowych. Morris zdezerterował również. Czwartego dnia.
Kilka lat włóczył się bez celu południowymi bezdrożami. Nauczył się strzelać i walczyć. Dużo czytał. Chyba wszystko, co dotyczyło militariów, strategii i logistyki przeszło przez jego ręce. Zaciągnął się drugi raz, w Denver. Tym razem podał specjalizację – strateg. Dali mu stanowisko i kilku wynędzniałych, agresywnych opryszków, którzy tylko rozglądali się dokoła, szukając okazji do burdy i kradzieży. Tak zwani „karniacy”. Skazani przestępcy, głównie z Nowego Jorku, gdyż tylko tam próbowano wciąż egzekwować prawo.
Morris sprawdził się w dwóch pierwszych akcjach. Jego ludzie także. W miejsce przestarzałych i rozsypujących się w rękach antyków dostali wtedy prawdziwą, porządną broń. Morris otrzymał też awans. Wkrótce zrozumiał mechanizm – a może jego brak – działający na froncie. A ponieważ całkiem nieźle poradził sobie z „karniakami”, którzy słowo „dyscyplina” znali tylko z opowieści, przysyłano mu od tej pory najgorszy materiał werbunkowy. Rozleniwione, nie mające pojęcia o wojnie dzieciaki z Vegas, które pomyliły linię frontu z największą balangą stulecia, i za ten błąd zapłacić miały bardzo wysoką cenę. Całe bandy zdemoralizowanych, półprzytomnych od prochów szczeniaków z Detroit. Do niczego nie nadających się starców, chcących spełnić swój obywatelski obowiązek w obronie umierającej ojczyzny. Inwalidów. Nieudaczników. Kretynów i szaleńców.
Niewielu udawało się przeżyć pierwszy tydzień. Ci, którzy wytrzymywali, zazwyczaj pozostawali w oddziale na stałe. Ale i oni ginęli, w taki czy inny sposób. Jak dotąd, najdłużej „uchowali się” Lloyd i Maxwell. Pierwszy należał do osławionej grupy „karniaków”, tej samej, z którą Morris zaczynał wojskową karierę. I, choć wszyscy jego towarzysze dawno gryźli już ziemię, on wciąż trwał, twardy i nieustępliwy jak skała. Maxwell pochodził zaś z Detroit, jak zresztą każdy wyrzutek w Ameryce. Kiedy trafił do oddziału Morrisa, ubierał się w skóry i wąchał klej jak powietrze. Dziś nawet o tym nie pamiętał. Ale nawet oni nie zmieniali sytuacji. Nic nie miało znaczenia.
I tak umrą. W ciągu kilku najbliższych dni.
Tylko na tyle zostało im zapasów.
Pułkownik wiedział o tym doskonale. Wszyscy wiedzieli.
– Catherine, sprawdź stan amunicji.
– Cztery taśmy 7.62, pięćset cztery 5.56-stki, osiem…
– Szeregowy Catherine, proszę sprawdzić stan amunicji!
– Tak jest.
Trzaśnięcie drzwi.
– Zastanawiasz się pewnie, czemu to robię?
– Nie. Znam cię, Steve.
– A jednak się zastanawiasz. – Morris odchylił głowę do tyłu i spojrzał w sufit poprzecinany pajęczyną pęknięć. – Ty myślisz, że jestem okrutny, prawda? Że jestem sadystą, który z czystej przyjemności dręczy ją i upokarza, narzucając przymusem bezczynność.
Maxwell rozpiął kieszeń i wyciągnął zmiętoszoną paczkę Marlboro. Po chwili błysnęła zapalniczka.
– Jest coraz gorzej, Max. – mówił dalej Morris. – To się zaczyna udzielać nam wszystkim. Najpierw Johnson, teraz Campbell. Nero i ten nowy, Ariel, też zachowują się dziwnie. A Cathe… Ty widziałeś jej oczy? Ten beznamiętny, pusty wzrok?
Maxwell zaciągnął się papierosem i wypuścił w powietrze chmurkę szarego dymu.
– I jeszcze Lloyd… On, co prawda, zachowuje się tak jak zawsze, ale to właśnie jest najstraszniejsze. – Morris spojrzał na towarzysza. – Max, mam jedną prośbę. Jeśli… jeśli zacznę wygadywać jakieś dziwne rzeczy, po prostu mnie zastrzel. Dobrze?
– Jasne, Steve. Masz to jak w banku. A jak już cię zastrzelę, to mogę wziąć twoje buty? Moje strasznie mnie obcierają.
– Ty sukin…
Przeraźliwy wrzask, dochodzący z głębi korytarza w sekundzie zmroził Morrisowi krew w żyłach. Zaraz potem gdzieś w tamtej części piętra zaterkotał karabin maszynowy.
– Neeerooo! – ryknął Morris, przypadając z bronią do barykady. – Neeeeroooooo!
– Załatwili go, kurwa… – jęknął Maxwell, kuląc się tuż koło niego.
W tym momencie na korytarz wypadła Catherine, niemal wyrywając drzwi z zawiasów. Morris chwycił ją za nogawkę spodni i pociągnął ku ziemi.
– Zająć pozycje!
Zajęli.
Szybko i sprawnie.
Strzały z głębi budynku przycichały, aż wreszcie całkiem umilkły.
– Oż kurwa… – mamrotał Maxwell, przylepiony plecami do starej lodówki, służącej za element barykady.
Zjawił się Lloyd, jak zwykle bezszelestnie. W półmroku zamajaczyła jego ciemna sylwetka.
– Dokąd…? – syknął Morris przez ściśnięte strachem zęby.
– Na zwiad.
– Maxwell, ubezpieczamy. Szyk boczny. Catherine, na tyły.
Barykada.
Korytarz, ciemność. Cisza.
Lloyd biegnie pierwszy, bezgłośnie. Morris i Maxwell przy ścianie. Karabiny wyślizgują się ze spoconych dłoni.
Morris utyka. Na karku czuje przyśpieszony oddech kaprala.
Lloyd znika za zakrętem korytarza, zaraz przy windach. Windy milczą.
Morris i Maxwell zostają sami. Pochyleni, z karabinami przygotowanymi do strzału. Ze świadomością, że nawet to może się nie na wiele zdać.
Bo wróg lubił ich zaskakiwać.
Bardzo.

*

Nikolaj Godunow stał prosto, wyprężony jak struna. Zdawać się mogło, że sam próbuje wycisnąć ze swego ciała ostatnie soki. Przeciętnego wzrostu, przeciętnej budowy, przeciętnie ubrany. Włosy nijakiego koloru. Blada skóra. Wąskie usta i nieprzyjemne, gadzie oczy, skryte za szkłami okularów w drucianej oprawie. Drwiący uśmieszek.
Nikolaj Godunow, o ile naprawdę się tak nazywał, miał ręce wykręcone do tyłu, z nosa wciąż ciekła mu strużka krwi.
– Podaj kod.
– Zapomniałem.
Uderzenie.
– Podaj kod, śmieciu!
– Nie pamiętam.
Uderzenie.
– Dawaj mi tu ten zasrany kod, bo zabiję!
– Catherine, puść go! To nie ma sensu.
– Rozkaz…
Catherine puściła mężczyznę, nie powstrzymując się od splunięcia gęstą śliną prosto na jego spodnie. Potem usiadła na jednym z krzeseł, zapalając papierosa. Maxwell podniósł pytająco wzrok.
– Bez kodu nie otworzę. – powiedział, wskazując trzymany w rękach neseser. Neseser oprawiony był w czarną skórę, brakowało uchwytu.
– Więc nie otwieraj. – odparł pułkownik Morris, przyglądając się uważnie nieznajomemu. Ten odwzajemnił spojrzenie, choć było w tym więcej pogardy niż zainteresowania czy sympatii.
– Z całym szacunkiem, Godunow to nazwisko rosyjskie?
– Owszem rosyjskie. Czy mógłby pan – z całym szacunkiem, nie znam pańskiego stopnia – powiedzieć temu osiłkowi, żeby mnie puścił? Byłbym wdzięczny.
– Ja byłbym zaś wdzięczny, gdyby ktoś wytłumaczył mi, dlaczego szeregowy Nero nie żyje.
Godunow wzruszył ramionami. Na tyle, na ile pozwalał mu niedźwiedzi uścisk stojącego za jego plecami Lloyda.
– Po prostu wzięliśmy siebie za kogoś innego.
Na znak Morrisa, Lloyd puścił mężczyznę. Aby zniechęcić Godunowa do bardziej agresywnych zachowań wystarczył wycelowany w jego klatkę piersiową pistolet. Rosjanin poprawił na sobie kurtkę, pociągnął nosem i obtarł krew rękawem.
– Teraz co? Zastrzelicie mnie?
– Najpierw mów co masz w walizie! – krzyknęła Catherine, zrywając się z krzesła.
– Kate, na barykadę! Ariel, to samo.
– Morris, to już nie ma sensu!
– Nie słyszysz co mówię?! To rozkaz, żołnierzu! Ariel, ty też! Ariel, do cholery, śpisz?!
Szeregowy Ariel, szczupły, dwudziestodwuletni mężczyzna, który dołączył do oddziału niespełna dwa miesiące wcześniej i z miejsca dostał funkcję radiooperatora polowego, nie zareagował. Leżał rozwalony w fotelu, tyłem do pozostałych, przodem zaś do migającego, spękanego telebimu okiennego. Tym razem Budynek raczył ich trwającym już od kilkunastu godzin zachodem słońca.
Morris sprężystym krokiem dotarł do fotela i pochylił się nad leżącym. Gwałtownie wyrwał mu z uszu słuchawki.
– Nie słyszysz, kurwa?! – rozdarł się, zwalając Ariela na podłogę. Nie szczędził butów. – Jazda na barykadę! W tej chwili!
Ariel powoli gramolił się z ziemi. Jęknął tylko, gdy pocisk wystrzelony z pistoletu Morrisa rozwalił jego discman na części pierwsze i uciszył na wieki.
– Niech to szlag… – warknął, patrząc spode łba na swego dowódcę.
Morris tylko wcisnął mu w ręce karabin i pchnął mocno w stronę drzwi.
– Dyscyplina w tym oddziale gra pierwsze skrzypce, jak widzę. – odezwał się znowu Godunow, gdy tylko Ariel opuścił pomieszczenie. – To bardzo dobrze, jeśli człowiek potrafi budzić respekt wśród swoich żołnierzy. To nawet konieczne.
– Jeszcze chwila… – Morris skierował lufę pistoletu w stronę Rosjanina i zawiesił ją w powietrzu. – Jeszcze chwila, i zapomnę, że zabroniłem im się mścić. A oni lubią się mścić. Kochają to. Zapomnę, że szeregowy Nero stygnie gdzieś tam w korytarzu…
– I że dorzuciliście jego ciało na tę waszą barykadę? Tak jak pozostałych?
– To konieczne. Nie muszę się zresztą tłumaczyć przed kimś, kto bez powodu zastrzelił jednego z moich ludzi.
– Nie wiedziałem, że to człowiek. Celowałem nisko.
Morris spojrzał na Lloyda. Ten potwierdził skinięciem głowy.
– Nie kłamie.
– Nisko, w porządku. – pułkownik uśmiechnął się smutno, nie opuszczając broni. – Ale i tak dostatecznie wysoko, żeby wpakować mu serię prosto w żołądek.
– Mówiłem już. – głos Godunowa był chłodny. – To był przypadek. Pomyłka.
Pomyłka, pomyślał Morris. Pomyłka… Pomyłką było wszystko, całe to cholerne gówno, w które wdepnęli! Pomyłką było to, że ginęli, że zaczynali wariować, że zabijali się nawzajem, a trupy kładli potem na barykadę. Pomylone było też to, że zostało ich tylko sześcioro: Morris, Maxwell, Lloyd, Catherine, Ariel i Campbell, że za niedługo będzie ich jeszcze mniej.
Że on, jako kapitan tonącego statku, musi zejść z pokładu jako ostatni.
A zejść chciałby już teraz, choćby w tej chwili.
Tyle, że w innym tego słowa znaczeniu.
– Więc? – Godunow spojrzał spokojnie w lufę pistoletu. – Zastrzeli mnie pan?
Morris powoli opuścił broń, zamykając oczy.
– Wiedziałem. – powiedział Rosjanin cicho. – Wiedziałem, że pan tego nie zrobi.
– Doprawdy? Dlaczego miałbym niby tego nie robić?
– Bo jest pan dobrym człowiekiem. Tak myślę.

*

Zaczęło się od przepustek. Dostali urlop, cały oddział. Moloch stał aktualnie w miejscu i nic nie wskazywało na to, aby sukinsyn akurat w najbliższym czasie zamierzał kontynuować swoją ekspansję na południe. Linia frontu była zaś w tym miejscu wyjątkowo szczelna i gruba, pewnie ze względu na stojącą w pobliskim King’s Lake przetwórnię spożywczą. W gruncie rzeczy, wcale nie potrzebowali nawet odgórnego zezwolenia. W każdej chwili bowiem mogli spakować swoje manatki i wynieść się gdzie pieprz rośnie.
No, ale przepustki to jednak przepustki.
Pułk składał się wtedy z trzydziestu ośmiu osób. Dwudziestu sześciu żołnierzy zostało przy Morrisie, reszta zaś rozjechała się do rodzin czy gdzie tam im się podobało. Dokładnie za dwa tygodnie wszyscy mieli stawić się z powrotem w Denver. Ale jak najlepiej spędzić takie długie wakacje?
Wybrali „Raj Garry’ego”.
I to była najgorsza decyzja w ich życiu.
Audycję wychwycił Ariel, bawiąc się pokrętłami radiostacji, kiedy bez wyraźnego celu posuwali się na południowy wschód drogą 70. Fale krótkie. Potężny nadajnik zakłócał wszystkie inne fale w okolicy, rozpychał się na sąsiednie częstotliwości. Nikt, kto tędy przejeżdżał, nie mógł tego przegapić. Garry ściągał do siebie każdego. Zależało mu na tym.
W miarę, jak zbliżali się do celu, coraz częściej napotykali na porozwieszane tu i ówdzie reklamy: koślawe napisy na murach zrujnowanych budynków i planszach starych billboardów. Drogowskazy. Wszędzie mniej więcej podobna treść:
„Raj Garry’ego – kobiety, alkohol, noclegi. Tanio i luksusowo!”
„Raj Garry’ego! Kobiety, noclegi, handel – zapraszamy!”
„Zapraszamy do Raju Garry’ego. Tylko tu znajdziecie prawdziwie rajskie kobiety!”
Tymi kobietami właśnie zainteresowała się męska część pułku. Catherine nazwała ich wszystkich „kurwiarzami”. Ale, jak stwierdził któryś z żołnierzy, na froncie nie ma prawdziwych kobiet, a tylko brudne, lepiące się od potu śmierdzące bestie, więc lepiej być kurwiarzem niż świniojebcą. Morris nie miał zatem innego wyboru, jak tylko skierować konwój złożony z trzech jeepów i jednej wojskowej ciężarówki w stronę Kansas City. W stronę Raju.
To było tydzień wcześniej.
Dzisiaj większa część pułku nie żyła, ciała niektórych służyły za wierzchnią warstwę barykady, bo wróg czasem brał zwłoki za żywych i w nie właśnie wypuszczał pierwsze pociski. Niektórzy skończyli zaś jeszcze gorzej.
Następny miał być Campbell. To było pewne.
– To stało mu się przedwczoraj. – powiedział Morris cicho. Dym papierosowy otaczał go aureolą. – Mogę się jednak mylić, straciliśmy rachubę czasu.
Nikolaj Godunow nie odpowiedział. Patrzył w milczeniu na siedzącego pod ścianą człowieka. Człowieka? Ręce wykręcone do tyłu, związane w nadgarstkach, przeciągnięte za jakąś wystającą ze ściany rurę. Skrępowane nogi. Usta zakneblowane kawałkiem szmaty. Oczy szalone.
Campbell.
Kolejny na liście.
– Próbował symulować. – ciągnął Morris. – Udawał, że się dławi. Kiedy ściągnęliśmy knebel, pogryzł Maxwella po ręce. Nie mocno, ale jednak. Nazywamy to „czarnym potem”. Dwóch poprzednich trzeba było…
– Domyślam się. To cały oddział?
– Tak, cały. Sierżant Lloyd, kapral Maxwell, sierżant Campbell, szeregowy Catherine Woods, szeregowy Ariel Jakiśtam.
– I pan, pułkowniku.
– I ja. Czy mogę zadać pytanie?
– Oczywiście.
– Przyjechał pan tutaj sam?
Godunow spojrzał na Morrisa bez emocji. – Nie. Ale teraz już jestem sam.
Pułkownik nie skomentował. Nie musiał.
– Jakieś plany na przyszłość?
Rosjanin uśmiechnął się krzywo. – Miałem jechać do Vegas. Jestem kurierem. Termin upływa mi za dwa tygodnie.
– W obecnej sytuacji, to już chyba nie ma różnicy, prawda?
Godunow zmierzył Morrisa wzrokiem, jakby coś nagle go zainteresowało w osobie pułkownika.
– Które to piętro? – spytał po chwili.
– Czternaste. Czy to ważne?
Godunow uśmiechał się dziwnie.

*

Panowała cisza. Lloyd siedział okrakiem na szczycie barykady, wpatrzony w wylot korytarza. Dwa metry od jego lewej nogi zaczynało rozkładać się ciało jednego z zabitych. Wydzielało słodkawy zapach. Lloyd nie wiedział, jak nazywał się ten żołnierz. Nie interesowało go to.
Ariel przycupnął w kącie. Chrzęścił skorupkami po orzechach ziemnych, które wpierw dwoma palcami wybierał z łupinek a potem pstryknięciem kciuka wysyłał w powietrze i łapał w zęby. Robił to z zamkniętymi oczami.
– Cholerny idiota! – Catherine obróciła się w jego stronę, zapalając latarkę. – Mógłbyś, kurwa, przestać?!
– Nie. Nie mógłbym. – odparł Ariel z pełnymi ustami. Strzepnął okruszki z kurtki.
– Wsadzę ci w dupę te pieprzone orzeszki, jak nie przestaniesz. Słyszysz, co mówię?!
– Tak jest, panie generał.
Catherine już wstawała, by spełnić swoją groźbę, uprzedził ją jednak Lloyd, którego ich sprzeczka najwyraźniej wyrwała z transu.
– Niechaj ci, którzy grają u was role błaznów – przemówił chrapliwie – biorą w usta tylko to, co dla nich napisano.
– Ty też mógłbyś już przestać, pojebany poeto. – warknęła Catherine, zaciągając się papierosem. – Sam sobie bierz w usta, jak tak ci zależy. Rzygać się chce od tego waszego gadania.
– Kate… kochanie… – Ariel podkurczył nogi i położył sobie na kolanach swój M16. – Jesteś dziś strasznie nerwowa. Czy coś się stało, kochanie?
– Ostrzegam cię…
– Kate, ja znam kobiety. Sytuacja nie wygląda najlepiej; kto wie, ile życia nam jeszcze zostało. Może to kwestia godzin? Pewnie wolałabyś spędzić je jakoś inaczej, niż na tej durnej warcie, prawda? Chciałabyś, żeby ci ktoś dogodził, zanim…
Głowa Ariela odskoczyła do tyłu jak piłka. Nie zdążył krzyknąć, zagulgotał jedynie gardłowo, kiedy kolba karabinu grzmotnęła go prosto w szczękę.
– Ty suko… – wysyczał, zapluwając sobie krwią brodę. – Ty szmato… – seplenił lekko, cios musiał więc naruszyć uzębienie. Widok był iście makabryczny.
– No, o co ci chodzi, Ariel? Właśnie mi dogodziłeś. Nie widzisz, jaka jestem szczęśliwa?
– Zabiję… cię…
– Chodźmy na zwiad, Ariel. Razem. Jak mąż i żona, jak stare, dobre małżeństwo. Korytarze czekają na ciebie, Ariel. Są głodne.
– Daj mi spokój, wariatko. – żołnierz wypluł na dłoń odłamek zęba.
Catherine stanęła nad nim w lekkim rozkroku, kierując światło latarki w jego twarz. Skórzane spodnie ciasno opinały jej zgrabne uda.
– Chodź, Ariel. Dam ci się zerżnąć. Przecież tego właśnie chcesz, prawda?
Lloyd przestał zwracać na nich uwagę. Nadal wpatrzony w wylot korytarza, dobył zza pasa swój nóż. Oryginalny Strider MT3, tytan. Rękojeść antypoślizgowa, pokryta gumą. Samo ostrze miało dwadzieścia centymetrów długości. Z kieszeni swoich wojskowych spodni Lloyd wyciągnął podłużną osełkę.
Ostrze dotknęło chropowatej powierzchni i zaczęło ją głaskać. Towarzyszył temu nieprzerwany, nieprzyjemny dla ucha pisk.
Budynek nie odpowiadał.

*

Pułkownik Morris zgrzał się solidnie, przenosząc cały sprzęt w jedno miejsce. Niby niewiele tego – żałośnie wręcz mało – a jednak czuł się, jakby Moloch przemaszerował mu osobiście po plecach. Karabin maszynowy M60 z przymocowanym trójnogiem, kilka taśm amunicji, dwa kanistry benzyny, skrzynka najróżniejszych klamotów przeznaczonych na handel. Butla gazowa. Skórzana torba wypełniona trotylem. Broń, mundury i hełmy – odebrane tym, którzy już ich do niczego nie potrzebowali.
Pomagali mu Maxwell i Godunow, nie odzywając się do siebie. Rosjanin przyśpiewywał coś pod nosem.
Atmosfera była dziwnie napięta.
– Nie rozumiem. – odezwał się wreszcie kapral, zamykając żelazne pudełko na naboje. – Winda techniczna… Przecież budynek sprawuje nad wszystkimi kontrolę! Przecież on tutaj rządzi wszystkim! Trzy dni temu zaatakowała nas zepsuta kuchenka! Poza tym, dlaczego dotąd jej nie znaleźliśmy?
– Już tłumaczyłem. – mruknął Godunow. Szkła jego okularów błysnęły groźnie. – Wejścia znajdują się co trzy piętra, począwszy od parteru. Najbliższe jest dokładnie nad nami.
– Ach tak? To coś w rodzaju tych powyrywanych przycisków we wszystkich windach? Budynek sam wybiera, na które piętra mamy się dostać, a na które nie. Piętro dziesiąte – recepcja! Pamiętam dobrze…
– Maxwell, spokojnie. – rzekł Morris stanowczo – Panuj nad sobą. Jeśli istnieje jakakolwiek droga ucieczki, to mam zamiar ją wypróbować!
– Którymś z nas, tak? Którymś ze swoich podwładnych?! Tak jak to zrobiłeś z grupą Collinsa?!
– Kapralu Maxwell, przywołuję cię do porządku!
Maxwell zaśmiał się tylko.
– Mieli zbadać, czy istnieje możliwość przedostania się wyżej… – kontynuował, patrząc w ścianę przeoraną dziurami po kulach. – Wysłałeś siedmiu ludzi. I gdzie oni teraz są, Steven? Widzisz ich tutaj?! A teraz słuchasz tego… tego człowieka. Ufasz mu. A zapytałeś, jakim cudem dostał się aż tak wysoko?! Popatrz na jego ubranie. Widzisz gdzieś najdrobniejszą plamkę?! Jak on…
– Windą techniczną. – przerwał spokojnie Godunow. – Z szóstego piętra aż na piętnaste. A potem w dół, klatką schodową.
Kapral nawet na niego nie spojrzał. Mówił, zwrócony twarzą w stronę Morrisa.
– Twierdzi, że jest z Nowego Jorku. Że jest kurierem i jedzie do Vegas. Steven, ty wiesz co to oznacza? Wiesz przecież. To rosyjska mafia, rozprowadzają prochy w NY. Zaopatrują się w Vegas, wiozą towar przez połowę Stanów i sprzedają. Głowę dam, że właśnie to ukrywa w swojej pancernej walizeczce.
– Nigdy nie twierdziłem, że jest inaczej… – Rosjanin uśmiechał się ironicznie.
– Max, to nie ma znaczenia! – krzyknął Morris, czując jak napinają się wszystkie mięśnie w jego ciele. – Do jasnej cholery, nie interesuje mnie, co kto w życiu robi! Ten człowiek zna drogę do…
– Właśnie, do czego?!
– Do wyjścia!
Kapral odwrócił się w stronę telebimu. Milczał.
– Te sukinsyny na nas żerują, Steven. – odezwał się wreszcie, a głos mu się łamał. – Mają gdzieś, że tam, na północy, ktoś za nich umiera. Że tam… Są jak pasożyty. Jak pasożyty w trzewiach kraju.
Morris patrzył na Rosjanina i myślał. W gruncie rzeczy, Maxwell miał całkowitą rację. Wojna toczyła się na północnym zachodzie. I kogo to właściwie obchodziło? Tych, którzy zachowali w dzisiejszych czasach choć trochę godności i honoru. Tych, którzy postanowili bronić swoich ogródków, zamiast uciekać wciąż na południe. Nawet tych, którzy strzelanie do maszyn traktowali jako znakomitą zabawę, stawiano na froncie na równi z prawdziwymi patriotami. Bo wszyscy walczyli ramię w ramię, ginęli jedni za drugich. A reszta kraju? Reszty kraju wojna i Moloch nie interesowały. Za plecami frontu mogli rozwijać znakomite interesy, budować prywatne imperia, bogacić się kosztem innych. Prowadzić w miarę spokojne i dostatnie życie.
Tak, Maxwell miał rację. Ale co to właściwie zmieniało?
– Więc? – zapytał Godunow, mierząc pułkownika wzrokiem. – Jaka decyzja, dowódco?
Morris sięgnął do kieszeni po papierosy.
– Pójdziemy.
Rosjanin pokiwał głową. Maxwell zaklął paskudnie.
– Max, zwołaj ich tutaj.
– Rozkaz.
Pozostaje jeszcze jedna sprawa, pomyślał Morris, kiedy za kapralem zamknęły się drzwi.
Campbell.

*

– Sierżancie… Sierżancie, słyszycie mnie? Campbell, mówię do ciebie. Rozumiesz, co mówię?
Skinięcie głową.
– Campbell, chcemy się stąd wydostać. Mamy plan. Znamy drogę ucieczki, rozumiesz mnie? Campbell, pytam, czy rozumiesz, co mówię?!
Potwierdzenie. Błysk w oczach.
– Campbell, będziesz w stanie iść? Iść o własnych siłach?
Znów potwierdzenie.
Morris przeciągnął wzrokiem po pozostałych, czekając na ich reakcję. Nie doczekał się żadnej. Tylko Ariel uśmiechał się drwiąco. Reszta milczała.
– Campbell, zaraz ściągnę ci knebel i rozwiążę ręce. – rzekł Morris, kucając obok żołnierza. Błysnęło ostrze. Campbell zamknął oczy i szarpnął się. Morris położył mu dłoń na ramieniu w uspokajającym geście i sięgnął do skrępowanych przegubów mężczyzny. Czuł bijący od niego zapach starego potu. Jednym mocnym pociągnięciem przeciął więzy. Sznur opadł na ziemię.
– Wstań.
Campbell nie ruszył się z miejsca. Powoli rozprostowywał ręce i przyglądał się swoim dłoniom. Ociężałym ruchem wyrwał z ust knebel. Zakasłał i oblizał spieczone wargi. Otarł czoło rękawem munduru. Spojrzał spode łba na stojących nad nim żołnierzy.
A potem rzucił się jak pantera.
Morris był na to przygotowany, ale nie spodziewał się takiego impetu. Campbell, mimo drobnej budowy ciała, przewalił pułkownika na podłogę, odtrącając próbującego go schwytać Ariela. Szeregowy poleciał do tyłu jak szmaciana lalka, wpadając plecami na Godunowa i przewracając też jego. Campbell z dzikim wrzaskiem runął w stronę drzwi wyjściowych, przepychając się między zaskoczonymi Maxwellem i Catherine. Przekoziołkował i oburącz uchwycił się klamki.
I właśnie wtedy złapał go Lloyd.
– Dokąd to? – szepnął sierżant, przygniatając mężczyznę do ziemi. – Po cóż uciekać? Głupcem ten, kto próbuje się schować przed swym przeznaczeniem…
– A więc, nie udało się. – mruknął Morris, patrząc jak Lloyd i Maxwell wloką Campbella z powrotem pod ścianę i ponownie unieruchamiają sznurem.
Czarny pot. Klaustrofobia i schizofrenia wymieszane w jednym garnku. Wlane w ludzki umysł litrami. Czarny obłęd, szaleństwo, na które nie ma lekarstwa.
Oprócz jednego.
Morris sięgnął do kieszeni i wygrzebał z niej pogniecione pudełko zapałek sztormowych. Wysypał na dłoń sześć sztuk, po czym zapalił jedną i chwilę obracał ją w palcach. Kiedy płomień sięgnął połowy drewienka, Morris zdmuchnął go.
Sześć zapałek. Po jednej dla Maxwella, Catherine, Lloyda i Ariela. Jedna dla Godunowa, bo znalazł się na froncie, trafił do ich oddziału i miał walczyć ramię w ramię z pozostałymi. Zabijać wraz z nimi i wraz z nimi umrzeć. I jedna dla samego Morrisa, gdyż w obecnej sytuacji wszelkie stopnie wojskowe i obowiązki przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Miał prawo mieć takie same szanse jak inni. Nie chciał brać tego na siebie. Nie tym razem.
Sześć zapałek, jedna z nich wypalona.
– Podejdźcie tu.
– Po co to? – spytała Catherine.
– Wybierz jedną.
Spojrzała mu w oczy i wyciągnęła z jego zaciśniętej dłoni zapałkę. Uniosła ją w górę. Cała.
Następny losował Maxwell – kapral uśmiechnął się tylko do siarczanej główki.
– Nie wiem o co tu chodzi, ale… – Ariel, przyciskający wciąż chustkę do roztrzaskanej wargi, pociągnął.
I zaklął.
Zapałka była wypalona.
Morris wyciągnął w jego stronę swój pistolet. – Bierz.
– Co jest…?! – żołnierz cofnął się krok do tyłu, blednąc na twarzy. – Co jest, kurwa?! No co jest?!
– Wypadło na ciebie.
– Co na mnie wypadło?! – Ariel patrzył na Morrisa jak na szaleńca. A potem przeniósł wzrok na pistolet pułkownika, i wreszcie zatrzymał spojrzenie na związanym pod ścianą Campbellu. Wtedy zrozumiał. – Matko, wy przecież… Kurwa, nie mówicie chyba poważnie! Chyba nie chcecie, żebym…
– Wypadło na ciebie. – powtórzył Morris, kolejny raz podsuwając mu broń.
Ariel zamachnął się i wytrącił ją Morrisowi z ręki.
– Mordercy! – krzyknął. – Pieprzeni mordercy!!! Chcecie zabić swojego…
– Nie możemy go zabrać ze sobą. – powiedział spokojnie Morris. – Ale nie można go też tutaj zostawić. Wiesz, co maszyny robią z ludźmi, żołnierzu? Chcesz mieć to na sumieniu?
– Mordercy…
– Ja to zrobię, Steven. – Catherine schyliła się po leżący na ziemi pistolet. Czarny warkocz musnął nogę Morrisa. – Nie zmuszaj go. Nie zrozumie.
– Nie. – głos pułkownika był chłodny jak stal. – Szeregowy Ariel, weźcie pistolet.
– On nie rozumie…
– A ty… – wyjąkał Ariel, patrząc na Catherine szyderczo. – Ty oczywiście rozumiesz, prawda? Wszystko rozumiesz, sadystko. I sprawia ci to cholerną satysfakcję…
– Szeregowy Ariel, weźcie pistolet!
– Lepiej dać mu nóż, pułkowniku. – odezwał się Lloyd. – Niech nie marnuje amunicji.
– Żałujesz, prawda? – Ariel spojrzał na niego wściekle. – Żałujesz, że to nie ty? Oczywiście… Oczywiście, że żałujesz…
A potem podniósł pistolet
Nie czekali. Nie było na co.
Budynek roześmiał się echem wystrzału.

Dodaj komentarz