Zemsta

Późnym popołudniem ciepłego sierpniowego dnia Patsy Johnson dotarła do pierwszych ruin metropolii, której prawdziwej nazwy nie pamiętał już nikt z ludzi mieszkających w pobliskich wioskach. Wiatr, dość zimny jak na ten miesiąc, toczył ulicami miasta kule chwastów. Od czasu do czasu z wyższych resztek zabudowań zrywały się stada ptaków, by chwile pokrążywszy nad ruinami, znów zniknąć między betonowymi szkieletami zabudowań. Jakiś pies lub coś innego, zawyło przeciągle. „To NA PEWNO był pies.”, powiedziała pod nosem Patsy poprawiając kaburę z rewolwerem. Jej uwagę zaprzątał stalowy szkielet wieżowca górujący nad ruinami miasta. Tam, na najwyższym piętrze miał czekać Finnigan.
Jack Finnigan… Pamiętała aż za dobrze jego niebieskie, półprzymknięte oczy, długie, zaczesane do tyłu włosy, hawańskie cygara, którymi namiętnie się zaciągał, drwiący uśmiech i ironiczny ton głosu gdy się z nią przekomarzał. I pogardę, z jaką patrzył, gdy ją wiązał…
Poznali się 2 lata temu w trakcie corocznej Wiosennej Wyprawy z Federacji Appalachów. Tak ona jak i on najęli się do ochrony transportu. Czasem jakiemuś gangowi zachciało się psocić i wtedy do akcji wkraczali oni, tj. ochrona. Patsy szybko skumała się z resztą ochrony, Jack za to trzymał się na uboczu, przyglądając się tylko czasem z drwiącym uśmiechem jakby wyższości na resztę ochrony biwakującą przy wspólnym ognisku. Z początku nikomu to nie przeszkadzało. Po pewnym czasie jednak w grupie zaczęła narastać niechęć do niego. Patsy zaś była nim coraz bardziej zaintrygowana. Miała już wielu mężczyzn, których, notabene, po kolei spławiała. Jednak od 3 miesięcy nie miała żadnego. Jakby nie patrzeć, facet był naprawdę przystojny i miał w sobie „to coś” co sprawiało, że kobiety na które spojrzał od razu rumieniły się, a niemalże omdlewały gdy do do którejś się uśmiechnął. To także nie uszło uwadze męskiej części obstawy. I kto wie do czego by doszło gdyby nie atak bandy mutantów, który miał miejsce gdzieś w połowie drogi do ruin Filadelfii.

Dzień wstał pochmurny, ściskał lekki przymrozek. Zostawiwszy w wojskowym namiocie pogrążone w głębokim śnie Yennę i Sarę, wyszła na zewnątrz. Obóz powoli budził się. Z namiotów dochodziły pomruki wstających, szczęk blaszanek, gdzieś z dalszych namiotów salwa gromkiego śmiechu. Nieopodal na wypchanym plecaku siedział Finnigan i czyścił karabin z celownikiem optycznym. Patsy nie znała się na rodzajach karabinów snajperskich. Wolała swoją wysłużoną Berettę z przedwojennym tłumikiem wytargowanym za parę dobrych, wojskowych butów. Gdy koło niego przechodziła zalotnie bujając biodrami, uniósł lekko głowę a na jego twarzy wymalował się jak zwykle drwiący uśmiech. Nie zwracając na to uwagi i starając się nie pokazywać po sobie irytacji, ruszyła w stronę kuchni polowej.
Wczesnym popołudniem część ochrony, w tym Patsy, Jack i dowódca obstawy, dawny sierżant US Army Willkins, ruszyli w szpicy przed karawaną by sprawdzić ruiny przez które wiodła rok w rok trasa Wiosennej Wyprawy. Miasto zburzono bronią konwencjonalną. Większość budynków była stertą gruzów, w dość dobrym stanie zachowała się tylko wieża kościoła w centrum miasta i dolna kondygnacja ratusza miejskiego. Według Willkinsa, miasto mogło liczyć przed wojną ok 10-15 tys. mieszkańców. Z niewiadomych przyczyn nie zostało ponownie zasiedlone. Federacja utrzymywała tu tylko niewielki posterunek w odbudowanym częściowo ratuszu. Próbowano się kontaktować z załogą posterunku – umówionym sygnałem miała być wystrzelona raca ratunkowa. Wystrzelono 5 rac – bez skutku. Dlatego też zdecydowano się wypuścić zwiad.
W mieście panowała kompletna cisza, przerywana tylko czasem chrzęstem tłuczonego szkła pod stopami. Powoli zbliżali się do centrum. „Za cicho tu jak dla mnie.”, powiedziała Patsy. Sierżant podskoczył do niej szybko. „Stul pysk, Johnson! Wszyscy o tym wiemy, a twoje, kurwa, uwagi niszczą morale.”, powiedział szeptem przez zaciśnięte zęby. Z wojska wyniósł styl zwracania się do podwładnych w podobnych sytuacjach. Jack obserwował całe zajście beznamiętnym wzrokiem.

Gdy weszli na plac główny Willkins wysłał Jacka na wieżę zburzonego kościoła, sam zaś z resztą oddzialiku ruszył do ruin ratusza. Na podłodze widać było ślady zaschniętej krwi, walały się strzępy ubrań, łuski dźwięczały metalicznie pod butami. Ściany zachlapane posoką, z gdzieniegdzie poodciskanymi jakby małymi dłońmi. Gdzieś z zewnątrz usłyszeli jakby płacz dziecka. Spojrzeli po sobie. I jak na rozkaz wszyscy rzucili się do wyjścia. Ostatniego w grupie, młodego blondyna z Nowego Jorku, Croats dopadły u wyjścia z ratusza. W niebo wzbił się zwierzęcy wrzask mordowanego chłopaka. „NA ŚRODEK PLACU! NIE ZATRZYMYWAĆ SIĘ!”, darł się Willkins. Co jakiś czas słyszeli strzały z kościelnej wieży. Pojedyncze, celne kule uśmiercały Croats które zbytnio zbliżyły się do grupy. Wreszcie stanęli na środku. „PLECAMI DO SIEBIE!” zakomenderował dowódca. Spojrzeli wokół siebie.
Naokoło kłębiło się mrowie małych postaci o potwornych twarzyczkach i długich,ostrych jak brzytwy pazurach. Jack przestał strzelać. Dlaczego? Sierżant westchnął ciężko. „Ludzie, cieszę się że mogłem was poznać. Nie przebijemy się. Ale zanim zginiecie, pokażcie tym bękartom Molocha na co was stać! OGNIAAA!!!” Krzyk Willkinsa utonął w grzmocie wystrzałów i wrzasku Bit Boys. Krew tryskała fontannami, małe, koszmarne twarzyczki wykrzywiały się w agonalnych mękach. Niektóre potworki próbowały skakać ale padały od razu w gradzie kul. Patsy został ostatni magazynek. Cholera, pomyślała, a miało być spokojnie! Wymierzyła w hordę i zaczęła strzelać. Śmiała się jak tylko potrafi śmiać się człowiek w obliczu śmierci a po policzkach płynęły jej brązowe od pustynnego pyłu łzy. Mimo strat Dzieci nie cofały się. Wręcz przeciwnie były już prawie na wyciągnięcie ręki. Sierżant, opróżniwszy ostatni magazynek, odrzucił swój M16 i wyciągnął pokaźny rozmiarów nóż. „NO,CHODŹCIE SKURWYSYNY!” wrzasnął na całe gardło a w jego oczach płonął ognień szaleństwa. Patsy poczuła ciepłą stróżkę cieknącą w nogawce i ostry zapach uryny. Wtem pierścień stworów zafalował, pod niebo wzbił się chóralny wrzask i prz mrożącym krew w żyłach wrzasku Croats z tłumu wyleciał, kierując się wprost na sierżanta, ciemny rozmazany w pędzie kształt. Wszystko stało się w ułamku sekundy. Stali jak wryci. W blasku słońca dostrzegli tylko metaliczny połysk jakby ostrzy. I wtedy padł strzał. Jack zapewne strzelał już wcześniej ale w huku wystrzałów nie słyszeli strzałów z wieży. Kształt z impetem spadł w mrowie tuż przed nami. Znów ogłuszył ich wrzask, tym razem wyraźnie przerażenia, i Bit Boys zaczęły panicznie uciekać. Ci z ludzi, którzy mieli jeszcze amunicję strzelali do uciekających, płacząc i krzycząc. Reszta patrzyła na stwora. „To Łowca.” rzekł z niedowierzaniem sierżant. Przednie ostrza jeszcze ryły ziemię. Jeszcze próbował się podnieść, pełzł powoli w stronę Patsy, która stała najbliżej. W głowie maszyny ziała dziura, przez którą widać było popalone przewody w jej wnętrzu. Tuż przed stopą kobiety stwór znieruchomiał. Zza ich pleców dobiegł ich odgłos kroków. Od strony ruin kościoła szedł Finnigan trzymając w splecionych ramionach swoją broń. Z prawej skroni ciekła mu stróżka krwi. Patsy podbiegła do niego, nie wiedząc co robi. „Wszystko w porządku? Masz, przyłóż sobie.” powiedziała dając mu wojskowy opatrunek osobisty. Uśmiechnął się drwiąco ale w jego oczach widać było przyjazny blask. „Dzięki. A co u was?” spytał lekkim głosem i objąwszy Patsy ruszył w stronę reszty. Z głównej ulicy słychać już było gwar nadciągającej odsieczy.
Od tamtego zdarzenie byli ze sobą rok. Podróżowali przez całe Stany, wykonywali razem zlecenia. Jak to zwykł mawiać jeden ze znajomych Patsy, barman z przydrożnej knajpy: Razem pili, razem rzygali. O dziwo, Jack nie nudził się jej jak wcześniejsi mężczyźni. Zaczynała się obawiać, czy to aby nie miłość. Pamiętała słowa matki zanim ta zmarła na gruźlicę: „Miłość na tym świecie to prosta droga do grobu, dziecko”. I wtedy Jack ją opuścił…
Ba, trzeba nie lada opanowania żeby to nazwać „opuszczeniem”! Najzwyczajniej ją upił, związał, okradł i uciekł zakupionym od miejscowych autem. Pierwszym uczuciem jakie pojawiło się w sercu Patsy gdy zorientowała się, że Jack ją okradł i porzucił, był żal i rozpacz. Płakała długo, jak dziecko które opuściła matka. Niedługo jednak miejsce smutku zajęła dzika żądza zemsty. „To JA rzucam facetów a nie oni mnie! To JA okradam ludzi a nie ja jestem okradana! Znajdę cię, Jacku Finnigan’ie. A wtedy poczujesz co znaczy zemsta Patsy Johnson!”, powtarzała sobie każdego ranka i każdego wieczoru, powoli stając na nogi. Dzięki wielu znajomością szybko namierzyła Jacka. Ale czy to ona w złości powiedziała komuś zbyt wiele, czy to Jack był czujniejszy niż się spodziewała, w każdym razie wymknął się jej. Od tej chwili zaczął kluczyć, mylić tropy. Ale Patsy nie należała do grona samozwańczych tropicieli nie umiejących dostrzec śladów ciężarówki w mokrym błocie w samo południe. Zaczęła działać spokojniej, dyskretniej. Jack wydawał się powoli uspokajać. Częściej bywał w miasteczkach, rozmawiał z ludźmi, przyjmował zlecenia. I właśnie trzy dni temu zatrzymawszy się w Roscoe Town przyjął od pewnego nad wyraz brzydkiego typa zlecenie. A raczej umówił się na ostatniej kondygnacji ruin wieżowca w niedalekich ruinach miasta aby dokładniej omówić szczegóły zlecenia. Patsy skrzywiła się na myśl o zleceniodawcy Jacka i jego śmierdzącym alkoholem i próchnicą oddechu który musiała wąchać przez cały wieczór wyciągając od niego tę jedną informację.
W ruinach znów dał się słyszeć skowyt. Kobieta otrząsnęła się ze wspomnień. „No, to się teraz policzymy, kochany.” powiedziała uśmiechając się brzydko.

Zaczęła się skradać w gruzach. Obserwowała dokładnie otoczenie; wiedziała, że w takich ruinach może czaić się prawie wszystko. „Może nawet wyrządzam ci przysługę, mój drogi. Kto wie czego mógł chcieć od Ciebie ten gość. Lub co mogło Cię spotkać pośród tych gruzów.” mówiła w myślach. Zatrzymała się nagle. Cztery metry od niej, po środku ulicy z ziemi wystawały mniej więcej w odległości metra od siebie trzy małe pręciki. Patsy przełknęła ślinę. Wiedziała co by się stało gdyby ich nie zauważyła i niebacznie podeszła w ich pobliże. Widziała ludzi którzy przeżyli spotkanie ze Szczękami. Widziała tych. którzy ich nie przeżyli. Zrobiło się jej duszno. „Spokojna, jestem spokojna… Kilka głębszych oddechów… Jestem spokojna…”, powtarzała sobie próbując uspokoić przyspieszone tętno. Po chwili ruszyła dalej.
Przez lornetkę sprawdziła ostatnią kondygnację. Niewielka żółta plamka co jakiś poruszała się aż wreszcie znikła a w jej miejsce pojawia się sylwetka człowieka. Po chwili człowiek zniknął i znów zobaczyła żółtą plamkę. „Coś chyba czyta. Czytaj, czytaj, mój ty mądry trupie.”, myślała uśmiechając się Patsy.
Powoli dotarła do podnóży wieżowca. Nagle poczuła jakby po plecach pełzał jej mały, futrzany robak. „Cholera, ktoś mnie obserwuje!” pomyślała, odwracając się powoli. U wyloty jednej z uliczek stała niska postać w brązowym jakby habicie z kapturem nasuniętym na głowę. Za nią widać było łysy ogon wychodzący spod szaty a z cienia kaptura wystawało kilka grubych włosów. „Szczury…” pomyślała kobieta. Serce znów zaczęło bić szybciej. „Z nimi nigdy nie wiadomo”. Błogosławiąc w myślach pewnego łowcę mutantów, narysowała na ziemi skomplikowany znak który dla szczurów znaczył mniej więcej tyle co „nie chcę was skrzywdzić ani handlować z wami, już się wynoszę”. Szczur uniósł się na łapkach jakby węsząc, opadł i skinął głową. Patsy także skinęła głową a gdy ją podniosła, szczura już nie było. Nogą roztarła znak nakreślony na piasku. Ruszyła do głównego wejścia wieżowca.
Schody,tak jak myślała , były w wielu miejscach zniszczone. Widziała świeże ślady butów odbite w pyle pokrywającym grubą warstwą pierwsze, zachowane stopnie schodów. „Wspinał się po schodach… Biedaczek, he he.” myślała przygotowując się do wspinaczki szybem windy. To był jej fach – Patsy była zawodową złodziejką, była więc mistrzynią wspinaczki i skradania się. Po cichu weszła po zmiażdżonej windzie do szybu. Zaczęła się wspinać.
W ten sposób doszła do ostatnich zachowanych pięter. O dziwo, tutaj schody były w dobrym stanie. Odbezpieczyła po cichu rewolwer i zaczęła się skradać.
Po chwili już stała we drzwiach zniszczonego na wpół biura. Cała wschodnia ściana była otwarta. Za biurkiem, na biurowym fotelu, tyłem do drzwi czytając gazetę siedział Jack. Chrząknęła lekko.
– Ach, jesteś w końcu czek…
– Nie ruszaj się, Finnigan.
Nie zdążył się jeszcze odwrócić. Siadł posłusznie. Patsy zaczęła obchodzić go od lewej strony. Usiadła na zniszczonym niskim stoliku cały czas mierząc do Jacka.
– Witam, Jacku Finniganie! Jak się masz, kochanie? – powiedziała paskudnie się uśmiechając.
– Całkiem dobrze, jak widzisz, kotku. – odpowiedział beztroskim na pozór głosem, uśmiechając się drwiąco.
– Nie nazywaj mnie kotkiem, bydlaku! – krzyknęła wstając.
– Bo co, zabijesz mnie? Zastrzelisz z zimną krwią? Nie, Patsy mnie nie zabije. Odłoży teraz rewolwer i pozwoli sobie wszystko wytłumaczyć. – powiedział uśmiechając się zniewalająco. W ustach miał cygaro. Hawańskie oczywiście.
– Daruj sobie, Jack. To już na mnie nie działa. – teraz ona spojrzała na niego z politowaniem. Finnigan przestał się uśmiechać.
– Nie będę ci teraz opowiadać, co przeżyłam po twoim „odejściu”. – mówiła dalej – Dość powiedzieć, że mnie wkurzyłeś, Jack, i to nie na żarty. Przyrzekłam sobie, że znajdę cię i zabiję. I zaraz to zrobię. – uniosła rewolwer. Finnigan pobladł.
– Posłuchaj, miałem powody. Miałem dług… w Vegas. Spróbujmy jeszcze raz, co? – uśmiechnął się nerwowo.
– Nic nie mów! Nie lubię, gdy mężczyzna się tłumaczy. To już koniec. Żegnaj, Jacku Finniganie.
– Poczek…
Padł tylko jeden strzał. Wszystkie ptaki w mieście zerwały się równocześnie i zaczęły krążyć nad skąpanym w czerwonym świetle zachodu gruzowiskiem, jak nad pobojowiskiem z zamierzchłych czasów. W dole, blisko, znów dało słyszeć się żałosne wycie. Patsy położyła na ciele Jacka gazetę, którą jeszcze Parę minut temu czytał.
Widoczna z daleka iglica stalowego szkieletu wieżowca górowała nad rozległym gruzowiskiem zamieszkałym przez szczury, maszyny i tyfus. Wielu byłoby w stanie dostrzec ostatnią zachowaną kondygnację biurowca. Mało kto byłby w stanie dostrzec mężczyznę siedzącego na biurowym fotelu, z czarnymi długimi włosami zaczesanymi do tyłu i cygarem wystającym z ust. Nikt zapewne nie byłby w stanie dostrzec dziury w jego głowie i dymiącego rewolweru trzymanego przez kobietę, która właśnie położyła na ciele mężczyzny pożółkłą, zmurszałą gazetę. Wydawała się zadowolona, jakby zamykała ważny rozdział życia, choć w jej oczach pojawiły się łzy. Ale tego na pewno już nikt nie dostrzegł.

Dodaj komentarz