Czarna

Obudził ją dźwięk elektronicznego budzika. Otworzyła oczy i rozejrzała się po ciemnym pokoju. Odrapane ściany, kilka rozlatujących się szafek, otwarte drzwi prowadzące chyba do kuchni. W powietrzu roznosił się zapach wilgoci i przepoconej pościeli. Obejrzała się przez ramie. Na łóżku obok niej chrapiąc głośno spał mężczyzna, około czterdziestki, łysiejący na czubku głowy, spod brudnego podkoszulka wystawał spory brzuch. Wstała by rozprostować kości, zauważyła, że ma całkiem szczupłe ciało, choć może już nie nastolatki, jednak biust pozostał jędrny. Dobrze, pomyślała, to się może przydać. Ruszyła pewnie w poszukiwaniu łazienki. Znalazła ją po zapachu. Widać leżący w sypialni facet nie miał w zwyczaju spuszczać wody. Rozebrała się i weszła pod prysznic. Naprzeciwko kabiny wisiało okrągłe lustro, mogła teraz dobrze się sobie przyjrzeć. Latynoska, około trzydziestu lat, może młodsza. Czarne krótkie włosy za uszy. Całkiem ładne głębokie ciemne oczy. Na lewym ramieniu spory siniak. Drobny medalik na szyi. Ciało pracującej kobiety, przyzwyczajonej do noszenia ciężkich rzeczy. Kelnerka, albo sprzątaczka, pomyślała. Trudno. Musi wystarczyć. Zakręciła wodę i narzuciła ręcznik na mokre włosy. Wróciła do sypialni i zaczęła przeszukiwać szafki. Na dnie szuflady z bielizną znalazła plik banknotów. W szafie pachnącej naftaliną granatowy żakiet i pudełko z butami na obcasie. Zabrała wszystko i wróciła do łazienki. Kiedy czesała włosy usłyszała stękanie w sypialni i odgłos kroków. Po chwili w drzwiach pojawił się sapiący mężczyzna. Jedną ręką zapałał papierosa, a drugą grzebał sobie w bokserkach.
– Posuń się – rzuci do niej opryskliwie i stanął nad muszla. – Gdzie się tak stroisz szmato? Co to do cholery jest?! – Wzrok mężczyzny zatrzymał się na zwitku banknotów. Kobieta nie czekając błyskawicznie wyrzuciła rękę w jego stronę i wbiła uchwyt szczotki w krtań. Mężczyzna zacharczał, zatoczył się i trzymając rękoma krwawiącą ranę upadł na mokrą od swego moczu podłogę. Kobieta schyliła się, podniosła drgające jeszcze ciało i wrzuciła do kabiny prysznica. Odwróciła się by dokończyć makijaż. Ubrała żakiet i rozejrzała się za torebką, leżała w kuchni. Wrzuciła do środka pieniądze, znalazła klucze do mieszkania i wyszła. Zamykając drzwi za sobą rozejrzała się po klatce obskurnej kamienicy. Wyciągnęła z torebki papierosy i schodząc po schodach zapaliła.

Na zewnątrz panował niewielki ruch, biedna dzielnica budziła się, mieszkańcy wyruszali do swoich prac. Rozejrzała się znów wokół, niestety nic nie wskazywałoby jakiegoś konkretnego kierunku. Ruszyła, więc w górę ulicy. Po przejściu kilku przecznic znalazła stację metra. Zeszła do podziemnego kompleksu, w kasie kupiła bilet do centrum. Wsiadł do przedziału, kiedy podjechał pociąg. Rzuciła okiem na zegarek. Spokojnie, powiedziała sobie, jeszcze dziesięć godzin. Jeden z pasażerów przyglądał się jej świdrującym wzrokiem. Odwróciła się by go nie prowokować. Nie może tracić czasu. Jeszcze dwa przystanki i wysiadła.
Uderzył ją hałas tętniącego życiem miasta. Wyszła przeciskając się przez tłum na schodach. Zauważyła podjeżdżającą właśnie taksówkę, podbiegła szybko by nikt jej nie zajął i wskoczyła na tylnie siedzenie.
– Do Radisson Hotel proszę. Byle szybko. – rzuciła do kierowcy który ruszył z piskiem opon.
– Co się tak pani spieszy? Jakieś spotkanie? – zagaił prowadzący, obrośnięty Jamajczyk z dreadami do pasa.
– Można tak powiedzieć, zaraz proszę się tu zatrzymać! Tak tutaj, i poczekać, zaraz wracam.
Wyskoczyła z taksówki i wbiegła do sklepu plastycznego na rogu ulicy, po chwili wyszła pod pachą trzymając czarny skórzany notes, z którego wystawało kilka ołówków i linijka. Taksówkarz pędził przez ulice nie zwracając uwaga na znaki i gęstniejący wokół korek. Kobieta cały czas obserwowała migający za szybą krajobraz miasta. W końcu samochód zatrzymał się na parkingu dla taksówek przed budynkiem hotelu. Latynoska zapłaciła za kurs dodając kilka dolarów napiwku. Jamajczyk rzucił szybkie podziękowanie i odjechał tak samo szybko, zatrzymując się kilka metrów dalej przy kolejnym kliencie.

Kobieta stanęła na chodniku i zadarła głowę. Oszklony wieżowiec dzielił się na kilka segmentów. Gdzieś w połowie jedna za ścian urywała się nagle, prawdopodobnie na potrzeby basenu czy innego placu. Oderwała wzrok by spojrzeć na przeciwną stronę ulicy. Parking, kilka budynków sklepowych, dalej lotnisko. W końcu zdecydowała się wejść. Drzwi otwarł jej siwiejący mężczyzna kłaniając się na powitanie. Weszła do ogromnego holu. Z prawej recepcja, na środku fontanna, kilka foteli, rzeźba i stolik. Z lewej wejście do hotelowej restauracji. Na wprost dwie złote windy, po obu ich bokach szerokie marmurowe schody prowadzące do góry. Na fotelach obok fontanny rozsiadło się kilku mężczyzn, prawdopodobnie mieszkańców hotelu. Ubrani w pola, pod nogami worki z kijami golfowymi. Podeszła do recepcjonistki. Miła, około dwudziestoletnia blondynka uśmiechnęła się do niej szeroko.
– Witamy w hotelu Radisson. W czym mogę pomóc? – zaćwierkała dziewczyna błyskając nienaganną bielą równych ząbków.
– Dzień dobry. Jestem studentką uniwersytetu na wydziale architektury. Pisze właśnie pracę dyplomową i chciałam bardzo przyjżeć się planom waszego hotelu. Czy byłaby taka możliwość?
– Hmm… – drobna zmarszczka wykwitła na czole blondynki zwiastując intensywny proces myślowy – chwileczkę – podniosła słuchawkę telefonu i wcisnęła przycisk wybierania numeru – Dzień dobry panu, jest tutaj studentka architektury, mówi, że pisze jakaś pracę… yhym, tak proszę pana. Jak się pani nazywa? – zwróciła się do czekającej kobiety.
– Maria Lopez…
Blondynka powtórzyła nazwisko. Przytaknęła jeszcze parę razy i odłożyła słuchawkę.
– Pan Hamond zaraz do pani podejdzie, może pani napije się kawy w naszej restauracji?
– Dziękuję, z chęcią. – kobieta ruszała w stronę restauracji, automatyczne drzwi otworzyły się przed nią bezszelestnie. Wybrała stolik blisko wejścia i zamówiła filiżankę kawy. Kelner przyniósł jej gorący napój. Przypomniało jej się nagle, że nic jeszcze nie jadła, jednak teraz nie było na to czasu. Posłodziła trzy łyżeczki cukru w nadziei oszukania żołądka. Rozsiadła się wygodnie rozkoszując mocnym aromatem świeżo parzonej kawy. Po chwili do jej stolika zbliżył się wysoki, ubrany w garnitur mężczyzna.
– Pani Lopez? – zapytał i gdy kobieta przytaknęła, kontynuował – nazywam się Joshua Hamond, chętnie pokaże pani kilka ciekawych planów. Oczywiście pełna dokumentacja nie może zostać ujawniona jednak mam nadzieję, iż pani ciekawość zostanie zaspokojona. Proszę za mną, jeśli skończyła już pani swoją kawę.
– Dziękuję panu bardzo – wstała i ruszyła za Hamondem – piszę pracę z najwspanialszych obiektów architektury naszego miasta i od razu pomyślałam o tym hotelu. Zawsze mnie interesował.
– Tak to bardzo niezwykła konstrukcja. Cieszę się, iż zwraca uwagę młodego pokolenia architektów. Zawszę chętnie pomagamy studentom, niemal połowa naszego personelu to praktykanci wydziałów hotelarskich, gastronomicznych i administracyjnych.
– Słyszałam niezwykle pochlebne opinie o tym miejscu w środowisku studenckim, to również był jeden z argumentów przemawiających za wizyta tutaj – uśmiechnęła się z lekkim zakłopotaniem – mam nadzieję, iż nie sprawi to panu kłopotu, w końcu zajmuję pana czas.
– Och, proszę się nie martwić. Znam dobrze reputację Uniwersytetu. Liczę, że napisze pani świetną pracę, wartą publikacji. Oczywiście z obszerną wzmianką na temat naszego hotelu – zaśmiał się perliście otwierając przed kobietą drzwi windy.

Hamond oprowadził Marie po hotelu pokazując kilka niezwykłych zastosowań architektonicznych, oraz parę planów. Pozwolił jej również wykonać kilka szkiców Właściwie nic specjalnego, ale wystarczyło. Okazał się również całkiem miłym i dowcipnym mężczyzną. W porze lunchu zaprosił ją do restauracji. Później zaproponował drinka z swoim gabinecie, gdzie miał mieć jeszcze kilka ciekawych szkiców. Nie było tajemnicą, że starał się ją poderwać przy okazji. Już w gabinecie spróbował położyć dłoń na jej kolanie. Najpierw wywinęła się taktownie, jednak po chwili pomyślała, – co mi zależy, zebrałam już wszystkie potrzebne informacje, a do końca jeszcze kilka godzin. Następnych starań Hamonda już nie ignorowała i pozwoliła się mu uwodzić. Kiedy południe zaczynało powoli zmieniać się w wieczór zaprosił ją na kolację. Spędziła niezwykle przyjemne popołudnie w jego towarzystwie, szkoda, że za chwilę musi się skończyć. Zaprowadził ją do lokalu usytuowanego na dwudziestym siódmym piętrze, usiedli przy stoliku przylegającym do okna.
– To był cudowny dzień Mario, mam nadzieję, iż jutro również będziemy mogli się spotkać – trzymając swoją rękę na ręce kobiety mężczyzna nachylił się by ja pocałować. Pozwoliła mu.
– Też bardzo bym tego chciała – westchnęła smutno i spojrzała za okno, ostatnie promienie słońca odbijały się w szybach biurowców.
– Czy coś się stało? Posmutniałaś. – szczerze zatroskał się Joshua.
– Nie, naprawdę nic.
– Zatem, za jutrzejszy dzień – wzniósł kieliszek z winem w geście toastu
– O tak, za jutrzejszy dzień…
Atomowy świt oślepił ich oboje. Toast został spełniony.

***

Widoczna z daleka iglica stalowego szkieletu wieżowca górowała nad rozległym gruzowiskiem zamieszkałym przez szczury, maszyny i tyfus. Wielu byłoby w stanie dostrzec ostatnią zachowaną kondygnację biurowca. Mało kto byłby w stanie dostrzec mężczyznę siedzącego na biurowym fotelu, z czarnymi długimi włosami zaczesanymi do tyłu i cygarem wystającym z ust. Nikt zapewne nie byłby w stanie dostrzec dziury w jego głowie i dymiącego rewolweru trzymanego przez kobietę, która właśnie położyła na ciele mężczyzny pożółkłą, zmurszałą gazetę. Wydawała się zadowolona, jakby zamykała ważny rozdział życia, choć w jej oczach pojawiły się łzy. Ale tego na pewno już nikt nie dostrzegł.

Obudziła się czując wciąż w ustach słony smak łez. Sen wrył się w pamięć, pozostanie tam na zawsze. Jak każde inne wspomnienie. Będzie o sobie przypominał. Będzie wracał. Za każdym razem, kiedy obudzi się z narkotycznego snu Tornado. Zawsze ten sam. Tym razem mężczyzna siedzący na fotelu miał twarz Hamonda. Kim będzie jutro? Nie chciała o tym myśleć. A może z tym wreszcie skończyć? Czy potrafię? Jaki jest sens w odtwarzaniu wciąż tej samej sceny. Rozdrapywania zabliźnionych już ran. W nieskończonym tańcu śmierci. Bo nie ma tam życia. Nic tam się nie rodzi. Nic nie jest naprawdę żywe. Wszystko jest iluzją. Naprawdę? Dlaczego więc płaczę?

***

Szlag! – kobieta splunęła gęstą gorzką śliną. Zawsze po przebudzeniu czuła ten nieprzyjemny smak i suchość w ustach. Wychyliła się by ściągnąć ze stojącej obok szafki butelkę z wodą. Przełknęła pospiesznie kilka łyków i na powrót przyłożyła głowę do zwiniętej kurtki pełniącej role poduszki.
Po kilku minutach znów otworzyła oczy. Wstała. Nie miała siły się przeciągać. Powlokła się powoli do leżącego w kącie plecaka. Wyciągnęła szczelnie zapakowany prowiant. Konserwa i klika sucharów. Wróciła do łóżka. Usiadła i zaczęła powoli jeść.
Gdy skończyła przełknęła jeszcze kilka łyków i zaczęła się pakować. Trwało to chwilę, kurtka, butelka, obłocone buty na nogi i w drogę.
Wyszła na zewnątrz zamykając dokładnie właz. Naciągnęła siatkę maskującą i narzuciła jeszcze kilka gałęzi by dokładnie zamaskować wejście. Poprawiła wiązania plecaka, westchnęła cicho i ruszyła przed siebie. Czekał ją jeszcze kilkugodzinny marsz.

W knajpie przy jednym ze stolików siedziała niewysoka kobieta. Kruczoczarne włosy zebrała w koński ogon. Ubrana była w gruby wełniany sweter i obcisłe jeansy. Pochylała się nad stolikiem i ze skupieniem rysowała coś na rozłożonych przed nią kartkach. Na stoliku stała lampka naftowa i blaszany kubek z jakimś napojem.
– Cześć laleczko!
– Cześć Mike! – kobieta uśmiechnęła się radośnie do przysiadającego się chłopaka. Na oko dwudziestokilkuletniego. – Co słychać?
– Jakoś leci – z szerokim uśmiechem odpowiedział Mike i wygodnie rozsiadł się na krześle naprzeciwko – a u ciebie laleczko? Wyglądasz marnie. Znowu siedziałaś w tej budzie?
– Znowu i to wcale nie jest buda. Wiesz, jaka jestem dumna z tego schronienia. I nie nazywaj mnie „laleczka”!
– Jasne maleńka. Słuchaj, dzięki jeszcze raz za tamtego moczymordę. Obłowiłem się jak rzadko. – Mike wyciągnął z jednej z wielu kieszenie wytartego płaszcza pomiętą paczkę papierosów i zapalił z lubością.
– Nie ma sprawy. A masz coś może dla mnie dzisiaj? Bo chyba spotkałam dwóch nowych – tajemniczo uśmiechnęła się kobieta.
Mike był jednym z jej dostawców staroci. Skupowała stare plany, ulotki, mapy i książki. Wszelkie dokumenty z dni z przed wojny.
– Jasne Czarna. Dla ciebie wszystko. – Chłopak sięgnął głębiej do wewnętrznych kieszeni płaszcza i wyciągnął zrolowane gazety, papiery i jakąś książeczkę. Rozłożył wszystko na stoliku gdzie kobieta nazwana Czarną właśnie robiła miejsce zgarniając własne papiery.
– Jak zwykle laleczko, same cudeńka. Do wyboru, do koloru. Wybieraj! Czarna pochyliła się na kolekcją i zaczęła przerzucać kartki.
– „New York Times”, to już mam, ulotka promocyjna rejs na Kubę, śmieć – wyliczała pod nosem odkładając na bok niepotrzebne rzeczy – o to jest niezłe! Mapa metra, rozkład jazdy…
– Co?! To jest mapa metra?! Przecież za to można dostać majątek! – Mike prawie spadł z krzesła.
Czarna zachichotała i schowała mapkę do parcianej torby na ramię.
– Dzięki Mike, przyda się. W nagrodę możesz pójść poszperać w okolice mojej chatki. Jakieś trzy kilometry na północ od niej znajdziesz jeszcze ciepłą parkę. Jak znam życie pełną gambli. – puścił do niego oko – a jako bonus za ten rozkład i… powiedzmy tę ulotkę z muzeum, dorzucam piwo i kolację jak tylko będę miała wolny wieczór.
– Czarna kocham cię. Serio, nie śmiej się. Wyjdź za mnie! – chłopak padł teatralnie na kolana.
– Zamknij się Mike – kobieta machnęła ręką śmiejąc się – nie wygłupiaj się i wstawaj, ludzie się gapią. Kiedy ty skończysz mnie nagabywać, co?
– Jak tylko się zgodzisz – wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Czyli nigdy. – Czarna odwróciła głowę spoglądając na drzwi wejściowe. Stanął w nich wysoki mężczyzna, w czarnym garniturze i ciemnych okularach, w lewej ręce trzymał teczkę. Bez oglądania się ruszył w kierunku schodów obok baru. – lepiej idź po tych dwóch nieszczęśników bo ci ktoś podwędzi łup. Ja mam spotkanie, zobaczymy się później.
– Jasne, pamiętaj o mojej propozycji – krzyknął przez ramię Mike pędząc już do drzwi.
Czarna zachichotała, po czym szybko opanowała się. Lubiła Mike, był jak młodszy brat. Naprawdę ją rozśmieszał. Pozbierała wszystkie papiery i ruszyła na górę za mężczyzną w garniturze.

– Dzień dobry panno Black. – mężczyzna siedział w głębokim fotelu, założywszy nogę na nogę. Niewielki pokoik mieścił jedynie dwa fotele i okrągły stolik po środku. Na stoliku paliła się gruba świeca, w popielniczce dymiło cygaro.
– Dzień dobry panie Johnson – Czarna zajęła wolne miejsce – oto plany. Wyciągnęła papiery pokryte siatką wykresów.
– Dziękuję panno Black – Johnson wziął do ręki plany budynku i bez oglądania schował w czarnej teczce. – Jak zwykle wynagrodzenie zostało podzielone według pani dyspozycji. Połowa należności zamieniona została na lekkie gamble – mówiąc to wyciągał po kolei z teczki paczki obwinięte szarym papierem – amunicja i leki. Dwadzieścia procent w postaci zamówionego przez panią Tornado. Dwadzieścia procent pozostaje u mnie do pełnej pani dyspozycji. Dziesięć procent prowizji pozwoliłem sobie już pobrać. Czy wszystko się zgadza panno Black?
– Jak zwykle panie Johnson – Czarna cierpliwie wysłuchała sprawozdania swojego księgowego – Czy jest coś jeszcze?
– Owszem. Oto nowe zlecenie. Proszę się z nimi zapoznać – podał jej trzy paski papieru drobno zapisanego ręcznym starannym pismem. Johnson był nie tylko księgowym. Organizował również zlecenia, kontaktował się z odpowiednimi ludźmi i ustalał warunki kontraktu. Dzięki temu ona pozostawała anonimowa. Ktoś zawsze troszczył się o jej interesy w mieście. Te dziesięć procent to niewielka cena dla zaufania, jakim darzyła tego sztywnego formalnego mężczyznę. Była pewna, że nie zniknie z gamblami, które u niego odkładała na „czarną godzinę”, mimo iż nazbierało się już tego naprawdę sporo, zwyczajnie by mu się to nie opłaciło. I oboje zdawali sobie z tego sprawę.
Przyjrzała się podanym karteczkom. No tak, tego się spodziewała. Wiec jej zadanie nie skoczyło się jedynie na zdobyciu planów budynku. Trzeba było jeszcze zaopiekować się jego właścicielem. Zapamiętała dokładnie instrukcje. Cieszyła się doskonałą pamięcią, można powiedzieć, ze fotograficzną. Przyłożyła karteczki do płomienia świecy i gdy całe zajęły się ogniem pozwoliła im dopalić się w popielniczce.
– Będę potrzebowała kilku rzeczy – wyciągnęła z torby kartkę i ołówek – proszę zdobyć je jak najszybciej, kiedy tylko będę je miała wykonam zlecenie. – nakreśliła kilka słów na kartce i podała ją mężczyźnie. Proszę skorzystać z moich zasobów gambli lub obciążyć pracodawcę. Pan będzie wiedział lepiej, panie Johnson.
– Dziękuje panno Black. – rzucił okiem na listę – jutro zostaną one pani dostarczone. Życzę miłego wieczoru panno Black.
– Nawzajem, panie Johnson.
Mężczyzna bez dalszych pożegnań wstał i wyszedł. Czarna siedziała jeszcze chwilę w głębokim fotelu obserwując dymiący niedopałek cygara.

W nocy spała twardo, jak zawsze po niby-śnie, jaki serwowało Tornado. W prawdzie towar, który sprowadzała specjalnie z Vegas był najlepszej klasy, dodatkowo wzbogacony kilkoma substancjami wzmacniającymi i niwelującymi skutki dnia następnego jednak zabawa z Tornado zawsze zmusza do dania czegoś od siebie. Nie ma nic za darmo. Twardy sen to niewielka cena.
Czarna wolno otwarła oczy, poranne słońce mile łaskotało twarz wpadając przez szczeliny żaluzji. Wstała i narzuciła na siebie aksamitny szlafrok. Idąc do kuchni pogładziła materiał z przyjemnością. Nie mogła odmówić sobie tych drobnych przyjemności namiastki luksusu. W kuchni włączyła czajnik i poszła do łazienki wziąć prysznic. Długo stała pod ciepłą wodą lejącą się z rury wyprowadzonej ze ściany. Muszę sprawić sobie porządny prysznic – pomyślała – należy mi się.
Następną godzinę spędziła na porannym rytuale picia kawy i przeglądania przedwojennej prasy. W końcu zdecydowała się ubrać i wyjść. Śniadań nie jadała, lepiej myślało się jej o pustym żołądku.
Na dzisiejszy dzień miała zaplanowane tylko oględziny wieżowca. Znała go już z wycieczki w przeszłość jednak na pewno wiele się tam zmieniło.
W okolice lotniska doszła bez przeszkód po godzince spaceru. Po drodze wstąpiła jeszcze do znajomego handlarza książkami zobaczyć czy nie ma czegoś ciekawego. Niestety większość, co miał stanowiły podręczniki hiszpańskiego i kilka magazynów porno. Nic wartego uwagi.
Podeszła jak najbliżej budynku hotelu, na tyle by nie zwracać na siebie uwagi kręcących się ludzi. Wszystko wyglądało niezwykle typowo, przed wejściem dwóch ochroniarzy paliło jakieś świństwo nie zwracając większej uwagi na wchodzących i wychodzących obszarpanych ludzi. Wnosili różne gamble w nadziei, że uda się coś utargować, wychodzili z niczym, albo z bananem na ubłoconej twarzy i woreczkiem leków, czy równie przydatnych dóbr.
W pewnym momencie pod wejściem podjechał samochód, wielki zielony cadillac. Jeden z ochroniarzy zgasił peta pod butem i szybko podszedł, by otworzyć drzwi wysiadającemu mężczyźnie. Zaraz za ubranym w skórzany garnitur i obwieszonym złota biżuterią wyskoczyły dwie panienki, właściwie prawie nagie. Kręcąc biodrami ustawiły się po obu bokach elegancika i drobiąc oprawionymi w wysokie jak szczudła szpileczki stópkami przeszły obok śliniących się ochroniarzy. Jeden opanował się na tyle by otworzyć jeszcze drzwi mężczyźnie, po czym oczy przykleiły mu się do tyłka jednej z dziewczynek.
Czarna skrzywiła się. Nie cierpiała takich pind. Laski bez klasy, godności i jakiejkolwiek wartości poza cyckami. Jeszcze raz podziękowała Bogu, że tak nie skończyła. Postała jeszcze chwilę obserwując gęstniejący ruch na ulicy, po czym ruszyła z miejsca by obejrzeć budynek z drugiej strony. Z tyłu gdzie kiedyś był podjazd dla personelu, pojazdów pralni, śmieciarzy i tym podobnych teraz stał płot z siatki. Kilku uzbrojonych twardzieli kręciło się wokół dwóch półciężarówek ładowanych przez ludzi w kajdanach. Nosili spore drewniane skrzynie po bananach, jednak mogła postawić ostatnią wypłatę, że bananów to drewno nie widziało od dawna. Odwróciła wzrok w stronę budynku, wrota dla większych pojazdów były otwarte, po obu stronach drzwi, dalej wzdłuż lewej ściany jeszcze para drzwi i schodki prowadzące w dół, obok schody przeciw pożarowe. Uniosła wzrok wzdłuż żelaznej konstrukcji drogi ewakuacyjnej, urywała się gdzieś na wysokości drugiego piętra, jednak znalazła to, czego szukała, dwa wielkie okratowane wiatraki wentylacji. Oczywiście nie działały, wyglądały na przerdzewiałe i nieużywane, miała nadzieję, że nie były też zaspawane. Musi wystarczyć. Pora na obiad. Gdzieś po drodze mijała jakąś knajpę wyglądającą przyzwoicie. Może dziś jakieś pieczyste – pomyślała wracając.

Gdy wróciła do mieszkania czekała na nią już paczka od Johnsona razem z jakimś smarkatym kurierem. Szczeniak widocznie się nudził, bo przysnął oparty o drzwi. Obudziła go szturchnięciem buta. Chłopak poderwał się wybąkał jakieś przeprosiny, z wdzięcznością przyjął drobny gambel napiwku i zwiał. Podniosła plecak turystyczny i wniosła go do środka. Wyrzuciła zawartość na łóżko i zaczęła rozkładać ekwipunek na wieczór. Po dwóch godzinach położyła się spać by wypocząć przed akcją.

Przed hotelem stawiła się przed północą. Nie jest to najlepsza godzina na takie akcje – pomyślała – ale nie miała pojęcia ile jej to zajmie. Wolała mieć trochę czasu w zapasie. Przeskakując od cienia do cienia obeszła hotel, zaczaiła się w niewielkiej odległości od ogrodzenia między zwalonymi ścianami jakiejś mniejszej przybudówki. Na placu stały dwa samochody ciężarowe, a o jeden z nich opierał się strażnik. Nawet nie udawał, że jest czujny, głowę zadartą miał wysoko obserwując pojedyncze gwiazdy. Pewnie czeka na zmianę, będzie trzeba chwilę poczekać. Zadanie było trudne. Musiała wejść i wyjść niepostrzeżenie do wielopiętrowego wieżowca. Znała dokładne położenie celu, ale to nie zmieniało faktu, że jeśli narobi hałasu nie wyjdzie stamtąd o własnych siłach. Hotel jest jak pułapka. Nie mogła też zastosować wielu sztuczek ze swojego bogatego arsenału. Uwiedzenie strażnika, czy zwykłe jego wyeliminowanie nie wchodziło w grę. Po pierwsze mieszkała w Miami od dłuższego czasu i miała zamiar jeszcze trochę tu posiedzieć, wiec musiała pozostać niezauważona, po drugie zniknięcie strażnika od razu zaalarmowałoby jego kompana, który – tego była pewna – gdzieś tam jest. Nie musiała długo się nad tym głowić. Zza załomu budynku wyszedł drugi mężczyzna, w rękach ściskał jakiś karabin, ale nie widziała dokładnie jaki. Jedyne źródło światła pochodziło z okien hotelu. Nikt nie marnował prądu na oświetlanie podjazdu. I bardzo dobrze. Dla niej. Drugi strażnik podszedł do kolegi przy samochodach, wymienili kilka zdań i poszedł dalej. Kiedy strażnik zniknął z drugiej strony budynku ruszyła schowana w mroku na drugą stronę ogrodzenia. Z tej perspektywy mężczyzna przy ciężarówkach nie mógł jej dostrzec, a ona doskonale widziała zarys jego butów pod podwoziem. Pozostawał jeszcze ten drugi. No i ogrodzenia. Druciana siatka nie była wyzwaniem, dla nożyc, ale nie miała na to czasu, no i mogli ją usłyszeć. Pozostawało przeskoczyć. Siatka sięgała prawie dwóch metrów. Powinno się udać. Po jakimś czasie strażnik ponownie wyszedł zza murów hotelu, spokojnym krokiem podszedł do stojącego mężczyzny. Zaczęli o czymś rozmawiać, w pewnej chwili jeden z nich wyciągnął coś z kieszeni kurtki. Chyba papierosy. Tak. Drugi, raz po razie starał się odpalić zapalniczkę. Już w biegu gratulowała sobie szczęścia. W mroku, błyski zapalniczki skutecznie oślepiały strażników. W pełnym biegu dopadła ogrodzenia wybiła się i odwracając się w powietrzu plecami do ziemi pokonała siatkę nawet jej nie dotykając. Płynnie zamortyzowała upadek przewrotem przez ramię i przylgnęła płasko do ziemi. Nie narobiła więcej hałasu niż upadający liść. Wyraźnie widział dwie pary butów obok kół samochodu. Musiała teraz dostać się jeszcze do otworów wentylacyjnych. Podniosła się na nogi pozostając jednak wciąż w pochylonej pozycji. Kilkoma susami dopadła ściany budynku. Ciągle jeszcze samochody dawały jej schronienie przed wzrokiem mężczyzn. Lekkim truchtem przyklejona niemal do ściany dostał się do schodów w dół. Pięć stopni kończyło się ciężkimi drzwiami. Za nimi znajdowała się kotłownia. Sprawdziła klamkę. Zamknięte. Wyjrzała na chwilę ze swej kryjówki by zobaczyć jak jeden ze strażników znowu ruszył na obchód. Teraz musiała się śpieszyć. Z jednej z wielu kieszonek wydobyła wytrych, pochyliła się nad zamkiem i po sekundzie drzwi stały otworem. Delikatnie uchyliła je by nie zaskrzypiały. Nagle drzwi jęknęły, ciszej niż komar w locie, jednak Czarna zastygła w miejscu. Obejrzała się, marzyciel ciągle obserwował gwiazdy, drugiego faceta ciągle jeszcze nie było. Z innej kieszonki wyciągnęła małą buteleczkę a rozpylaczem na końcu. Kilka razy psiknęła w zawiasy i jeszcze raz pociągnęła drzwi do siebie. Otwarły się bezszelestnie. Ze środka ziała ciemność i delikatny szum pracujących w oddali urządzeń. Pewnie agregatów. Wślizgnęła się do pomieszczenia. Po chwili wzrok przyzwyczaił się do ciemności. Potężne maszyny w milczeniu wypełniały cały pokój, a właściwie hangar. Na przeciwległej ścianie stały otworem drzwi do następnego pomieszczenia. Była w środku jednak według planów znajdowała się w złej części hotelu, mogła tędy dotrzeć w prawdzie tam gdzie chciała, ale zajęłoby to zbyt dużo czasu. Musi spróbować wejść przez wylot wentylacji. Wróciła do drzwi uchyliła je i wyjrzała przez szczelinę spoglądając prosto w plecy przechodzącego strażnika, wstrzymała oddech dziękując Bogu za nasmarowane zawiasy. Mężczyzna poszedł dalej. Wyślizgnęła się na zewnątrz zostawiając drzwi niezamknięte na zamek w razie gdyby potrzebowała szybko się tam tędy ewakuować. Strażnik oddalał się powoli widocznie nie zamierzając podejść do kompana. Spojrzała w górę. Parę metrów dalej zaczynały się schody przeciwpożarowe. Teraz zaczynała się najtrudniejsza część. Wszystko zależało od stanu drabinki. Modląc się w duchu by nie zaskrzypiały podciągnęła się do pierwszego schodka. Cisza. Następny. Kolejne cztery. Wciąż cisza, jedynie miękkie dotknięcia drobnej stopy. Odwróciła głowę. Samochód zasłonił ochroniarza. Nie widziała ani jego, ani jego stóp. Trudno. Jeszcze tylko kilka szczebli i platforma. Niczym wąż wpełzła na żelazną kratę. Pozwoliła sobie na głębszy oddech. Musiał pokonać jeszcze jedną drabinkę by znaleźć się w pobliżu wentylacji. Raz kozie śmierć, wyprostowała się by dosięgnąć pierwszego szczebla. Podciągnęła się na rękach. Lewa, prawa, lewa, wreszcie stopa. W końcu zatrzymała się na wysokości kwadratowej kraty zasłaniającej potężny wiatrak. Od paska odczepiła karabińczyk i podpięła się do drabinki, musiała się wychylić, bo nie była w stanie dosięgnąć celu. Kątem oka złapała ruch pod sobą. Kursujący strażnik właśnie przechodził dokładnie pod nią. Zamarła. Mężczyzna zatrzymał się. Obejrzał i podszedł do ściany. Rozpiął rozporek i zaczął opróżniać pęcherz. Uniósł głowę. Czarna przytuliła się jeszcze mocniej do ściany chowając głowę w ramionach. Szum strumienia ucichł. Usłyszała zamykany rozporek i kroki. Odetchnęła z ulgą. Wygrzebała skądś śrubokręt i zaczęła po kolei odkręcać śrubki podtrzymujące ramę wiatraka. Podpięła całą konstrukcję dodatkową liną do drabinki, kiedy ostatnia śrubka zniknęła w jej kieszeni delikatnie pociągnęła ramę. Jęknęła. Czarna przeklęła w duchu, brakowało jej jednej ręki. Odchyliła się od drabinki opierając o nią jedynie nogami, cały ciężar ciała opierając na linie. Jeśli drabinka puści spadnie na pewno. Nie zastanawiając się jedną ręką przytrzymała ramę wiatraka by nie wypadła za wcześnie, drugą wyciągnęła spray i spryskała całość. Niemal pusty pojemnik schowała, pociągnęła za brzeg ramy, wyszła gładko, podpięła karabinek, drugi do drabinki, powoli opuściła kratę by zawisła na drabince. Trzecią linką podpięła ramę do swojego paska. Podciągnęła się do tunelu wentylacji odpinając linę łączącą ja z drabinką, gdy byłą już wewnątrz, podciągnęła wiatrak i od środka umieściła na miejscu. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że nie kontrolowała w tym czasie ruchów strażników. Zbeształa się w myślach. Trudno, trzeba liczyć na szczęście – pomyślała i na czworaka ruszały w głąb ciemnego tunelu.

Po kilkunastu metrach czołgania się wąskim tunelem Czara trafiła na skrzyżowanie. Przywołała w pamięci plany przewodów wentylacyjnych. Jeszcze nie teraz. Ruszyła dalej, mijając kolejne dwa skrzyżowania, na trzecim skręciła w prawo. Nagle usłyszała odległe głosy rozmowy. Nie dało się rozróżnić słów jednak głosy należały do kobiet. Przeczołgała się jeszcze kawałek do najbliższej kratki wentylacyjnej. Ostrożnie wyjrzała przez szpary, między którymi przebijało się światło. Zobaczyła z wysokości jakiś trzech metrów kafelkową podłogę i klika metalowych stołów, pomiędzy którymi krzątały się dwie dziewczyny. Sprzątaczki, albo kucharki kończyły pracę w kuchni. Cofnęła się w głąb tunelu by nie zostać zauważoną. Po jakiś piętnastu minutach odgłosy ucichły i światło w pomieszczeniu poniżej zgasło. Odczekała jeszcze chwilę, po czym na powrót zbliżyła się do kratki. Jeszcze raz zlustrowała okolicę. Pusto. Nożem podważyła pręty kratki rozginając je na tyle by móc przecisnąć szczupłą dłoń ze śrubokrętem. Zaczęła odkręcać śrubki kratki wentylacyjnej, wszystkie ściągając do kieszeni zanim upadły na podłogę. Kiedy ostatnia śrubka została usunięta, ostrożnie uniosła kratkę i wsunęła ją do wewnątrz tunelu, opuszczając się zwinnie w dół. Czarna przycupnęła na podłodze rozglądając się po pomieszczeniu. Ogromna kuchnia wypełniona była szafkami, piecami i zlewami, jednak łatwo było domyśleć się, iż aktualnie może dziesiąta część pomieszczenia była jeszcze w użyciu. Na jednym końcu hali zauważyła dwuskrzydłowe drzwi zapewne prowadzące do jadalni. Na drugim końcu znalazła szyb windy, którym służba przed wojną wysyłała posiłki na wyższe piętra. Dokładnie to, czego szukała. Podbiegła do włazu. Był otwarty, jednak nie można była dostrzec platformy. Włożyła głowę do środka by się rozejrzeć. Zobaczyła spód windy kilka pięter nad sobą. Pociągnęła nosem – smar. Widać cięgle jest używana – pomyślała Czarna i wsunęła się do szybu. Trzymając się jedną ręką metalowej linki, druga wydobyła skomplikowane urządzenie, które podczepiła do liny windy, jedną z własnych lin podczepiła się do mechanizmu. Puściła obie rękoma linę i zawisła na samej asekuracji. Następnie opierając się o jedną ze ścian plecami i zapierając o przeciwległą nogami zaczęła podciągać się w górę razem z mechanizmem podczepionym do metalowej liny. Wspinaczka szła bardzo wolno, jednak starała się czynić jak najmniej hałasu, który w blaszanym szybie poniósłby się echem na pewno ją zdradzając. Kawałek po kawałku minęła pierwsze piętro. Przebyła jeszcze kawałek, kiedy nagle zamarła. Kilka metrów nad nią drzwiczki windy były otwarte, a do szybu sączyło się blade światło. Zamarła nasłuchując, jednak żaden ruch, czy odgłosy z korytarza do niej nie docierał. Musiała się zdecydować, nie mogła sterczeć w tym miejscu przez wieczność. Chwyciła mocno obiema rękami metalową linę i delikatnie odsunęła się od ściany zawisając całym ciężarem na lince asekuracyjnej. Wyciągnęła obie ręce do góry kurczowo ściskając linę i zaczęła szybko podciągać się na samych dłoniach. Kiedy znalazła się na wysokości otworu zatrzymała się i ostrożnie wyjrzała na zewnątrz. Korytarz oświetlała jedna naga żarówka. Pod obu stronach szeregiem stały drzwi pokoi. Nagle jedne z drzwi zaczęły się otwierać. Czarna gwałtownie ścisnęła mechanizm podczepiony do liny, który zwolnił chwyt i kobieta padał kilka metrów w dół, po czym gwałtownie zatrzymała się puszczając linę. Rozłożyła nogi by utrzymać stabilną pozycję opierając się o ściany szybu windy, ręce trzymał blisko liny. Na korytarzu powyżej rozległy się ciche kroki tłumione przez stary dywan. Po chwili usłyszała skrzypnięcie drzwi, trzask ich zamykania i znów zapanowała cisza. Odczekała dwie minuty, po czym wznowiła wspinaczkę.
Po przejściu jeszcze dwóch pięter w końcu zatrzymała się przed zamkniętymi drzwiczkami. Przyłożyła ucho do drewna. Cisza. W szparę wcisnęła wąskie ostrze noża, nacisnęła i drzwiczki się rozsunęły. Na zewnątrz panowała ciemność. Rozsunęła drzwiczki jeszcze trochę i wypinając się wyskoczyła na miękki dywan. Korytarz był bliźniaczą wersją poprzedniego. Szereg drzwi po lewej i prawej, kilka obrazów na ścianach, brak żarówek. W pewnej chwili usłyszała skrobanie kilka metrów od siebie. Kobieta skuliła się do skoku jednak odprężyła napięte mięśnie, kiedy przez korytarz przebiegł szczur, Zatrzymał sie na środku, popatrzył na nią i pobiegł dalej. Dokładnie piętro ponad nią roiło się od ochroniarzy, wspólników i całej reszty świty bosa. Jeszcze jedno piętro wyżej zamieszkiwał dzisiejszy cel. Ruszyła wzdłuż korytarza odczytując numery mijanych pokoi. Nie na wszystkich ostały się mosiężne tabliczki. Jednak można było domyśleć się brakujących numerów. Wybrała czwarte drzwi po lewej. Nacisnęła klamkę – otwarte. Weszła do zakurzonego ciemnego pokoju. Po podłodze walały się resztki rozgrabionego wyposażenia hotelowego. Podeszła do okna i spojrzała na księżyc. Otworzyła jedno z okiennych skrzydeł by zaczerpnąć trochę nocnego powietrza, którego tak brakowało jej w ciasnych w dusznych tunelach. Westchnęła cicho i przeszła do głównego pokoju. Drzwi na balkon były wyłamane, ostrożnie przekroczyła kawałki szkła. Balkon, a raczej taras miał formę półkola o promieniu jakiś pięciu metrów. Marmurowa barierka w kilku miejscach ukruszyła się. Do jej uszu doleciały ciche dźwięki muzyki. Wychyliła się i spojrzała do góry. Na jednym z balkonów wyższego piętra stały jakieś dwie splecione ze sobą postacie. Muzyka i blade światło dochodziły z tamtego pokoju. Widać jakaś parka niemoce spać, ale nie chce przeszkadzać w spoczynku szefowi. I bardzo dobrze. Niech zajmują się sobą. Poprawiła rękawiczki, rozsznurowała i zasznurowała buty, dociągnęła kilka sznurków swego stroju i przekroczyła barierkę. Najpierw ręką wymacała na ścianie punkt zaczepiania dla ręki następnie ześlizgnęła się z balkonu zawisając a niej. Nogami znalazła punktu podparcie i wysunęła wolną rękę w górę w poszukiwaniu następnych szczelin. Kawałek po kawałku wspinała się coraz wyżej, wyszukując drogę w popękanych murach budynku. Para na balkonie zaczęła tańczyć w rytm wolnej muzyki. Kiedy któreś z dwojga odwracało się w jej stronę Czarna zastygała przyklejając się do ściany. Wspinaczka trwała dobre pół godziny i mocno nadwerężyła siły kobiety. Z ulgą przywitała podłogę balkonu, na który w końcu się wdrapała. Kucając przy barierce wyrównała oddech przyglądając się drzwiom. Były zamknięte, w okna wstawiono nowe szyby, a od wewnątrz pomieszczenie przysłaniały ciężkie kotary. Zbliżyła się wolno, kiedy nie usłyszała niczego ze środka wydobyła wytrychy. Cieniutkie ostrza i haczyki zagłębiły się w zamku, by po kilku sekundach łagodnym kliknięciem oznajmić sukces. Czarna schowała przybory, tym razem wyjmując kilka metalowych części, które złożyła ze sobą jak klocki w smukły pistolet zakończony długim tłumikiem. Nacisnęła klamkę, drzwi ustąpiły nie wydając żadnych odgłosów. Ręką odchyliła kotarę na tyle by móc spojrzeć do środka. Wewnątrz panowała ciemność jeszcze głębsza niż na balkonie. Kilka sekund zajęło jej przyzwyczajenie oczu do panującego tam mroku. Zaczęła dostrzegać wyraźne kontury mebli, kilka foteli, duży okrągły stół, dwoje drzwi. Jedne z nich prowadziły do holu, drugie do sypialni. Czarna niczym cień wpłynęła do pokoju. Stawiając ostrożnie kroki po miękkim dywanie zbliżyła się do końca pokoju, kiedy nagłe chrapniecie zmroziło jej krew w żyłach. Dopiero teraz dostrzegła śpiącego na jednym z foteli mężczyznę. Zapewne ochroniarza. Z jednej z dziesiątek kieszeni kombinezonu wydobyła mały przeźroczysty flakonik i gazę, na którą wylała połowę zawartości buteleczki. Zbliżyła się do śpiącego mężczyzny i gdy była już na wyciągniecie ręki szybkim ruchem przyłożyła gazę do jego twarzy drugą ręką przytrzymując strażnika, kiedy ten targnął się konwulsyjnie. Nie zdążył wydać jednego dźwięku nim bezwładnie opadł z powrotem na fotel. Czarna przytrzymała gazę jeszcze chwilę na twarzy mężczyzny, po czym ruszyła w kierunku sypialni. Drzwi były zamknięte jedynie na klamkę, przyłożyła ucho do dziurki od klucza i kiedy upewniła się, że w środku panuje cisza otworzyła drzwi. Na środku pokoju stało wielkie łoże z baldachimem, w którym leżały trzy postacie. Podeszłą jeszcze bliżej dziękując w myślach upodobaniu właściciela do dywanów. W łożu spał mężczyzna o bujnych bokobrodach, dokładnie ten, na którego dostała zlecenie. Na jego piersi spała kobieta, z drugiej strony zwinięta w kłębek i odwrócona do nich plecami druga. Czarna uniosła pistolet, dwa stłumione syknięcia nie głośniejsze niż oddech śpiących dziewcząt zakończyły jej misję. Teraz wystarczyło tylko wrócić.

– Dzień dobry panno Black.
– Dzień dobry panie Johnson.
– Jak zwykle wynagrodzenie zostało podzielone według pani dyspozycji. Połowa należności zamieniona została na lekkie gamble – mówiąc to wyciągał po kolei z teczki paczki obwinięte szarym papierem – amunicja i leki. Dwadzieścia procent w postaci zamówionego przez panią Tornado. Dwadzieścia procent pozostaje u mnie do pełnej pani dyspozycji. Dziesięć procent prowizji pozwoliłem sobie już pobrać. Czy wszystko się zgadza, panno Black?
– Jak zwykle, panie Johnson – Czarna cierpliwie wysłuchała sprawozdania swojego księgowego – Czy jest coś jeszcze?
– Owszem klient prosił, by przekazać pani jeszcze ten upominek jako dowód uznania – pan Johnson sięgnął do czarnego neseseru, który spoczywał koło jego nóg. Czarna zaciekawiona wyciągnęła ręce by sprawdzić zawartość. Ledwo opanowała chęć zagwizdania.
– Proszę przekazać wyrazy wdzięczności, naszemu klientowi.
– Będę miał ku temu okazję, panno Black. – Czarna spojrzała na niego podejrzliwie. Johnson jakby tego nie zauważając sięgnął do swojej czarnej teczki i wyciągnął z niej kilka starannie zapisanych kartek wręczając je kobiecie. Czarna przebiegła wzrokiem tekst, a w czasie czytanie jej oczy robiły się coraz większe.
– Panie Johnson, ależ to… – mężczyzna uciszył ją uniesieniem dłoni.
– Proszę, panno Black. Niech zapozna się pani najpierw z dokumentami, zawierają wszelkie niezbędne informacje. Następnie proszę podjąć decyzję o przyjęciu bądź odrzuceniu propozycji.
Czarna przeczytała pisma dwa razy. Kiedy skończyła wahała się chwilę po czym zdecydowanym ruchem przyłożyła kartki do palącej się świecy.
– Dziękuję panno Black. Przekażę klientowi pani decyzję.

Dodaj komentarz