Zabójczy nałóg

Młody mężczyzna otarł rękawem pot z czoła. Światła neonów odbijały się wielobarwną gamą w szybie jego samochodu. Umówieni klienci spóźniali się. Nie wiedział czy poci się, dlatego że jest potwornie duszno czy dlatego że goście którzy chcieli kupić od niego towar wyglądali na prawdziwych sukinsynów, którzy podcięli by gardła własnym matkom, gdyby tylko mieli w tym jakiś interes. Był nowy w tej branży. To wszystko przez tego pieprzonego czarnucha Goldiego. Dał się tak łatwo zadźgać podczas jednej z transakcji. A teraz on zamiast pilnować czy goście w kasynie nie kantują, siedzi tutaj i naraża własne dupsko. Trzeba było nie rzucać się szefowi w oczy, to może wybrałby kogoś innego. Splunął przez zęby przeklinając chwilowego pecha. Najważniejsze to nie wyglądać jak kupa szczurzego łajna. Kilkanaście metrów dalej pewnie siedzi gdzieś Duży Micki. Szef nie pozwoliłby na kolejną stratę towaru. Poczekamy jeszcze trochę i wracamy do kasyna…

* * *

Piętnaście minut później z mroku zaułka wyłonił się Duży Micki. Uzi trzymane przez niego w prawej ręce wyglądało jak dziecinna zabawka. Gość naprawdę zasługiwał na swój przydomek. W każdym innym mieście uchodziłby za mutanta. Ludzi w Vegas niewiele rzeczy było w stanie zadziwić.
– Zbieramy się. Nikt nie przyjedzie.
Gdy mieli już ruszać, zza zakrętu wyjechała srebrna Toyota. Dwa umówione mrugnięcia świateł. Duży Micki uważnie obserwował dwóch wysiadających mężczyzn. Przedwojenne garnitury, wypastowane buty i ciemne okulary. Nieodłączne atrybuty ludzi pracujących dla jednej z mafijnych rodzin. Nie mieli przy sobie broni, lub dobrze ją ukryli. Jego kompan, Rot, namacał schowany w kieszeni rewolwer i niepewnie wysiadł z samochodu. Nawet w półmroku zaułka widać było jak nerwowo przełyka ślinę. Micki odbezpieczył Uzi. Jeszcze jedna wpadka i skończy jako pustynna reklama ludzkiej anatomii. I tak ma szczęście że szef darował mu tę akcję z Goldiem. Rot niepewnym krokiem zbliżał się do klientów.
– Spóźniliście się – Bardzo się starał żeby jego głos brzmiał pewnie i szorstko. Nie za bardzo mu to wyszło.
– Musieliśmy po drodze załatwić pewną sprawę. Macie towar ??
– Zgodnie z zamówieniem. A zapłata??
– W samochodzie.
Na tylnim siedzeniu samochodu leżały dwie skrzynie. Jeden z mężczyzn wyjął nóż. Świetna stal i rękojeść z drewna i masy perłowej. Rot odskoczył i wyjął rewolwer. Micki wygramolił się z samochodu. Mężczyzna nie zareagował, spokojnie wsunął nóż pod drewniane wieko skrzyni i podważył ją. Rot klnąc się w duchu włożył rewolwer z powrotem do kieszeni.
– Przepraszam. Ostatnio zadźgali mi kumpla. Rozumiecie…
Mężczyzna milczał.
Uniesione wieko skrzyni ukazało ułożoną w równe rządki amunicję. Druga zawierała to samo.
Rot wyjął foliową torebkę w środku której znajdowała się spora ilość czarnej, grudkowatej substancji. Czyste Tornado.
Jeden z mafiosów odebrał torebkę i wyciągnął z niej grudkę. Spoglądał na nią zza opuszczonych okularów od czasu do czasu ściskając ją pomiędzy opuszkami palców.
– Mam nadzieję że masz świadomość konsekwencji jakie na was spadną, jeśli towar okaże się trefny?? Nasz szef jest…bardzo mściwym człowiekiem. I strasznie nie lubi jak się go oszukuje.
– Bez obawy. To najlepszy towar.
– Bierzcie co wasze.
Po chwili samochód zniknął za zakrętem. Rot odetchnął z ulgą. Przestał się pocić.

* * *

– Co ty sobie myślisz palancie?? Twoje psy wchodzą na mój teren i robią rozróbę a ty masz czelność mi mówić że nic się nie stało. Straciłem trzech dobrych ludzi tylko dlatego że twoje bydlaki były pijane i zachciało im się strzelać i…
– Nie!!! To ty mnie posłuchaj przybłędo! Masz jaja żeby przychodzić do mnie i na moim własnym terenie ubliżać mi w ten sposób. Te twoje psy sami prosili się o kulkę. Trzy razy ostrzegałem cię żebyś przestał kumać się z Mirrelinim. Ten zasrany szczur ma swoją knajpę na moim terenie i to mnie będzie płacił. Ten burdel z którego wczoraj twoi dzielni chłopcy tak odważnie spieprzali potraktuję jako rekompensatę za starty moralne. Zejdź mi z oczu. Jeszcze raz zobaczę tam kogoś od ciebie to osobiście przyprowadzę cię tam śmieciu, żebyś zebrał z ulicy jego ścierwo…
– Rodzina tego nie zaakceptuje. Jeszcze odszczekasz swoje słowa Callieri
– Rodzina ma w dupie takie płotki jak ty. To ja trzymam łapy na północnej elektrowni i to ja dostarczam całą broń do pieprzonego Vegas. A teraz won!!!
– Jeszcze mi za to zapłacisz. Zapamiętaj sobie że bracia Novak nie pozwolą sobą pomiatać…nigdy!!!
Don Callieri błyskawicznie dobył schowany w biurku pistolet.
– Ty chyba mnie nie zrozumiałeś. Ty i twój brat jesteście tutaj nikim. A teraz zabieraj swoje tłuste dupsko bo ci je odstrzelę.
Ręka ochroniarza Don Callierego znacząco opadła na bark mężczyzny. Ten odtrącił ją nerwowo i obrócił się w stronę wyjścia.
– Lepiej się pilnuj Callieri…
Kula świsnęła nad głową mężczyzny wbijając się w futrynę.
– Drugi raz nie spudłuję.
Gdy drzwi się zatrzasnęły Don Callieri niecierpliwym gestem odprawił ochroniarza. Z szuflady wyjął kawałek ścierki i w zamyśleniu zaczął czyścić swojego Colta. Sytuacja komplikowała się coraz bardziej. Tak naprawdę w samej rodzinie miał wielu wrogów którym nie podobała się jego silna pozycja. Jego ludzie trzymali w ryzach elektrownię która zaopatrywała w prąd jedną trzecią Vegas. Dodatkowo to przez jego łapy przechodziła cała mafijna broń. Miał wiele do powiedzenia i każdy się z nim liczył. Czuł że starzy wyjadacze tacy jak Peterson i Wang-Cho chętnie widzieli by na jego miejscu kogoś bardziej uległego. To pewnie za ich radami odmówiono mu możliwości handlu narkotykami. Trzeba mieć teraz oczy dookoła głowy. Z zamyślenia wyrwał go odgłos otwieranych drzwi.
– Szefie! Collin i Mandrov wrócili. Wpuścić??
– Odbierz od nich przesyłkę i dawaj ją tu
Po chwili na jego biurku leżała foliowa torebka z narkotykiem. Nareszcie. Nie brał tego świństwa od kilku dobrych lat, ale zdecydowanie właśnie tego teraz potrzebował. Miał nadzieję podróż w przeszłość go odpręży. Odłożył broń z powrotem do szuflady. Zażył kilka grudek i wygodnie rozsiadł się w fotelu. Narkotyczny sen nadciągał.

* * *

Niespodzianka.
Co do cholery. To nie jest przeszłość. Wokół wciąż tylko piasek i ruiny. I groteskowe karykatury ludzi dla których największym szczęściem jest kawałek szczurzego mięsa czy butelka zwietrzałego piwa. Gardził tymi stworzeniami bez przyszłości. Sam kiedyś taki był. Mocno pracował żeby się wybić. Żeby coś znaczyć. Żeby stworzyć sobie miejsce w tym chorym piekle jaki urządziły im maszyny. Odczuwał własny gniew. Nawet tu nie może uwolnić się od rzeczywistości. Znajdował się w niewielkiej alejce wciśniętej pomiędzy domy sklecone byle jak z kawałków blachy, dykty i innego śmiecia. W oddali majaczyły ruiny miasta. Nieodłączne tło ludzkiej bytności. Ruszył naprzód. Gdy udało mu się pokonać plątaninę korytarzy i w końcu wyrwał się na otwartą przestrzeń w końcu go olśniło. Był tu kiedyś, ale nie potrafi przypomnieć sobie nazwy. Czuł strach. Prosty, pierwotny, zwierzęcy strach. Stał jak skamieniały, obserwując miejsce które znał a jego mózg zalewały zakodowane wcześniej informacje. Wyrwany z połaci ruin plac pełen był gwaru kupców, podróżnych i wojskowych. Za odpowiednią cenę można było dostać tu wszystko. To Mekka Łowców i Handlarzy, punkt zaopatrzenia dla kilku garnizonów i dla pustynnych gangów plądrujących ziemie daleko na południe stąd. W tym zgiełku i hałasie nie trudno było przegapić spadającą bombę, którą zauważono dopiero gdy miała dotknąć ziemi. Mały cygarowaty pojemnik ze śmiercią spadający leniwie na spadochronie Zbiorowe przerażenie trwające ułamek sekundy. Ostry, ognisty błysk. I fala gorąca. Parzyło. Co do cholery… ja płonę, o mój Boże co za ból…

* * *

Don Callieri ocknął się na swoim fotelu. Był mokry od potu. Z nosa ciekła mu krew. Od zaciskania rąk na poręczach porobiły mu się krwawe rany. Z trudem łapał oddech.
To było przerażające. Odczuwał ból płonącego ciała. Ból śmierci. Zanim wrócił do rzeczywistości widział co wybuch zrobił z targowiskiem. Popalone stragany. Szczątki ciał na dymiących ruinach. Sadza i spalenizna. Nalał sobie wódki do szklanki. Opróżnił ją jednym porządnym łykiem. Dopiero po trzeciej kolejce poczuł się na tyle dobrze że wezwał swojego ochroniarza:
– Mario!…Mario ty sukinsynu gdzie jesteś!. Chodź tu natychmiast.
Zaniepokojony ochroniarz wbiegł do gabinetu.
– Szefie czy coś się stało. Nie wygląda pan dobrze.
– Ten towar to jakieś gówno. Cholerny psychotrop ryjący mózg. Powiedz Mandrovi że nie obchodzi mnie kto im to sprzedał. Chce mieć jego głowę. Z jabłkiem w pysku. Na moim biurku. Nikt nie będzie mnie dymał i sprzedawał mi jakieś podrabiane gówno. Nikt… zrozumiano!!! Nikt…
Don Callieri opadł bezsilnie na fotel. Alkohol zaczął działać. Wycieńczony przeżyciami zapadł w sen.

* * *

Rot stał oparty o swój samochód. Szef był z niego zadowolony. W ciągu kilku dni udało mu się sprzedać znaczne ilości Tornada, a teraz czekał na kolejną transakcję. Chyba tym cwelom w garniturach zasmakował nasz towar. Kolejne skrzynki z amunicją bardzo się przydadzą.
A oto i ich samochód…
Srebrna Toyota powoli zbliżał się do samochodu Rota. Szyba od strony kierowcy opadła na dół. Mężczyzna w garniturze wychylił się i uśmiechnął. Wyciągnął rękę. Rękę z zaciśniętą pięścią i kciukiem skierowanym ku dołowi.
Krwawe gejzery wykwitły na piersi Rota. Nie czuł jeszcze bólu. Nie miał już po prostu kontroli nad własnym ciałem które leżało teraz na ziemi kopiąc spazmatycznie nogami. Widział jak zza samochodu wybiega mężczyzna w garniturze. Automat Kałasznikowa podrygiwał w jego dłoniach w rytm stawianych w biegu kroków. Z sąsiedniego baru wybiegł Duży Micki. Jego Uzi pruło powietrze. Kilka kul trafiło w Rota. Pieprzony drągal mógłby nauczyć się strzelać. A z resztą i tak nic nie czuję. Mężczyzna przyłożył karabin do policzka.
Kilka krótkich serii. Micki to duży chłopak ale jeszcze się taki nie urodził co by wytrzymał serię z kałasza. Tak w młodości powtarzał ojciec Rota. Rot przekonywał się właśnie o prawdziwości tych słów. Nie tylko on. Czwarta z kolei seria przyjęta na klatkę przez Dużego Mickiego definitywnie zakończyła jego sprinterskie zapędy. Także jego żywot. Kierowca srebrnej Toyoty wysiadł z samochodu i podszedł do Rota. W ręku trzymał nóż.

* * *

Don Callieri w zamyśleniu przypatrywał się dwóm głowom leżącym na stalowych tacach na jego biurku. W ustach tkwiły im jabłka.

* * *

– Co ten fagas sobie myśli!!! Dałem mu chyba jasno do zrozumienia że jego ludzie mają się nie kręcić koło mojego nowego burdelu. Collin sprowadź tu jakiegoś zaufanego chłopaka, co to mniej więcej kojarzy ludzi Novaków. Daj mu dobrą giwerę, najlepiej z lunetą i niech się zaszyje gdzieś wysoko. Jak ten gnojek straci kilku ludzi może nauczy się szacunku.
Don Callieri otworzył piwo i zapalił stare, przedwojenne cygaro. Cały czas jedna myśl nie dawała mu spokoju. Co to była za osada którą odwiedził dzięki Tornado. Sprawa tak zawracała mu głowę, że od kilku dni nie mógł spokojnie zasnąć. Czas już z tym coś zrobić..
– Collin!!! Potrzebuje dowiedzieć się wszystkiego o wielkich osadach targowych leżących na północy, a zwłaszcza na północnym zachodzie. Wyślij kogoś do handlarzy. Niech popyta.
Po pół godziny wraz z Collinsem do gabinetu wszedł młody chłopaczek. Niebieskooki i niesamowicie szczupły blondyn.
– Co się dowiedziałeś młody?
-N…no więc p…panie Callieri handlarze co nieco wiedzieli. Niektórzy utrzymują łączność radiową żeby wiedzieć jakie są ceny i gdzie są braki. Popytali się trochę. Na północnym zachodzie jest kilka dużych targowisk: Junktown, Hillpost, New Denver i Riddick to największe…
Nazwy nic Callieriemu nie mówiły.
– Czy to wszystkie?
– No p…praktycznie tak p…panie Callieri. Było jeszcze jedno, ale je niedawno zniszczyli, czy coś. Moloch podobno.
– A jak się nazywało??
– Chyba Yard City…
Don Callieri zamarł. Cygaro wypadło mu z ust. Tak właśnie nazywała się ta osada w której kiedyś był z karawaną. To właśnie to miejsce odwiedził podczas narkotycznego snu.

* * *

Sytuacja nie wyglądała dobrze. Chłopak pilnujący burdel doniósł że ludzie Novaka podobno skumali się z Donem Gulliano. Coraz częściej dochodzi do poważnych rozrób. Na domiar złego Rodzina stwierdziła że nasz spór jest wewnętrzną sprawą i nie będą ingerować. Część moich chłopców musi pilnować elektrowni. No i te przeklęte Tornado… po co ja w ogóle brałem to świństwo.
Don Callieri przełknął kolejną porcję alkoholu. Skrzywił się. Wódka już dawno przestała na niego działać. Potrzebuje odprężenia. Jednak to świństwo ma cos w sobie. Może za drugim razem zadziała normalnie.
Zanim zdążył pomyśleć już siedział w swoim fotelu z dawką Tornado w ustach.

* * *

Ocknął się otoczony zielenią. Mnóstwo pnących się kłączy i gęstej roślinności. Może w końcu się udało. Raz kiedyś wylądował w starym ogrodzie botanicznym w Nowym Jorku.
Tu jednak było trochę inaczej. Zbyt dziko. Zbyt gęsto. Z trudem przedzierał się przez zieloną ścianę. W końcu usłyszał głosy. Obcy język. Prawdopodobnie hiszpański. Podążył za dźwiękiem. Udało mu się w końcu wydostać na wąską ścieżkę wyciętą w poszyciu dżungli. Neodżungli. Teraz już nie miał wątpliwości. Na końcu ścieżki zobaczył cztery osoby. Trzy kobiety i mężczyznę czyszczących maczetami starą, od dawna nie używaną ścieżkę. Nosili zwykłe płócienne ubrania. Pewnie jacyś farmerzy z Hegemonii próbują znaleźć coś ciekawego. Jedna z kobiet zeszła ze ścieżki. Nachyliła się nad pięknym fioletowym kwiatem. Trąciła go lekko ręką chcąc go powąchać. Mężczyzna – przewodnik zauważył to zbyt późno. Kwiat wypluł w stronę kobiety żrącą, mazistą substancję. Kobieta krzyczała z bólu. Jej twarz momentalnie pokryła się puchnącymi bąblami. Pozostałe kwiaty jak na sygnał wypluły zawartość swoich kielichów. Podróżnicy wili się z bólu rozdrapując paznokciami poparzone twarze. Don Callieri z przerażeniem patrzył na tę agonię. Po kilku minutach wszyscy nie żyli. Wijące pnącza powoli oplotły ciała. Rośliny mozolnie przyciągały w kierunku swoich łodyg nowe źródło cennych substancji.

* * *

Callieri leżał na podłodze. Musiał zsunąć się z fotela. Przez świetliki w dachu zauważył że już świta. Był pod wpływem tornado parę dobrych godzin. Ponownie mu się nie udało odwiedzić przeszłości. Jednak tym razem to co widział dziwnie go odprężyło. Można by powiedzieć że był nie tylko przerażony ale i zafascynowany nową wizją.
Karafka z alkoholem leżała przewrócona, a cała zawartość spłynęła na podłogę. Don Callieri podszedł do łóżka i zwalił się na nie jak kłoda. Był zmęczony. Tym razem spał dobrze.

* * *

Tydzień później sytuacja wymknęła się spod kontroli. Najpierw ktoś ostrzelał kilka jego barów i podpalił całe leżące na jego terenie osiedle. Teraz ludzie Novaka atakowali jego elektrownie. Callieri rzucał się po swoim gabinecie wydając swoim chłopcom polecenia.
– Collin bierz chłopaków i leć na ratunek. Podobno te sukinsyny zajęły jeden z generatorów.
Tylko nie rozwal całej elektrowni. Ty Mandrov leć na teren Nowaków i rozwal te pieprzone kasyno. I nie baw się. Ma być głośno i skutecznie. Weź CKMy i ręczne granatniki. Dupek mnie popamięta.
Callieri opadł zmęczony na fotel. Kilku jego ludzi chodziło leniwie przed drzwiami gabinetu. Niewielu ich tu teraz zostało. Miał już dosyć. Chwycił karafkę, ale po chwili rzucił nią o ścianę. Delikatny kryształ rozprysł się na tysiące kawałeczków. Potrzebował teraz czegoś mocniejszego niż alkohol. Odruchowo sięgnął po torebkę z Tornado.

* * *

Tym razem bez trudu rozpoznał gdzie się przeniósł. To było Vegas. Ruszył przed siebie. Ujrzał płonące osiedle. Jego własne osiedle. Rozpoznał Billa pokrzykującego i rozdzielającego ciosy przerażonym mieszkańcom biegającym z wiadrami piasku. Płomienie powoli przechodziły na sąsiednie budynki. Dorwie gnojka który jest za to odpowiedzialny. Mgnienie oka i przeniósł się w okolice elektrowni. Ludzie Novaków i Gulliano ostrzeliwali się zza samochodów z ochroną elektrowni. Z jednego z okien Collin pruł z Minimi w stronę biegnących przeciwników. Kilku z nich padło na ziemię. Callieriemu bardzo się podobały nowe możliwości. Żałował teraz że tak szybko kazał załatwić dostawcę. Teraz postanowił przenieść się do swojej bazy. Wystarczyła chwila… pod jego nogami upadł Mario. Z rany na szyj na wszystkie strony pryskała jego krew. Dwaj pozostali ochroniarze zdążyli kilka razy wystrzelić zanim padli pod gradem pocisków. Trzej kilerzy zbliżali się do jego drzwi. Musiał coś zrobić. Jego serce waliło jak młot. Musiał się obudzić!!! Gdzie jest jego broń…Przerażony poczuł że odpływa.

* * *

Don Callieri zerwał się z fotela. Jego ręka odruchowo powędrowała w stronę szuflady gdzie trzymał broń. Zamarł w połowie drogi. Ogromne jak tunel lufy obrzyna skierowane były wprost na jego twarz.
– Pozdrowienia od braci Novaków…

Dodaj komentarz