Kaznodzieja

Z Hot Springs do Little Rock, trzydzieści mil u podnóży spalonych słońcem szczytów Ouachita, czternaście mil do Mason, przeprawa promem przez zamulone koryto Arkansas, i znów na zachód, osiem mil do Rouselville, postój w budynku dawnej stacji benzynowej, na kolację pieczony suseł. Promienie zachodzącego słońca muskają stare dystrybutory paliwa, które przypominają kamienie nagrobne – symboliczny pomnik postawiony na cześć umierającego świata. Miasteczko wygląda, jakby płonęło. Jakby wszystkie opuszczone domostwa nieoczekiwanie wypełniła żywa lawa, nieokiełznany żar. Suseł jest przesolony.
I, the Lord of sea and sky, I have heard My people cry…
O czym myślisz, gdy patrzysz w te puste okna, bramy garaży, z których już nigdy nie wyjedzie żaden samochód? Długie rzędy identycznych domków jednorodzinnych pełne sprzętów, których już nikt nie użyje. Pan daje nam ostrzeżenie: oto, co pozostało z naszego uwielbienia przedmiotów.
Dwieście mil bezdrożami do Joplin, piętnaście do Akron, postój w zgliszczach Faysville. Zdarzają się całe tygodnie w trasie, kiedy nie napotkasz żywej duszy. Dlatego ogarnia mnie dziwne uczucie, gdy widzę swoje odbicie w ocalałej szybie wystawowej piekarni BakeBill. Wysoki mężczyzna w skórzanej kamizelce z ćwiekami i czarnych, pokrytych pyłem spodniach. Opalone, pocięte głębokimi bruzdami oblicze, złamany nos, wąskie, ściśnięte wargi. Poszarpana opaska przytrzymująca ciemne włosy. Żylaste, umięśnione przedramiona. Tatuaże na prawej ręce przedstawiające wszelkie znane ludziom symbole religijne, począwszy od gotyckiego krzyża i boskiego Oka w Trójkącie, a na fragmentach Koranu i Talmudu skończywszy. Mam je, ponieważ przybywam do wszystkich bez wyjątku.
All who dwell in dark and sin, my hand will save…
Jestem wysłannikiem. Odwiecznym przybyszem. Kiedy wsiadam na motor i odpalam silnik, jeszcze nie wiem, dokąd poprowadzą mnie znaki pozostawione przez Pana.

*

Rezydencja barona Dautex-Wilsona była pełna tajemnic. W dziwnych okolicznościach zmarła tutaj małżonka właściciela, zagadkowo prezentowała się też choroba jego najstarszego syna, który z powodu niepohamowanych wybuchów wściekłości został zamknięty w lewym skrzydle budynku, skąd nigdy nie wychodził. Podejrzane były interesy, które baron prowadził z różnej maści indywiduami zamieszkującymi Federację Appalachów. Wszystko to stało się tematem niezliczonych plotek rozpuszczanych przez gadatliwą służbę. Tymczasem jednak największą ciekawość wzbudzał nowy gość barona.
– Zdawało się, że pan Henry już się z tego nie wygrzebie… – powiedziała Lucy, a pozostałe kucharki i sprzątaczki skwapliwie pokiwały głowami. – I któżby pomyślał?! Taka niespodzianka.
– Bo dobrego lekarza mu było trzeba – mruknęła Wendy, wachlując się ścierką. W kuchni było niemiłosiernie gorąco.
– A tam lekarza! – sapnęła Judith – Pan Henry to bezbożnik, wszyscy wiedzą. Pamiętacie, jak wychłostał małego Tony’ego, tylko z tego powodu, że mu chłopak rozbił okno kamieniem? Pamiętacie. Nic dziwnego, że go w końcu pokarało. No a teraz się pan baron zmienił, jakby nawrócił…
– Bo to duchowny jest, ten nowy.
– Pastor?
– Raczej kaznodzieja. Z tych, co się włóczą od miasta do miasta i głoszą jakieś brednie.
– Nie wygląda – Judith skrzyżowała ręce na piersi – Ubrany jak bandzior… A ten jego motor widziałyście? Kryminalista, myślę sobie. Ale ponoć dobry jest. Niby u nas mieszka, w luksusie, ale do miasteczka chodzi, z ludźmi rozmawia, pyta, czy nie pomóc w czymś. No a baron też dobrze na tym wyszedł, bo zdrowie odzyskał, chociaż mnie w tę jego nagłą religijność się jakoś wierzyć nie chce…
Dwa piętra wyżej baron Dautex-Wilson szlochał, wtulony w ramię rosłego mężczyzny. Nie wiedział, jak wyrazić wdzięczność. Nie potrafił znaleźć słów, więc zostały mu tylko łzy, które teraz niczym nieskrępowane spływały mu po policzkach pokrytych kilkudniową szczeciną. Baron nie pamiętał, kiedy ostatni raz zdarzyło mu się płakać, więc to doświadczenie było dla niego jak wolność odzyskana po latach niewoli. Czuł, jak wypełnia go zupełnie nowe życie.
– Dziękuję… Dziękuję…
W momencie uniesienia chciał nawet paść przed przybyszem na kolana. Ten jednak powstrzymał go silnym ruchem ręki. Następnie poprawił na baronie ubranie i ujął jego głowę w swoje dłonie.
– Nie dziękuj mnie – rzekł łagodnym, głębokim głosem. – Podziękuj Najwyższemu. Widać ma dla ciebie jakieś zadanie, skoro wysłał mnie, abym ci pomógł. Musisz szanować tę łaskę, która została ci dana. Wykorzystaj swój czas jak najlepiej.
– Zrobię to… – szepnął baron. – Zrobię.

*

Jeżdżę tam, gdzie jestem potrzebny. Pustynia niesie krzyk i płacz tysięcy istnień. Krążące wysoko sępy i kruki mają pióra oblepione ludzką skargą. Czterdzieści mil do Amber, trzydzieści cztery do Tulsy, Bartersville, Ponca City… Dłonie zrogowaciałe od ciągłego zaciskania palców na kierownicy.
Słyszę ich, gdy nawołują zza horyzontu. Głodni, udręczeni, opuszczeni – wszyscy nieświadomi tego, że wykrzykują moje imię. Słyszę ich, gdy zmrok dopada mnie na przedmieściach St. Louis, gdy wymieniam koło na poboczu międzystanowej szesnastki, gdy przeczesuję ruiny Kirksville w poszukiwaniu żywności. Słyszę ich. I odpowiadam.
Jestem wiatrem, który przynosi zmiany. Nadzieją dla tych, którym się nie powiodło. Zjeździłem już cały kraj, od Bostonu po zachodnie wybrzeże, od Miami po linię frontu na północy. Dokądkolwiek bym się nie udał, widzę ludzką nędzę i rozpacz. Którąkolwiek drogę wybiorę, ta zawsze doprowadzi mnie do nieszczęśliwych. Widziałem wszystkie rodzaje smutku, samotności i strachu. Wystarczy spojrzeć człowiekowi głęboko w oczy i wyczytać z nich prawdę.
Dwieście czternaście mil do Kansas City, dwadzieścia dwie obwodnicą do St. Joseph, postój w korycie Missouri. Rzeka niesie truciznę i zwłoki żołnierzy. To najszybszy i najbardziej efektywny sposób pozbywania się ciał z frontu, aby zapobiec wybuchowi zarazy. Niebo spowija dym.
Mijają mnie kolejne grupy uchodźców. Wychudzeni, obszarpani i oblepieni pyłem przypominają widma. Podróżują pieszo – wojsko rekwiruje wszelki sprzęt mogący się przydać na polu bitwy. Pchają wózki z całym swoim dobytkiem. Kobiety o zapadniętych twarzach i podkrążonych oczach, mdlejący z wysiłku staruszkowie, wystraszone dzieci. Wszyscy zdrowi mężczyźni zostali przymusowo wcieleni do armii. Już nigdy nie spotkają się ze swoimi rodzinami.
Uchodźcy mają przed sobą pięć-sześć dni marszu do najbliższej osady. Ci, których nie pokona zmęczenie, zostaną rozszarpani przez dzikie zwierzęta. Ci, którzy unikną kłów, zginą z rąk bandytów. Do celu dotrze jedynie garstka. Społeczność przyjmie obcych z otwartymi ramionami, zlecając im najgorsze z możliwych prac w zamian za kawałek czerstwego chleba. Dziewczęta w wieku powyżej dziesięciu lat zostaną sprzedane łowcom niewolników, by skończyć w jakimś burdelu w Detroit albo Las Vegas. Te jednak, którym uda się uniknąć piekła, wyrosną na zdrowe, silne kobiety.
I zapoczątkują nowe życie.
Właśnie o tym im opowiadam. O nowej szansie. Przestrzegam ich przed zagrożeniami. Sugeruję najbezpieczniejsze szlaki. Mówię o Bogu, w którym powinni pokładać nadzieję. Pan daje nam możliwość wyboru własnej ścieżki, niech zatem każdy krok, jaki postawimy, będzie nas zbliżał przed Jego oblicze.

*

` Sierżant Adam „Houl” Buckman z rosnącym zdumieniem przyglądał się swoim ludziom.
– Maya, czy to widzisz?
Radiooperatorka w posępnym milczeniu skinęła głową.
Stali pośrodku głównej ulicy w mieście Omaha. Maya opierała się o maskę hummera paląc papierosa za papierosem, a Buckmann nerwowo przebierał nogami w miejscu i co chwilę podnosił do oczu lornetkę. Przed nimi, na betonowej płycie dawnego parkingu, zgromadziła się blisko setka ludzi – las hełmów i zgniłozielonych wojskowych kamizelek. Żołnierze siedzieli w ścisku, szeregowi obok kaprali, na prowizorycznych ławkach i skrzynkach. Ich twarze były zlane potem. A także łzami.
– Pan wybrał was, abyście z bronią w ręku stawili czoła Bestii! Nadeszła chwila ostatecznego rozrachunku z siłami ciemności. Jesteście mieczem w dłoni Pana! Jesteście płomieniem, który wypali grzech! Reprezentujecie najwyższą wartość i prawdę!
Sierżant stał jak skamieniały, słuchając tego głosu.
– Wiem, że jest wam trudno. Wiem, że wasze serca ogarnia strach. Dlatego musicie odnaleźć w sobie odwagę i pewność! W jaki sposób? Bóg dał mi usta, bym mógł szerzyć Dobrą Nowinę! Czas jest bliski! Zaufajcie Panu! W Nim odnajdziecie odpowiedź na wszystkie pytania! Jego łaska napełni was siłą, jakiej nie zna świat! Coś wam powiem… Z pomocą tego gościa u góry skopiemy każdy mechaniczny tyłek, jaki się nawinie!
Wybuch śmiechu.
– Facet ma gadane – mruknęła Maya, ale Buckmann jej nie słuchał. Jego uwagę całkowicie pochłonęły słowa kaznodziei. Sierżant nie był osobą religijną, ale… Teraz poczuł coś dziwnego. Im dłużej zaś kaznodzieja mówił, to uczucie robiło się silniejsze. Aż wreszcie usta Buckmanna rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
Ogarnęła go radość.

*

Osiemset mil do Austin, z dala od głównych szlaków, następnie San Antonio i dalej do Alpine, El Paso, Deming.
Awaria sprzęgła, postój w Las Cruces, nocleg w małym hoteliku z oknami na Góry Skaliste. Zarobaczone łóżko. Poranna toaleta. W warsztacie, oprócz naprawionego motoru, otrzymuję informację, że w nocy lawina kamieni zasypała drogę do Tucson. Gdybym w tym czasie znajdował się w tamtym rejonie, nie byłoby ze mnie co zbierać. Pan po raz kolejny objawia swoją moc i otacza wiernych nieustającą opieką.
Silver City, Baldy, Soccoro, dziesiątki małych miasteczek, które nie mają już swojej nazwy. W jednej z kotlin buduję sobie szałas, spędzam w tym miejscu dwa tygodnie, ścinając kaktusy i wyciskając z nich sok do małych butelek. Interesuje mnie tylko jedna odmiana, którą tubylcy określają mianem „kociej śliny”. Jest doskonałą odtrutką na jad żmii.
Natrafiam na nieduże obozowiska czerwonoskórych. Widzą, kim jestem, nie przeszkadzają mi więc w mojej misji. Grzecznie odmawiam, gdy szaman proponuje mi zakosztować smaku tajemnych ziół, które zrogowaciałym palcem ubija w drewnianej fajce. Rozmawiamy w języku duchów. Następnie szaman kreśli w powietrzu znak i pokazuje niebo. Przyznaję mu rację. Starzec uśmiecha się.
Rozumie.

*

Jeszcze zanim wszedł do budynku, postanowił, że dzisiaj zrezygnuje ze swojego kaznodziejskiego tonu i skupi się na bardziej praktycznym podejściu. Dlatego, gdy rzuciła się na niego dwójka barczystych strażników, od razu przystąpił do działania. Pierwszego trzasnął na odlew w brodatą gębę. Nim drugi wartownik zdążył zamachnąć się pałką, otrzymał potężny cios w brzuch. Ciężki krucyfiks z mosiądzu spadł na potylicę strażnika z siłą gromu. I było po wszystkim.
Podczas walki jego serce ani na chwilę nie zabiło szybciej.
Natychmiast odnalazł właściwą salę. Wszyscy zgromadzeni w niej kultyści zerwali się z miejsc, ale widząc zakrwawiony krucyfiks i oblicze nowoprzybyłego, niepewnie wrócili na swoje krzesła.
– Dość tego, chamy – powiedział głośno i ruszył przed siebie. – Wiecie, kogo reprezentuję.
Płonące wokół ołtarza pochodnie rzucały chybotliwe cienie. Na kamiennym postumencie leżała dziewczynka. Była naga. Ledwie zarysowane piersi i pozbawione włosów łono wskazywały, że mogła mieć najwyżej jedenaście, dwanaście lat. Wyglądała na nieprzytomną.
Mężczyzna wyjął nóż z dłoni osłupiałego przywódcy sekty. Gdy poprzecinał wszystkie więzy, pochylił się nad dziewczynką, odemknął jej powieki i spojrzał głęboko w oczy. Zareagowała. Wcześniej była po prostu sparaliżowana strachem, lecz teraz ogarnął ją spokój. Kiedy obcy wziął ją w ramiona, z ufnością zacisnęła ręce na jego szyi. Nie płakała.
Była bezpieczna.

*

Jestem ogniem, który ogrzewa zmarzniętych. Jestem cieniem, w którym spocząć mogą zmęczeni upałem. Jestem studnią, do której przybywają spragnieni.
Czterysta mil do Flagstaff, przez Albuquerque, Gallup i Winslow. Spalona słońcem Arizona wita mnie posępną pieśnią grzechotników wygrzewających się na piasku. Czy wyczuwają moją obecność?
We Flagstaff zatrzymuję się na kilka dni. Mam tu dużo do zrobienia. W pierwszej kolejności udaję się na bazar, aby zakupić gogle. Poprzednie nie nadają się już do niczego. Wiem, że przydałyby się też nowe ubrania, ale nie mam czym zapłacić. Nadal więc przyjdzie mi chodzić w moich znoszonych skórach i kamaszach, z których już niemal zdarłem podeszwy. Cóż, sługa Pana w nędzy żyć musi.
Rozweselony, wyruszam na poszukiwanie noclegu. W jednym z zaułków spotykam narkomana. Ćpun pochyla się nad martwym kloszardem i próbuje rozbić mu czaszkę kamieniem o ostrych krawędziach. Najwyraźniej chce dobrać się do szyszynki. Chwytam desperata za kołnierz i obracam ku sobie. Przypatruje mi się błędnym, przerażonym wzrokiem. Kiedy zaczynają mu opadać powieki, mocno go policzkuję. Raz, drugi, trzeci. Pytam o imię.
Troy.
Biorę go na motor i przywiązuję do siebie w pasie mocnym sznurem, żeby nie spadł z siodełka. Troy śmierdzi brudem, wymiocinami i moczem. Podczas jazdy traci przytomność. Zatrzymujemy się przed jakimś opuszczonym hangarem dawnej firmy spedycyjnej. Przenoszę Troya do środka, przebieram, nakrywam własnym śpiworem. Rozpalam ognisko, przygotowuję posiłek. Noc spędzam wpatrzony tańczące płomienie.
Hangar staje się naszym tymczasowym schronieniem. Troy sprawia trudności. Krążące w jego organizmie związki chemiczne przytłumiają zdolność trzeźwego myślenia. Przez pierwsze dwa dni wysłuchuję jego bełkotliwych próśb o działkę. Kiedy próbuje uciekać, łapię go i tłukę gdzie popadnie tak mocno, że wkrótce ślady po nakłuciach znikają pod warstwą siniaków. Nie lubię stosować przemocy, ale czasem kilka porządnych kopniaków daje więcej niż milion słów.
Spędzamy tu tydzień. Troy zaczyna przystosowywać się do nowej sytuacji. Opowiadam mu o sobie i swoim zadaniu. Mówię o setkach tysięcy mil zjeżdżonych w służbie Pana. Tłumaczę, co przyniesie przyszłość i jaka będzie w tym moja rola. Troy słucha i wierzy. Wie, że go nie oszukuję. Wyczytuję to w jego oczach: oddanie. Daję mu wybór. Ostatniego dnia kuracji proponuję mu kilka grudek Tornado, które znajduję na dnie jednej z toreb. Odmawia. Jest przygotowany.
Wyszukujemy mu motor. Jeśli Troy ma ze mną podróżować, nie będzie przecież biegł za moim tylnym zderzakiem. Nie płacimy, bo sprzedawca jest moim przyjacielem.
Kiedyś mu pomogłem.

*

Brzdęknęło szkło, gdy barman postawił na ladzie dwa talerze z potrawką z królika. Mężczyzna w skórzanej, nabijanej ćwiekami kurtce podziękował skinieniem głowy i lekkim uśmiechem. Barman odwzajemnił ten uśmiech i przeniósł spojrzenie na drugiego klienta, wychudzonego punka z twarzą pokrytą kolczykami. Wyglądał mizernie, ale nie chorowito – dopisywał mu apetyt, potrawkę pochłaniał wielkimi kęsami. Żaden nie pił alkoholu, zamówili zwyczajną wodę.
Barman nachylił się ku starszemu:
– Musicie uważać. Przed paroma dniami zjawiło się tu trzech podejrzanych gości. Pytali o wędrownego kaznodzieję z wytatuowaną ręką. Mieli broń.
Mężczyzna nie podniósł wzroku.
– Co im powiedziałeś?
– Żeby lepiej spływali, bo wypuszczę na nich psy. Wiem od znajomego, że pojechali na wschód.
– Dobrze uczyniłeś, bracie. Pan wynagrodzi ci twoje starania.
Kaznodzieja szturchnął młodego w ramię. Zsunęli się z krzeseł i ruszyli w stronę wyjścia. Na zewnątrz powitał ich deszcz. Mężczyźni wgramolili się na motocykle, w mroku nocy rozbłysnęły dwa reflektory. W ich świetle zobaczyli zmierzającą ku nim postać.
– Bracia…
Starzec miał czoło i dłonie obwinięte brudnymi od zakrzepłej krwi bandażami. Kosmyki siwych włosów oblepiały mu skronie. Utykał, podpierając się laską. Mówił głośno, by jego słów nie zagłuszał szum ulewy.
– Czas jest bliski! – wykrzyknął z radością, uczepiając się dłoni kaznodziei. – Czas jest bliski! – aż zatoczył się od rzężącego śmiechu.
– Zgadza się.
– Widziałem gwiazdę! – starzec spojrzał w niebo obłąkanym wzrokiem. – Gwiazda zwiastuje ponowne nadejście! Czas jest bliski, musimy się spieszyć!
– Będziemy w porę – kaznodzieja delikatnym ruchem odsunął od siebie szaleńca. Zapuścił motor.
– Będziemy w porę – powtórzył.

*

Dziewięćdziesiąt cztery mile do Kingman, siedemdziesiąt do Needles, bezdrożami na północ, wzdłuż brzegów Lake Mead do Vegas. Następnie St. George, Cedar City, Richfield. Spotykamy innych pielgrzymów, którzy ściągają w te strony z najdalszych zakątków kraju. Rozpoznajemy się bez trudu. Podróżujemy razem, zgarniając po drodze kolejnych.
Jesteśmy wysłannikami. Jesteśmy białym światłem, które rozprasza ciemność i otępienie. Jesteśmy siłą, której nikt ani nic nie jest w stanie zatrzymać.
Niepełne trzysta mil do Montrose, Elbert, Pueblo, La Junta.
Szosa jest prosta, prowadzi przez bezkresne pustkowia Kolorado. Stare, rdzewiejące drogowskazy informują nas, że zbliżamy się do celu. Że już wkrótce wypełni się wola Pana. Dwadzieścia mil do Lamar. Piętnaście do Enid.
Osiem do Garden City.
Do Miasta Ogrodu.

*

Kilkadziesiąt osób zamarło w milczeniu gdy potężne, stalowe drzwi bunkra rozchyliły się. Otoczony wieńcem przybocznych ochroniarzy szedł rosły mężczyzna w nabijanej ćwiekami kamizelce ze skóry. Tłum rozstąpił się w niemym oczekiwaniu, potykając się o zwłoki tych, którzy przed paroma godzinami mieli czelność stawiać opór.
Mężczyzna kiwnął głową wywołując entuzjazm, okrzyki i wiwaty. Uniósł w górę płaczące niemowlę, pokazując je światu.
– Oto jest ten, który narodził się ponownie, by nieść temu światu zbawienie! – zakrzyknął mężczyzna. Jego oczy lśniły nieziemskim blaskiem. – Oto jest ten, dla którego przemierzyliśmy niezliczone mile, by go wreszcie odnaleźć! Oto jest ten, którego nazywają wszechmogącym! Gwiazda wskazała nam drogę, ażeby przeznaczenie mogło się wypełnić…
Mężczyzna zawiesił głos. Mijały sekundy, podczas których nikt nawet nie drgnął. Wtem przywódca uśmiechnął się nieoczekiwanie i z całą siłą cisnął niemowlęciem o beton.
Rozległ się dziki ryk triumfu.

*
Jestem sługą mojego Pana. Jego najwierniejszym uczniem. Generałem w jego armii. Ci, którym pomagam, pomogą i mnie. Dołączą do szeregów. Odpowiedzą na moje wezwanie tak jak ja niegdyś im odpowiedziałem.
I spadnie krwawy deszcz.
*
Sędzia Morgan biegł, nawołując towarzyszy. Pot zalewał mu czoło. Pod butami zgrzytał piach.
– Jest tu! Wjeżdża do miasta! Szybko, kurwa!
Ustawili harleye w poprzek skrzyżowania. Była ich czwórka: Morgan, zwalisty jak niedźwiedź Lexing, młody Glen w swojej hawajskiej koszuli, Rebecca o twarzy poparzonej kwasem, z niedopałkiem papierosa w kąciku ust. Byli spokojni. Czekali.
Ich odznaki lśniły w promieniach słońca.
Ten, którego się spodziewali, ten, którego tropili od wielu miesięcy, wreszcie zdecydował się pokazać. Wyjechał im na spotkanie. Rzucił rękawicę.
Nadjechał z północy. Towarzyszył mu obkolczykowany wyrostek. Zatrzymali swoje motory w odległości trzydziestu metrów. Zeskoczyli z siodełek. Nie mieli broni.
– Witaj, Flagg! – zawołał Morgan. Wyciągnął rewolwer, a pozostali łowcy poszli w jego ślady. – Nareszcie się spotykamy! Jak właściwie mam się do ciebie zwracać? Flagg? Remings? McOsvey? Czy może jakimś innym fikcyjnym nazwiskiem?
Przybyły nie odpowiedział. Uśmiechał się.
– Jesteś aresztowany, draniu!
– Tak? – mężczyzna uniósł brwi, nie kryjąc rozbawienia – A za co?
– Doskonale wiesz za co, panie Flagg. Nie masz żadnych szans, więc poddaj się. Połóż ręce na karku, pierdolony kaznodziejo. Zmów sobie jakąś modlitwę, byle prędko.
Ten, który przemierzał kraj pod wieloma przybranymi imionami, zaśmiał się gardłowo.
– Doprawdy, bracie? Myślisz, że ty i twoi zafajdani kumple jesteście w stanie MI cokolwiek zrobić?! Powstrzymać MNIE?! Głupcy.
– Kończ gadać, fiucie! – krzyknęła Rebecca. W jej oczach lśniła rządza mordu. To Flagg okaleczył jej twarz. – Masz dziesięć sekund, żeby wykonać nasz rozkaz. Inaczej wpakuję ci kulkę w łeb!
Kaznodzieja wzruszył ramionami i spełnił polecenie. Morgan poczuł, jak jeżą mu się włosy na karku. Coś tu nie pasowało.
I wtedy padł strzał. Lexing ryknął, trzymając się za brzuch. Kolejny pocisk trafił go w skroń. Morgan zamarł w przerażeniu, widząc za swoimi plecami szarżujący w ich stronę tłum ludzi. Mieszkańcy osady zajęli całą szerokość ulicy. Przypominali falę. Pierwszy zareagował Glen i zasypał nacierających długą serią ze swojego thopsona. Rebecca rzuciła się na ziemię, ostrzeliwując tłum z dwóch pistoletów. Ci, którzy padali, znikali w gąszczu tratujących ich ciała butów.
Morgan wyrwał się z osłupienia i obrócił w stronę kaznodziei. Wystrzelił, nie przymierzywszy. Wiedział, że musi trafić. Odległość była niewielka, żadnych przeszkód.
Prócz jednej.
Towarzysz Flagga skoczył do przodu jak tygrys. Pocisk niemal urwał chłopakowi głowę.
Tuż obok Glen runął na swojego harleya. Jego pierś eksplodowała krwią.
I właśnie wtedy Morgan ujrzał po swojej prawej stronie dziewczynkę. Stała na werandzie jednego ze zrujnowanych domków jednorodzinnych. Miała na sobie żółtą sukienkę. W dłoniach trzymała naciągniętą procę.
Sędzia uniósł rękę w obronnym geście i otwarł usta do krzyku. Nie zdążył. Ołowiana kula świsnęła w powietrzu i zagłębiła się w jego czole. Potem zalała go ciemność.

*
Pięćdziesiąt mil do Davenport, szesnaście do Moline.
Ile jeszcze przede mną? Dokąd udam się jutro, by szerzyć posłannictwo? Ile głów pozostało nienaznaczonych znakiem mojego Pana? Co spotka mnie w Rockford? Komu przysłużę się w Danville? Z jakimi trudnościami przyjdzie mi się zmierzyć, żeby realizować moje zadanie?
Jestem kroplą wody, która zamienia się w strumień, kiedy dołączą do niej inne, a potem w rwącą rzekę, której żadna tama nie jest w stanie zatrzymać. Jestem powodzią, która zalewa miasta. Jestem prorokiem Strasznego, głosicielem upadku, kaznodzieją zniszczenia.
Moje imię to Legion.

Dodaj komentarz