Ostatni Wieżowiec

Mało jest wielkich ludzi na świecie. O wiele za mało. Wielcy ludzie odróżniają się od maluczkich tym, że nie wierzą w lepsze jutro. Oni je tworzą.
Takim człowiekiem jest właśnie Jeffry Mc Kenzee. Urodzony na jakimś pierdolonym zadupiu, jeszcze przed wojną.. Miałem okazję go poznać. No oczywiście, że po wojnie. Fajny z niego facet. Opowiadał mi o tym jak to było przed… A przed, nie było wcale tak fajnie jak wasi starzy wam wmawiają. Ludzie chorowali, tak jak dziś; umierali, tak jak dziś; młodzi jeździli na front – zupełnie tak jak dziś. Jeździli w dalekie kraje – od Europy poprzez Irak i Golfu Perskiego aż do Wietnamu. Światem targały wojny, ponieważ ludzie nie posiadali żadnego spoiwa- żadnego elementu który by ich łączył, czynił z nich jedność. Kłócili się. Nienawidzili.
No jasne że i wtedy Bóg błogosławił Amerykę! Rodziły się dzieci, kobiety były piękne, gospodarka była stateczna, każdy miał pracę. Dziś? Dziś nie jest gorzej. Mamy co jeść, co pić, mamy dach nad głową, jesteśmy wolni. Nie mamy mniej niż w tamtych czasach. Wręcz przeciwnie. Mamy coś więcej. Mamy spoiwo.
Dziś przecież też nienawiść gości w ludzkich sercach. Kto nie zaznał zazdrości? Bólu? Nienawiści? Chęci mordu? Bóg jest jednak wciąż z nami i dał nam szansę zmiany.
Coś się zmieniło. Postaw Hegemończyta i Teksańczyka za jedną barykadą przeciwko Molochowi, a będą walczyć jak bracia. Nic dziwnego- to właśnie Moloch jest spoiwem naszych czasów. On nas łączy.
To są słowa Jeffy’ego. Kiedy go słuchałem – byłem jeszcze młody – i brzmiało to dla mnie jak bajka. Myślałem sobie wtedy: „nic się nie zmieniło? Przecież żyjemy w piekle” nie miałem jednak racji.
To co do was mówię to tylko jego słowa. On jednak nie był człowiekiem słów – był człowiekiem czynu. Wyjechał w stany i dla was – żeby właśnie takim ludziom jak wy przekazać swoje idee – zostawił w domu swoją piękną żonę i małe dziecko. Wiecie jakie to poświęcenie? Ja je widziałem na zdjęciu. Jeffry mi je pokazał. Żonę miał piękną: młoda zdrowa blondynka o pełnych kształtach i błękitnych oczach. A dziecko? Tak małe i takie słodkie, że największemu twardzielowi zmiękło by serce. Miał nawet wyremontowany dom, gdzieś na przedmieściach Phoenix. Żył spokojnie. Uprawiał ziemie. Byli tam szczęśliwi. Dlaczego wam o tym mówię? Nie żebyście poczuli zazdrość, że miał piękną amerykańską rodzinę. O nie! Mówię to po to byście zrozumieli jego poświęcenie. Przecież każdy z nas może poświęcić olbrzymią sumę gambli. Ale co z tego? Gamble- rzecz nabyta. Rodziny jednak nie odzyskasz.
Aż smutno mi się robi kiedy tak na was patrzę. Żaden z was nie czuje teraz skruchy. Nie czujecie już niczego. Rozumiem was – musieliście się pozbyć uczuć by nie dać się przytłoczyć przez ten mroczny świat, ale ja wam powiem coś, co Jeffry powiedział mi w tajemnicy. On nie zostawił swojej rodziny. Jego rodzina została wymordowana. Tylko on przeżył. Przez przypadek. Myślicie może, że to Moloch? O nie. Mutanci? Też nie. Powiem wam, że to LUDZIE! Właśnie. A on wziął manatki i co zrobił? Zaczął pomagać obcemu bo wierzył, że można przezwyciężyć nienawiść.
Ja Jeffry’a spotkałem właśnie tu, w tym mieście. W Phoenix. Miasto odradzającego się ptaka. Ale od tego czasu nie wygląda, żeby za dużo się tu odrodziło. Pamiętam jak przemawiał. Wszyscy wierzyli w to co mówił, i gotowi byli na jedno jego skinienie oddać życie. Oni wtedy mieli chęci, mieli żar w oczach. Co wy macie?
Potem ślad o Jeffry’m zaginął. Nikt nie wie co się z nim stało. Niektórzy mówią, że pojechał na front, inni, że potrzebowali go w posterunku, jeszcze inni, że zabrali go do Nowego Jorku, bo był ich agentem, inni, że sprzątnął go Bano, za to, że miał za dobre gadane. Ja myślę, że on gdzieś tu siedzi. Czai się i czeka na dobrą okazję. Widzę, wciąż znajome twarze, z tamtego spotkania a w ich oczach dostrzegam wciąż ten żar. Oni wciąż czekają i ja też nie przestanę. Mimo, że od tamtego dnia minęło już wiele lat, ja wierze, że on wciąż gdzieś tam jest…

* * *

… i mam nadzieje Panowie, że wy w to też uwierzycie – rzekł łysiejący siwy mężczyzna. Miał na głowie gogle o oliwkowym szkłach. Ubrany był w nową kamizelkę wojskową, przy boku miał rzadko spotykanego sztucera. Na jego twarzy zawsze gościł miły uśmiech. Jego ciemna karnacja – dowód na to, że wiele podróżował na słońcu – kontrastowała z nienagannie białym uśmiechem. Oczy miał przenikliwe a głębokie zmarszczki na twarzy wskazywały na to, że przeżył już nie jedno. Emanował pewnym ciepłem i przyjaźnią. – od na pewno gdzieś jest. Wkrótce się o tym przekonacie.
-Ja nigdy o kimś takim nie słyszałem. A przecież tatko by mi opowiedział, gdyby naprawdę ktoś taki na świecie istniał. – rzekł zaczepnie jakiś młody w knajpie – czy może chcesz zaprzeczyć bo mojego tatkę też znasz?
-Jesteś młody. To dlatego -odpowiedział mu łysiejący mężczyzna
Wszyscy w knajpie siedzieli spokojnie i słuchali faceta w goglach. Prócz młodego. Był to rosły facet, nawet jak na hegemończyka, zdawał się być jednym z najmłodszych w knajpie, był łysy a na lewym przedramieniu nosił tatuaż – ognisty czarny ptak i trzy czarne płomienie.
Znak łowców niewolników.
Młody wstał i rzucił butelką o ścianę. Nikt się nie poruszył.
-Chcesz mi powiedzieć, że jestem mało doświadczony staruchu? Może jeszcze twierdzisz, że mój tatko mało wie? -młody najwyraźniej szukał guza.
-Nie – facet w goglach chciał uspokoić młodego, ale nie za bardzo wiedział jak się do tego zabrać – słuchaj, bo… Nie dokończył jednak, ktoś z tłumu chwycił młodego za kark i posadził z powrotem na krzesło. Nikt nic nie powiedział. Zapadła cisza
-Hej Sylar – rzekł ktoś z tłumu – opowiedz coś jeszcze.
-Z czystą przyjemnością. A opowiadałem wam kiedyś o tym jak z Anrdre rozwaliliśmy Juggernauta?

* * *

Wieżowiec. Jedyny taki wysoki w Phoenix. Zbudowany został niedawno – oddano go do użytku tuż przed wojną Dziś stoi prawie zrujnowany. Ostało się tylko ostatnie piętro- to najważniejsze. Na dole, wejścia pilnuje dwójka rosłych goryli. Na gorę prowadzi tylko jedna winda. Schody zawaliły się jakieś piętnaście lat temu. Winda działa już dwadzieścia lat – każdemu służyła świetnie. Jest bardzo dobrze pilnowana- to przecież jedyna droga. Gdybyś wszedł, w środku czekałby na ciebie gość równie szeroki jak ci na zewnątrz.
W maszynowni windy siedziała mała metalowa kulka. Wolno podchodziła do całego mechanizmu. Jej oko szukało pewnego kabelka. W jej metalowym mózgu sama porównywała dane ze schematem silnika, który miała w pamięci. Znalazła. Przecięła. Coś zgrzytało. Czekała. Wiedziała, że teraz będzie musiał przyjść mechanik i wiedziała, co miała zrobić. Mechanika trzeba usunąć. Schowała się w małej ciemnej dziurce. Zamknęła się. Czekała.

* * *

Do budynku zbliżał się konserwator windy. Tylko on mógł wjeżdżać na samą górę. Był wysoki i bardzo dobrze zbudowany. Oczy miał siwe, przypominały stal. Jego twarz była zawsze surowa a głos bez wyrazu, mimo tego zapadłby Ci głęboko w pamięć.
Minął strażników, którzy przywitali go ruchem głowy. Był tu nowy, ale już go zapamiętali. Wszedł do windy. Przywitał się ze strażnikiem. Stali obaj w ciszy. Winda się zatrzymała. Poszedł wzdłuż korytarza. Zauważył szklane drzwi – to tam czekał na niego szef.
Wszedł. Naprzeciw drzwi siedział mężczyzna za biurkiem.
-Cześć Jackie. Jak dziś poszło sprzątanie szkodników?
-Dobrze sir. Odpowiedział.
Facet był średniego wzrostu. Miał bystre oczy, w których dostrzegalny był pewien błysk. Taki jak ten, który mają osoby doświadczone, ale wciąż mające w sobie wigor działania i chęć do walki. Miał długie czarne ciasno spięte włosy. Wyglądał jak Dajmio jakiegoś japońskiego klanu. Siedział spokojnie na fotelu.
-Żadnych szczurów? Nic nie przecięło znowu kabelka? Kable w porządku? Wiesz nie chciałbym żadnego wypadku. – Facet atakował Jackiego pytaniami.
-Tak sir
-Dobrze. Możesz już iść.
-Dobrze sir.
Jackie wyszedł.
Mężczyzna został sam w pokoju. Odwrócił krzesło w kierunku okna. Widok na Phoenix zapierał dech w piersiach.
Był już stary, a przecież było jeszcze tyle do zrobienia.
Miejsce w wieżowcu zaoferował mu sam Bano. Owszem-było to miejsce zaszczytne – ale równie niebezpieczne. Nie chciał mieć swojej prywatnej celi w więzieniu – mimo, że również dzięki temu miał zaszczytne miejsce, ale on nie chciał. Był przecież wizjonerem. Potrzebował odosobnionego miejsca.
Zadzwoniła sekretarka.
-Panie Marlon?
-Tak?
-Doktor Gabriel do pana. Wpuścić?
-Oczywiście moja droga. Oczywiście.

* * *

-… mówię wam. Nie wiele brakowało a ten Juggernaut pochlastałby nas na kawałki. Skończył swoje opowiadanie Sylar. Większa część ludzi słuchała go uważnie, ale mądrzejsza część traktowała go jak zgaszonego radia.
-Dzięki Sylar – odpowiedział barman – zarobiłeś na ten swój darmowy posiłek.
Sylar podszedł do baru – który do najschludniejszych nie należał – wziął posiłek i usiadł w jakimś bardziej dyskretnym miejscu. Jadł powoli.
Posiłek nie był pierwszej jakości. Smakował niesamowicie. Sylar nic nie jadł porządnego już od trzech tygodni. Tyle bowiem błądził po pustyni.
Sylar uważnie obserwował innych ludzi w knajpie. Sam lokal nie był czymś wyjątkowym – nie zapamiętałbyś go po wyjściu. I właśnie dlatego Sylar go lubił. Ponieważ po wyjściu nie pamiętało się również twarzy ludzi, których spotkałeś w środku.
Siedział. Czekał. Młody wyszedł.

* * *

Młody człowiek szedł gorącymi ulicami Phoenix. Zakrył sobie szalem twarz i nałożył gogle na oczy. Wiał mocny wiatr, a piasek wchodził do każdej możliwej dziury. Gorący wiatr pachniał wilgocią i kwiatami. Wiało z neodżungli. To był groźny wiatr. Nosił w sobie nasiona i choroby. Nikogo nie było w mieście. Spokojnie szedł ulicą
Na południu pojawiły się chmury. Zapowiadało się na deszcz. Może nawet na burze.
Młody mężczyzna wszedł do małego zaułku. Spojrzał się za siebie i czekał. Wyjął nóż. Mimo piasku widać było w oddali wyraźne kontury więzienia.
Nikt za nim nie szedł. Ruszył więc dalej. Skręcił w prawo. Zajrzał jeszcze raz dla bezpieczeństwa zza siebie. Nikogo nie było. Podszedł do drzwi. Zapukał. Trzykrotnie, następnie dwukrotnie a potem czterokrotnie. Czekał. Znów zapukał według wzoru. Ktoś otworzył. Wszedł.
W środku było ciemno, lecz on znał to miejsce jak własny dom i mimo ciemności pewnie szedł dalej. Otworzył drzwi prowadzące do piwnicy. Zszedł na dół. W małym pokoiku było chłodno i sucho. Na kablu wisiała mała lampka oświetlająca sztucznym zimnym blaskiem cały pokój. W pokoju – dokładnie pod żarówką – znajdował się stół i cztery krzesła.
Na jednym z nich siedziała młoda, piękna kobieta. Miała piękny szeroki uśmiech, białe zęby przypominały perły, blond włosy były niczym dojrzałe pole zbożowe, błękitne oczy, głębokie niczym może, pogodne rysy twarzy i miłe, ciepłe spojrzenie. W małej sali zdawała się świecić własnym światłem. Na widok mężczyzny jej uśmiech rozpromienił się jeszcze bardziej.
-Hej Mikey
-Cześć Laura. -facet na jej widok zdawał się zmaleć. Nie wzrostem, lecz swoją męskością. Teraz wyglądał bardziej jak zauroczony dwunastolatek, który właśnie się zastanawiał jak zwrócić na siebie uwagę dziewczyny.
-Jakieś ciekawe wieści?
-Tak – mężczyzna mówił, tłumiąc jednocześnie uczucie pożądania – U Tylora jest jakiś koleś, który wierzy, że twój stary – Laura spojrzała się na niego poważnie – …khmmm… przepraszam. Znaczy się twój ojciec. On wierzy, że twój ojciec, jest gdzieś w mieście. Podobno kiedyś się spotkali i teraz facet czeka na sygnał.
-Myślisz, że to jeden z jego ludzi?
-Myślę, że tak. Ja chciałem wywołać burdę, jednak ludzie stanęli za nim niczym mur. Ma jakieś wtyki w mieście, lub porządne plecy. Wyślij do Tylora młodego. Może on się tam czegoś dowie.
-Musimy zaaranżować spotkanie z tym gościem. Jak mówiłeś, że się nazywa?
-Sylar. W ustach Mikey’a to imię brzmiało bardziej jak przeciągłe syknięcie.
W pokoju nikt się nie odzywał. W powietrzu tylko imię Sylara jeszcze brzmiało jeszcze echem. Oczy młodej dziewczyny płonęły nadzieją, a oczy Mikey’a nie odrywały się od jej zgrabnej sylwetki.

* * *

Wysoki łysy mężczyzna wszedł do motelu. Skinieniem głowy przywitał się z portierem. Odebrał klucz do pokoju sto dwanaście. Wyszedł z pokoju recepcjonisty i skierował się do swojego lokum
Rzucił kurtkę na łóżko. Przekręcił klucz w zamku, tak aby zamknąć się od wewnątrz. Klucz zostawił w zamku. Podszedł do lodówki i wyciągnął butelkę miejscowego powojennego piwa. Rozsiadł się na fotelu i pociągnął duży łyk piwa. Z łazienki wyszedł wykąpany, odziany
tylko w ręcznik Sylar.
-I jak tam Jackie Boy?
-Główno…
-Wiesz co? Chyba mamy problem.
-Hmm?
-Na stoliku leży kartka – Jackie dopiero teraz ją zauważył. – ktoś musiał ją tutaj przynieść kiedy nas nie było. Pewnie się włamał…
Jackie zastanawiał się. Na zamku nie było śladów włamania. A portier o niczym nie wspomniał. Nawet się do niego nie odezwał. Jackie spojrzał na kartkę.
WIEM O MASZYNOWNI – MIŁE KULKI – JACKIE
Jackie wyszedł – musiał z kimś porozmawiać. Sylar szybko się ubrał. Był zły.

* * *

Następnego wieczoru.
-Panie Marlon? Głos sekretarki wydobył się z małego głośniczka.
-Tak? Pan Marlon nacisnął czerwony guzik.
-Jakiś pan w interesach. Podobno wie coś o windzie.
-Dobrze… Spytaj go jaki dziś dzień.
Pan Marlon spokojnie czekał na odpowiedź.
-Czwartek panie Marlon. Wpuścić?
-Tak.
Pan Marlon czekał. Wyjął cygaro. Zapalił.
Do pokoju wszedł facet średniego wzrostu. Na głowie pozostało mu już niewiele włosów – reszta która dzielnie trzymała się głowy, była długa i siwa. Na nosie nosił ciężkie okulary. Zapewne wielokrotnie naprawiane i klejone. Na sobie miał niebieski, bardzo brudny, strój mechanika.
-Więc czego się pan dowiedział?
-O windzie?
-Tak Czy może prosiłem pana o to by sprawdził pan coś innego? Pan Marlon był wyraźnie poirytowany.
-To sprawa tego nowego mechanika. Jackiego.
-Tak? Niech mi więc pan opowie.
-Tak więc…

* * *

Dwanaście godzin szybciej.
Jackie szedł wolnym zaułkiem. Za sobą miał więzienie. Wielka i piękna konstrukcja świadcząca o odradzającym się mieście. To jednak nie interesowało go. Skręcił w prawo. Podszedł do małych drzwi. Zapukał. Najpierw trzy razy, potem dwa, następnie cztery. Odczekał chwilę i zapukał według schematu jeszcze raz. Ktoś otworzył drzwi. Jackie wszedł pewnie do środka. Było ciemno. Mimo tego pewnie stawiał następne kroki i skierował się w stronę drzwi. Otworzył je i zszedł na dół. Pokój był mały. Żarówka wisząca z sufitu oświetlała zimne ściany. Trzy krzesła były już zajęte. Czwarte czekało na niego. Na krześle naprzeciw niego siedziała piękna młoda kobieta, po jego bokach zaś, rozsiadło się dwoje nie znanych mu mężczyzn.
Cała czwórka należała do jednej grupy.
-Jedno oko. Zaczął mężczyzna siedzący po prawej Jackiego
-Jedna ręka. Dokończyła ona.
-Jedna wola. Powiedział Jackie.
-Zabić molocha. Rzekł facet po lewej Jackiego.
Zaczęło się posiedzenie.
-Musimy zacząć akcję szybciej. Rzekł Jackie.
-Jak to? Spytał jeden z mężczyzn.
-Ktoś odkrył mój kamuflaż. Wie, że stoję, za awarią maszynowni. Podejrzewam, że w przeciągu dwudziestu czterech godzin skontaktuje się z panem Marlonem. Chyba, że szybciej skontaktuje się ze mną. I poda cenę za swoje milczenie. Póki co myślę o sobie jako o spalonym i uważam, za konieczne przyspieszenie operacji. Jackie pilnie przypatrywał się reakcją swoich towarzyszy.
-Wiec co teraz? -spytała kobieta.
-Trzeba przyspieszyć terminy.- powtórzył Jackie.
-Ale nie jesteśmy gotowi – drugi facet widocznie nie był zadowolony.
-Więc będziemy musieli być.- powiedziała kobieta.
Jeden z facetów wyraźnie nie mógł wytrzymać spokojnego i badawczego spojrzenia Jackiego, a im bardziej unikał jego wzroku tym bardziej Jackie zwracał na niego uwagę. Facet zaniepokoił się. Jackie uśmiechnął się delikatnie. Ten uśmiech nie był jednak wyrazem jakiegoś uczucia dla niego – była to tylko konwencja. Tak właśnie należało się zachować.

* * *

Południe.
Młoda piękna kobieta zapukała do drzwi numer sto dwanaście w jednym z miejscowych lokali.
-Tak? Spytał ktoś zza drzwi.
-Słyszałam, że znasz Mc Kenzee’go.- rzekła kobieta.
-Nie mam czasu.- odszczeknął ktoś zza drzwi.
-Znajdź więc. Mogę zapłacić.
-Ile? – głos zza drzwi brzmiał wyraźnie zaciekawiony.
-Zależy od tego ile będziesz chciał powiedzieć.
-Nie znam takiej ceny, za którą mógłbym zdradzić przyjaciela.- głos zza drzwi wyraźnie się targował.
-Nie musisz zdradzać przyjaciela. Opowiedziałeś jego historię w knajpie. Możesz to samo opowiedzieć i mi.
Drzwi się otworzyły. Facet w oliwkowych goglach lustrował kobietę.
-Są rzeczy bezcenne. Właśnie widzę jedną z nich – wyszedł zamykając za sobą drzwi – ale chodźmy do jakiejś knajpy. Na pewno zaschnie mi gardło podczas rozmowy. A w mieszkaniu, nie mam niczego czym mógłbym je przepłukać. Poza tym straszny bałagan u mnie.

* * *

Po wieczornym spotkaniu z nowym mechanikiem w bloku pana Marlona.
-Panie Marlon, doctor Tomson do pana.
-Wpuść i przygotuj dwie kawy.
Pan Martlon zapalił. „Tak więc Jackie był wyczką. Cholera…” pomyślał. „Całe szczęście, że, zdaniem doktora Tomsona nie było przecieków informacji. Gdyby było inaczej – gdyby ktokolwiek wiedział, co on tutaj robi – byłoby to totalną porażką. A byli przecież już tak blisko”.
Ochroniarze mieli rozkaz zabicia Jackiego, kiedy tylko go zauważą. „Oby się frajer pokazał” – myślał pan Marlon.
Doktor Tomson wszedł do pokoju. Był niskim grubym facetem w okularach. Wyglądał jak ktoś kto uczył się jeszcze w przedwojennych czasach – ubrany w tej swój nienagannie biały fartuch lekarski, który jeszcze potęgował to wrażenie.
-I jak doktorze Tomson?
-Jesteśmy blisko. Chce to pan zobaczyć na własne oczy?
Pan Marlon nacisnął czerwony guzik przy głośniku.
-Kawy już nie trzeba. Nie będzie mnie dla nikogo przez najbliższa godzinę.Poza tym zasłużyła Pani na przerwę przy kawie. Życzę smacznego.
-Dobrze proszę pana. Dziękuje. – odpowiedział głos z głośnika
-Chodźmy więc panie doktorze. Chodźmy…

* * *

Niedługo po spotkaniu Laury z Sylarem. W barze pełnym ludzi, dymu i przekleństw, piękna kobieta i niezbyt przystojny łysiejący facet siedzą, razem przy jednym stoliku.
-To co chcesz ode mnie wiedzieć? -spytał Sylar sącząc powoli kwaśne piwo.
-Wszystko co wiesz o Mc Kenee’m. Odpowiedziała Laura. Jej wielkie błękitne oczy wpatrywały się w Sylara. Dym drażnił jej oczy, który błyszczały mocniej niż parę minut temu.
-To wiedza nie dostępna wszystkim. Zdajesz sobie z tego sprawę?
-Wiem. Czego chcesz w zamian?
-Ciebie – Laura nie była zaskoczona. Wciąż wpatrywała się w niego wielki oczami, pełnymi nadziej.
Sylar jednak wiedział, że coś w niej pękło. Tej odpowiedzi zapewne najbardziej się bała. Jej ciało było świetnym gamblem, ale na pewno nie sprzedawała go co krok. Właśnie dlatego miało taką wartość – ona się szanowała. Sylar wiedział jednak, że jest gotowa na wszystko.
-Opowiesz mi o nim a w zamian za moje ciało?
-Tak. Chyba, żebyś się jeszcze zaangażowała. Ale nie spodziewam się, byś chciała angażować się, z takim starcem jak ja.
-Opowiadaj więc.
Sylar uśmiechnął się zadowolony.
-Dobrze. Tak więc…
Sylar opowiadał jej wszystko co wiedział. Była to historia, której wcześniej nikt jeszcze nie usłyszał i historia, której nikt więcej nigdy nie usłyszy. Historia o człowieku, który zostawił swoją rodzinę by pokonać Molocha. Sylar opowiadał o jego bohaterskich czynach, gorących przemowach, omijając zdrady, ilość różnych dziwek w łóżku Mc Kenzee’go, to ile razy pobił swoich żołnierzy, ilekroć uciekł z pola walki. W te miejsca wciskał bohaterskie wyczyny, które ratowały jego oddział, czy o tym jak pomagał biednym ludziom, samotnym kobietom, sierotom. Była to historia pełna kłamstw o Mc Keenzee’m, ale mimo tego była prawdziwsza niż rzeczywistość.
Laura porównywała tę historię z tym co jej matka opowiedziała o ojcu. Wiele było podobieństw w historii, wiele nieścisłości się jej rozjaśniło, ale też część informacji była sprzeczna z tym co słyszała kiedyś. Jednak to nie było istotne. Nigdy nie spotkała. Przecież ojca. Nigdy go nie widziała. Jej matka zmarła dawno temu zostawiając ją samą na tym padole łez. Ona jednak nie poddawała się i szukała informacji. Miała tylko jego nazwisko bowiem, zdjęcia z jej ojcem nigdy nie widziała. Widziała tylko zdjęcia ze swoją matką, ale dzięki wielu opowieściom wiedziała kim on jest.
-… pięć lat temu zgubiłem jednak jego ślad właśnie tu w Phoenix. Teraz szukam. Mogę jednak dać ci na niego najbardziej prawdopodobny namiar. Potrzebuje jednak w zamian jakiegoś dowodu. Dowodu, który ma mi pokazać, po której stronie stoisz. Wiesz… Nie chciałbym go wkopać w ręce poplecznika Molocha.
-Tak więc uważasz, że moje ciało to za mało?
-Ależ skąd.
-Więc?
-Zdradziłaś kiedyś przyjaciela?
-Nie. – Laura odpowiedziała zdeterminowanie i ostro. Nie miała zamiaru oddawać więcej niż cenę ustaloną na początku.
-Ja też nie i chce mieć pewność, że i tym razem tego nie zrobię. Chyba mnie zrozumiesz.
-Na czym polega sprawa?- Laura zdawała się być bliska załamania. Żeby spotkać ojca, będzie musiała oddać coś jeszcze.
-Chce byś kogoś wyeliminowała.
-Co?! Krzyknęła oburzona Laura.
-Spokojnie… – wiele oczu było zwrócone z stronę Laury, dzięki jej urodzie. Sylar nie potrzebował dodatkowej uwagi – nie chcemy przecież awantury. Prawda? – dodał z naciskiem.
Laura spojrzała niepewnie na Sylara. On pociągnął łyk kwaśnego piwa.
-Znasz pana Marlona?
-Nie. Skłamała spokojnie Laura.
-Facet robi badania na ludziach. Tworzy nowy mocno uzależniający narkotyk. Chce ogłupić braci i siostry z hegemonii, a ja nie mogę na to pozwolić. Mamy dość uzależnień, przez, które nie możemy stanąć na nogi. Nie trzeba nam dodatkowych. Dlatego trzeba go sprzątnąć. Jeśli to zrobisz dam ci namiar na faceta, który podobno wie, gdzie mieszka Mc Kenzee jako, że zależy ci tak bardzo by go spotkać.
-Prawdopodobne?
-Moi ludzie mówili mi, że facet wie, gdzie się Mc Kenzee chowa, ale mi nie chciał tego powiedzieć. Może ty go do siebie przekonasz.
Laura udawała, że głęboko zastanawia się nad tym czy przyjąć zadanie czy nie. Sylar był przecież kluczem by rozwiązać problemy jej grupy. Oni mieli spalonego Jackiego i nijak nie mogli się dostać do wieżowca pana Marlona, więc nawet jeśli znajomy Sylara nie poda jej kryjówki ojca to i tak wyjdzie na jej. A jeśli by się udało? Jej oczy płonęły znów nadzieją. Mogła spotkać ojca. Teraz ma szanse. Trzeba zrobić wszystko co możliwe. Jackiemu zostało trochę więcej niż 12 godzin. Tyle jeszcze musiał czekać na kontakt z tymi szantażystami – o ile się odezwą. Jeśli nie, to miał rozkaz uciekać z miasta i czekać na dalsze polecenia.
Sylar patrzył zaciekawiony w jej oczy. Głęboko. Już nie mógł się doczekać aż ją posiądzie. Ale, nie był zwierzęciem by myśleć tylko o jej ciele.
-Chcesz pewnie wiedzieć, co takiego robi pan Marlon co? On i docktor…

* * *

… Marlon i Tomson właśnie wyszli z gabinetu. Był już późny wieczór. Pan Marlon był już zmęczony mijającym dniem, ale jednocześnie na tyle podniecony wieściami doctora Tomsona, że bardzo chciał zobaczyć wyniki jego prac.
Szli do przeciwnego skrzydła wieżowca długim białym korytarzem. Jarzeniówki świeciły słabo nad ich głowami. Ciepły przedwojenny dywan tłumił ich kroki. Ich sylwetki rzucały długie cienie na ścianach. Szli nie odzywając się do siebie.
Skręcili w lewy korytarz. Przed nimi znajdowały się drzwi, na których znajdował się żółty znak zagrożeń wirusowych.
Pan Marlon ubrał biały lekarski fartuch. Obydwaj nałożyli małe maski, na nos i usta. Pan Marlon wpisał klucz na panelu przy drzwiach. Drzwi otworzyły się z sykiem. Weszli do przedsionka. Drzwi zamknęły się za nimi. Lodowate powietrze wleciało przez kratki. Stali tak chwilę. Po chwili drzwi otworzyły się przed nimi. Weszli do korytarza.
Ściany korytarza były szklane. Za nimi w klatkach – również szklanych – leżeli ludzie. W każdej klatce jeden człowiek. Byli podłączeni do kroplówki i do różnych kabli. Od strony korytarza znajdowały się małe ekrany pokazujące ich stan zdrowotny: aktywność nerwowa, ciśnienie krwi, tętno, oddech, temperatura ciała.
W środkowej części korytarza ludzie już nie leżeli. Stali lub siedzieli gdzieś skuleni w rogach wśród swoich ekskrementów. Pan Marlon wielokrotnie już ich widział. Zapewne śmierdzieli coraz mocniej. Obgryzali swoje paznokcie, wyrywali sobie włosy, niektórzy krążyli po klatce, inni coś mówili, inni starali się coś złapać… To już nie byli ludzie. Nie dla pana Marlona.
BUM!
W jednej klatce mężczyzna średniego wzrostu właśnie zderzył się ze szklaną ścianą. Cofnął się. Ręce i klatkę piersiową miał mocno posiniaczone, twarz była zmasakrowana – z połamanego nosa leciała krew, oczy miał zapuchnięte, policzki posiniaczone a na czole duże stłuczenie.
Znów wbiegł w ścianę.
BUM!
-Ten obiekt wykazuje nadmierną agresywność. Ale nie to chciałem panu pokazać.
To nie byli ludzie. To obiekty.
Dalej niektóre okazy badawcze starały się wydrapać dziurę w szklanej ścianie niszcząc sobie palce aż do krwi. Mimo tego próbowali dalej. Jakby nie czuli bólu. Inni próbowali zębami. Lub tym co z zębów pozostawało.
Powoli w głowie pana Marlona korytarz zaczął przypominać zoo, w którym zamiast zwierząt umieszczono dziwadła. W końcu dotarli na sam koniec. Weszli do nowego pokoju.
BUM!
W środku na obszernym stole znajdowały się różnej wielkości przezroczyste klatki. W największej znajdowały się małe myszy i coś jadły.
-Wychowaliśmy je tak, że boją się gwizdka. Pan z resztą sam zobaczy.
Doktor Tomson wcisnął mały guzik. W pokoju rozległ się wysoki dźwięk gwizdka. Myszy zostawiły posiłek i szubko uciekały do innej mniejszej klatki. W momencie, gdy ostatnia mysz weszła do środka do klatki wskoczył duży kot. Łapą starał się dosięgnąć którąś z myszy, które jednak były za daleko, by kot je dosięgnął.
-Czują strach przed gwizdkiem. doktor otworzył szklaną klatkę i wyjął kota – pogłaskał go. Dał mu kawałek mięsa i włożył do innej – połączonej z większą – klatkę.
Doctor wyjął strzykawkę z szafki i wstrzyknął zawartość to małych pojemników z wodą, ubrał gumową rękawiczkę a następnie umieścił pojemniki w mniejszej klatce gdzie były myszy.
Myszy zaczęły pić.
Po chwili wróciły do głównej klatki dalej zajadając się różnymi rzeczami.
-Nie widać fizycznych zmian ani też zmian w zachowaniu. Nie stają się bardziej agresywne, nie zabijają się między sobą. Dalej prowadzą spokojne życie. A jednak…
Doktor przycisnął ponownie guzik. W pokoju znów rozległ się wysoki dźwięk gwizdka.
Tym razem myszy jednak nie uciekły. Zbiły się w jedną całość i nastroszyły sierść. Wtedy do klatki wpadł zadowolony kot. Zaatakował. Jedną mysz złapał zębami. Zacisnął mocno szczękę. Pan Marlon wyobraźnią usłyszał dźwięk łamanych mysich kości. Kot jedną łapą przycisnął do ziemi mysz, wbijając w nią pazury. Chyba kwiczała. Jednak żadna z pozostałych myszy nie drgnęła. Kiedy nagle – niczym na znak – zaatakowały. Jednocześnie.
Kąsały kota z każdej strony. Kto starałaś się bronić, gryzoni jednak było za dużo. Miotał łapami w każdą stronę i cofał się w kąt. Muszy jednak były wszędzie. Trafiał co niektóre w tej szaleńczej obronie. One jednak wciąż, i wciąż atakowały. Ranne i zdrowe. Gryzły.
To musiała być straszna śmierć dla kota. Powolna. W końcu padł. Wiele myszy kuśtykało, część miała zadrapania na plecach czy na brzuchu. Cztery leżały nieruchome.
-Widzi pan? Nie znają strachu. A w zamian za strach opowiadają agresją. Szaleńczą i desperacką, ale zorganizowaną. Walczą do samego końca.
Pan Marlon uśmiechał się jak małego dziecko podczas świąt bożego narodzenia.
-Jak to działa na ludzi? Spytał.
-Jeszcze nie wiemy. Zbieramy grupę… hmmm… „ochotników”. Pierwsze próby przewiduję zacząć za mniej więcej trzydzieści sześć godzin.
-Dobrze. Dobrze. Bardzo dobrze. Pan Marlon był wyraźnie zadowolony. Od dziś będzie tworzył nową armię.

* * *

-Teraz już wiesz wszystko. Zgadza się?- spytał Sylar
-Tak. – odpowiedziała Laura.
-Bądź gotowa jutro o godzinie dwudziestej w pokoju sto dwanaście. A teraz może poszukamy bardziej dyskretnego miejsca?
Laura opuściła tylko wzrok. Więc ta chwila nadejdzie…
„Dla ojca wszystko” powtarzała w myślach.
-Tak… -odpowiedziała ledwie słyszalnym głosem.

* * *

Tegoż to wieczoru w pokoju sto dwanaście.
-I jak ci było z Laurą? -spytał Jackie.
-Nie było źle – odszczeknął Sylar – Była całkiem dobra wiesz? – dodał. Gdyby był mężem ta odpowiedź byłaby ukąszeniem śmiertelną trucizną. Jednak, ugryzienie kamienia nic nie daje – Widać jednak było że to nie był jej pierwszy raz… dokończył mniej pewnie
-To co teraz robimy?
-A myślisz, że facet od kartki był już u pana Marlona?
-Nie. Nie był u niego. – odpowiedział chłodno Jackie.
-Skąd o tym wiesz? -spytał zaskoczony Sylar.
-Mówił, że skontaktował się z nim tak jak ze mną. Za pomocą kartki. Nigdy się nie widzieli.
-A jak trafił na nasze kulki?
-Nie wiem dokładnie. Mówił, że jest skoperem i jakoś je wykrył.
Sylar długo patrzył w oczy Jacka.
-Gdzie on jest?-zapytał w końcu
-W łazience. -odrzekł chłodno Jackie.
-Cały? -Sylar pytając otworzył drzwi do łazienki. Nie potrzebował odpowiedzi.
W środku było pełno krwi. Jakiś facet leżał w wannie. Znaczy się – większa jego część. Ręce wisiały tuż nad nim powieszone na kablu, palce leżały na ziemi – gdyby ktoś długo się wpatrywał odkryłby zapewne jakiś wzór. Dłonie leżały w umywalce. Stopy zaś pod wanną. Nogi wisiały po bokach lustra.
Śmierdziało krwią.
-Ubrania gdzie są?
-W mojej szafie.
Sylar przebrał się. Miał teraz na sobie niebieski strój mechanika i grube ciężkie okulary. Wyglądał zupełnie inaczej: był poważny, może nawet surowy. Nie uśmiechał się już. Nawet jego rysy przybrały trochę inny wyraz. Głos zdawał się być niższy i wydawało się, że przez tą chwilę przybrał na wadzę i miał większy brzuch.
Ruszył w stronę wieżowca pana Marlona.
Jackie siedział zadowolony. Wreszcie mógł się zabawić. Wyszedł.

* * *

Następnego wieczoru w pokoju sto dwanaście.
Piękna młoda kobieta podeszła do drzwi. Zapukała.
Otworzył jej facet w okularach. Miał na sobie niebieskie ubranie – takie jakie noszą mechanicy – i miał całkiem niezły brzuch.
-Sylar?
-Nie znam. Ale mam Cię zaprowadzić do środka. Idziemy.
Ruszył w stronę wieżowca.
Laurze zdawało się, że zna tego faceta. Nie wiedziała skąd. Ale była pewna, że gdzieś go widziała.
-Nie zrobisz tego dziś – powiedział niskim nerwowym głosem – Dziś zdobędziesz jego zaufanie.
Kobieta nic nie odpowiedziała.

* * *

Mechanik w okularach wszedł do biura pana Marlona wraz z piękną kobietą.
-Tak? -spytał pan Marlon.
-To ona. – rzekł spokojnie mechanik.
-Ona? – Marlon był zaciekawiony
-Tak.
Laura została zbita z tropu. Ona? Co ona? Kim miała być? Może on ją właśnie wydał?
-Hmmm… Nada się? – spytał Marlon.
-Oczywiście. Osobiście poręczam.
-Dobrze. Niech mi przyniesie jego oczy…

* * *

Mechanik i kobieta wyszli z wieżowca. Ciepłe, suche powietrze uderzało w nozdrza. Ciężko się oddychało.
-Czyje oczy? Spytała Laura. Sprawa się pogarszała dla niej.
-Znasz go.
-Kogo?
-Jackiego. Mechanik mówił zniecierpliwionym głosem, patrząc w oddali.
-Dlaczego? Laura powoli była załamana. Nie tak miało to wyglądać. Miała tylko się oddać Sylarowi. Teraz go nie było. Miała więc kogoś zabić. A teraz by zabić pana Marlona będzie musiała zabić Jackiego. Co będzie dalej? – zastanawiała się.
-Uważa, że jest wtyczką.
Laura nie odezwała się.
-My mieliśmy swoją wtyczkę przed nim. On ją zdjął. Mi to nie będzie przeszkadzać, że go zabijesz. Chyba, że sama masz coś przeciwko.
-Nic. Jak się do tego zabrać?
-Ja już mam pomysł. Mechanik odwrócił wzrok z jakiegoś ślepego punktu i spojrzał na Laure.
-Świetnie. Mów… Zastanawiała się co będzie musiała zrobić za tą odpowiedź.

* * *

Piękna kobieta podeszła do wysokiego wieżowca. Przed nią stało dwóch strażników. Wpuścili ją.
Wjechała windą na samą górę.
Sekretarka zapowiedziała ją.
Pan Marlon kazał wpuścić.
Przeszła się korytarzem. Podeszła do drzwi. Otworzyła je. W środku po raz pierwszy nie było nikogo. Laura dokładnie przeszukała pokój.
Na biurku para Marlona znalazła wiele zdjęć jego rodziny. Młoda córka i żona – brunetka.
Przeszukała papiery – nic konkretnego.
Nie denerwowała się. Weszła na górę. Schodami. Czuła, że będzie na dachu.

* * *

-Więc ciebie po mnie przysłali?
-Tak.
-Masz choć jego oczy?
-Mam. Laura rzuciła mały woreczek.
Pan Malron schylił się, podniósł go i otworzył. Uśmiechnął się.
Rozpuścił po raz pierwszy długie czarne włosy. Zapalił cygaro.
-To nie jest sprawa osobista. Powiedziała Laura.
-Nie?
-Nie. Szukam ojca. Twoja śmierć jest zapłatą.
-Wysoka cena.
-Tak.
-Opowiedz mi o nim. Pan Marlon chciał zyskać na czasie.
-Nie.
-Skończ z tym. Moje życie i tak już nie ma sensu. Ukradli to…
Laura nie czekała. Podeszła do niego. Strzeliła.
Pan Marlon trzymał coś w dłoni. Laura schyliła się. Podniosła to. Małe zdjęcie.
Była na nim jej mama, ona i młodszy pan Marlon. Zdjęcie zrobione jakieś dwadzieścia lat temu. Nie widziała nigdy wcześniej tego zdjęcia. Ale poznała matkę. Miała stuprocentową pewność. Nie wierzyła jednak że to mógł być jej ojciec. Przecież przed chwilą widziała zdjęcia jego rodziny. Innej rodziny. Pan Mc Kenzee nie mógł być panem Marlonem. Nie mógł. Stała.

* * *

Widoczna z daleka iglica stalowego szkieletu wieżowca górowała nad rozległym gruzowiskiem zamieszkałym przez szczury, maszyny i tyfus. Wielu byłoby w stanie dostrzec ostatnią zachowaną kondygnację biurowca. Mało kto byłby w stanie dostrzec mężczyznę siedzącego na biurowym fotelu, z czarnymi długimi włosami zaczesanymi do tyłu i cygarem wystającym z ust. Nikt zapewne nie byłby w stanie dostrzec dziury w jego głowie i dymiącego rewolweru trzymanego przez kobietę, która właśnie położyła na ciele mężczyzny pożółkłą, zmurszałą gazetę. Wydawała się zadowolona, jakby zamykała ważny rozdział życia, choć w jej oczach pojawiły się łzy. Ale tego na pewno już nikt nie dostrzegł.
Zrozumiała, że została oszukana.
Poznała ojca a ceną była jego śmierć.
On nie poznał córki. A może poznał?

* * *

Mikey szedł wolno ulicami miasta. Stało się coś złego. Wiedział o tym. Chmury deszczu, które zauważył parę dni temu przeszły obok. Szkoda. Miastu brakowało już wody. Może trzeba będzie z miasta wyjechać. Trzeba będzie o tym porozmawiać z resztą.
Jackie wyjechał już – termin dwudziestu czterech godzin minął. Musiał wyjechać.
Wszedł w wąski zaułek. Skręcił w lewo. Podszedł do drzwi. Zapukał. Poczekał chwilę i znów zapukał. Czekał. Nikt nie otworzył mu drzwi. Zapukał jeszcze raz. Znów poczekał i zapukał. Nic. Przekręcił klamkę. Drzwi się otworzyły.
Jasny płomień ognia buchnął przed twarzą Mikey’a.

* * *

Poprzedniego dnia gdzieś na pustyni przed miastem Phoenix.
-Dziś nie będziemy mogli zobaczyć sztucznych ogni? Jackie spytał Sylara.
-Nie.
-Dlaczego?
-Wiesz przecież jakie mamy zadanie. Prawda?
-Wiem. Wiem… – Jackie mówił z niechęcią – ale tyle kulek dobrze rozstawiłem. W pokoju sto dwanaście.
-Wiem. Tam zrobiłeś rzeźnie. Nie chcemy przecież śladów . Rzekł kąśliwie Sylar.
-Rzeźnie… od razu rzeźnie. To dzieło. To samo w siedzibie. Powiedział z zadowoleniem Jackie.
-Ilu? – Sylar był rozgniewany – czasem zachowujesz się jak dziecko. Wiesz?
-Nie bój się. Nie będzie świadków. Nie zostawiłem też śladów. Ty z resztą nie jesteś lepszy ode mnie. Też masz swoje uzależnienia.
-Że niby co?
-Kłamstwo. Odpowiedział chłodno Jackie.
Sylar spojrzał głęboko w oczy Jackiego.
-No co? Spytał Jackie.
-Przeszkadza Ci?
-No co ty? Zastanawiam się tylko kiedy ich przestaniesz mamić panem Mc Kenzee.
-Przecież to nic złego. Lubię patrzeć jak ich nadzieje gasną.
-Bo nie masz własnej?
-Nie. Bo oni są tacy łatwi do okłamania. Dodał z zadowoleniem Sylar.
-A z zerżnięciem własnej córki to przegiąłeś.
Sylar uśmiechnął się.
-Co ci do tego? A po za tym sam byś mógł zainstalować sobie parę organicznych części. Żeby pamiętać jako to było…
-Nie chce. I wiesz co? Ciekaw jestem kiedy się ludzkości przyznasz, że Sylar – wróg ludzi – i Mc Kenzee – zbawienie ludzi – to jedna i ta sama osoba.
-Nie wiem czy się przyznam. Podoba mi się ta sprzeczność wiesz?

One comment

  • Sziap
    27 października 2015 - 09:57 | Permalink

    Dobre opowiadanie z niezłym zwrotem akcji.

  • Dodaj komentarz