Good Morning, Moloch!

Ahoj, żołnierze! Po przerwie na obiad i małe dupczenie znów łączy się z wami Jeff Wściekły Gołąb, Święty Mikołaj waszej skołowanej podświadomości! Dzionek mieliśmy zaiście piękny, temperatura wahała się w granicach jakichś tam, wiał słaby wiaterek (chodzą słuchy, że to znów Bobby Kucharz z plutonu siódmego obżarł się fasolką), słoneczko świeciło, a po niebie zapierdalały czyjeś rakiety. Czyje? Nie wiem, pewnie Kanadyjczyków!

Zacznijmy od koncertu życzeń. Mam tutaj cztery listy – czyjeś matki, kochanki, dziewczyny, faceci (słyszałem, że major Oldwood podrywa swoich chłopców pod prysznicem – pozdrowienia dla całego oddziału!) chcą przekazać wam za moim pośrednictwem kilka ciepłych słów, jako że same lub sami (majorze, bez urazy) nie mogą się tutaj znaleźć wraz z nami, bo im, do kurwy nędzy, życie miłe. Jest też specjalne oświadczenie Gównodowodzącego Freedmana. Ups, przepraszam! Powiedziałem „gównodowodzącego”?! To, rzecz jasna, przejęzyczenie, chodziło mi o naszego kochanego Głównodowodzącego M. Freedmana, który cierpi dziś na ból małego palca u stopy, w związku z czym nie pofatyguje się do was osobiście.

Pierwszy list pochodzi od niejakiej pani A. i kierowany jest do A.C. Coldera. Czy znamy kogoś takiego? Oczywiście, że znamy… pluton drugi, jeśli mnie pamięć nie zwodzi. Uwaga, Colder, słuchaj teraz uważnie… „Kochany Pieseczku…” – pisze pani A. – „…mam nadzieję, że masz się dobrze i spełniasz swój Obywatelski Obowiązek, tak jak tego zawsze pragnąłeś. Twój Tata jest dumny i ja także. Czekamy na Ciebie niecierpliwie. Całuję za uszkiem. A.”. To wszystko… Colder, możesz wracać do swoich obowiązków… Pieseczku! Uwaga, cały pluton szczeka dla Coldera! Na dwa, na trzy, i… Aha… coś ty, chłopie, naściemniał z tym Obywatelskim Obowiązkiem? Ja bym to skrócił do O.O. A potem rozwinął jako „Obciąganie Ogóra”.

Skoro dowiedzieliśmy się już, jak wspaniałą dziewczynę ma Colder, wysłuchajmy teraz listu do niejakiego Gilberta Whitegold’a z oddziału któregoś tam. „Gilbert, ty wściekła świnio, niech cię szlag trafi, obyś umierał w najgorszych męczarniach…” Ekhem, Gilbercie, wnioskuję, że to chyba od żony…

Jeff „Wściekły Gołąb” Hastings pochodzi z Nowego Orleanu. To pięćdziesięcioletni mężczyzna rasy białej, o charakterystycznych, sięgających pasa siwych dredach. Na froncie zjawił się przed półtora roku, wraz z objazdową grupą neo-hipisów, podróżującą rozklekotanym, pomalowanym w krzykliwe kolory vanem. Jako osobnik brzydzący się wszelką bronią, złożył dowództwu dziwną propozycję. Propozycja została rozpatrzona pozytywnie…

Pierwszą audycję radia „Good Morning, Moloch!” nadano w kwietniu 2049 roku. Okazała się absolutnym szokiem. Nie wiadomo dokładnie, skąd wzięła się ta dziwaczna nazwa – Jeff wspominał o jakiejś wojnie w jakimś Wietnamie (patrzyłem na przedwojennej mapie, nie ma takiego stanu), w której rzekomo poległ jego dziadek, i o filmach poruszających problem tego konfliktu. Jakkolwiek mętne i niejasne wydawałyby się te informacje, fakty pozostają faktami: „Good Morning, Moloch!” stał się dla znacznej części żołnierzy jedynym sensem życia.

Początki nie były dla Jeffa łatwe. Zdobycie potrzebnego sprzętu wymagało licznych pertraktacji z technikami z Posterunku. Pierwszy nadajnik okazał się być zbyt słaby, by pokonać potężne zakłócenia na froncie. W końcu, problem jakoś rozwiązano, a żołnierze masowo zaczęli zaopatrywać się w odbiorniki radiowe. Czy to w koszarach w Denver, czy to w samym środku walki, przyjemnie było (i jest!) posłuchać sobie tego wiecznego optymisty…

Jeff „Wściekły Gołąb” Hastings pochodzi z Nowego Orleanu. To pięćdziesięcioletni mężczyzna rasy białej, o charakterystycznych, sięgających pasa siwych dredach. Na froncie zjawił się przed półtora roku, wraz z objazdową grupą neo-hipisów, podróżującą rozklekotanym, pomalowanym w krzykliwe kolory vanem. Jako osobnik brzydzący się wszelką bronią, złożył dowództwu dziwną propozycję. Propozycja została rozpatrzona pozytywnie…

Pierwszą audycję radia „Good Morning, Moloch!” nadano w kwietniu 2049 roku. Okazała się absolutnym szokiem. Nie wiadomo dokładnie, skąd wzięła się ta dziwaczna nazwa – Jeff wspominał o jakiejś wojnie w jakimś Wietnamie (patrzyłem na przedwojennej mapie, nie ma takiego stanu), w której rzekomo poległ jego dziadek, i o filmach poruszających problem tego konfliktu. Jakkolwiek mętne i niejasne wydawałyby się te informacje, fakty pozostają faktami: „Good Morning, Moloch!” stał się dla znacznej części żołnierzy jedynym sensem życia.

Początki nie były dla Jeffa łatwe. Zdobycie potrzebnego sprzętu wymagało licznych pertraktacji z technikami z Posterunku. Pierwszy nadajnik okazał się być zbyt słaby, by pokonać potężne zakłócenia na froncie. W końcu, problem jakoś rozwiązano, a żołnierze masowo zaczęli zaopatrywać się w odbiorniki radiowe. Czy to w koszarach w Denver, czy to w samym środku walki, przyjemnie było (i jest!) posłuchać sobie tego wiecznego optymisty…

Jeffrey Hastings to świetny mówca. To zauważy każdy, po wysłuchaniu choć jednej audycji. Potrafi zmobilizować, rozbawić, wzruszyć, zagrzać do walki… Przywrócić wiarę i nadzieję. Ma w sobie coś z kaznodziei, bo – jakby na to nie spojrzeć – nawraca. Różnica polega jednak na tym, iż Wściekły Gołąb nawraca na jakąkolwiek Wiarę. Wyznaje zasadę, że nie ważne jest to, w co się wierzy, tylko sama istota i ranga wiary. I to skutkuje.

Przed wojną powiedziano by, iż Jeff wykreował sobie bardzo dobry wizerunek medialny. Znają go i szanują wszyscy, bo jego rola nie ogranicza się tylko do suchych audycji radiowych. Chcąc pokazać swoje przywiązanie i miłość do wszystkich żołnierzy, sam bardzo często zjawia się w środku pola walki, stojąc na dachu swojego vana i zdzierając gardło przez zwykły megafon. Wtedy on – i tylko on – jest na froncie dowódcą. Otoczony łuną ognia jak aureolą przypomina fanatyka religijnego, szarżującego na armię niewiernych. Może to zresztą całkiem trafne porównanie…

Ciekawostką, a może nawet zagadką, jest stosunek dowództwa do radia „Good Morning, Moloch!”, Jeffreya i jego świty. Niemalże w każdej swojej audycji Jeff obrzuca dowództwo błotem, wyśmiewa je, lekceważy i prawie podburza przeciwko niemu armię. Mimo to, wciąż jest tolerowany. Może to już tylko kwestia czasu? A może korzyści płynące z audycji Wściekłego Gołębia są większe? A może to jakiś specjalny chwyt psychologiczny zaproponowany przez samą „admiralicję”? Nie wiadomo, przeciętnego człowieka zaś ta kwestia i tak nie zainteresuje. Niektórych spraw nie powinno się po prostu wywlekać na światło dzienne.

A wiedzieliście, że mamy na froncie poetę?! Przyszedł dziś do mnie rano i prosił, żeby przeczytać kilka jego wierszy na antenie. Prosił też, żeby nie podawać nazwiska, więc nikomu nie powiem, że to Aaron Smith z plutonu ósmego. A wiedzieć musicie, że wspieram każdy przebłysk kultury podczas wojny! To bardzo ważne! To utrzymuje w nas człowieczeństwo! Nie wahajcie się, jeśli potraficie coś, czego nie potrafią inni. Piszesz? Wal prosto do Jeffa Wściekłego Gołębia. Potrafisz śpiewać albo grać na gitarze? Szukaj kolorowego vana, czyli jedynego samochodu w okolicy, który nie wygląda jak puszka ze smarem. Ale dość pieprzenia, posłuchajmy prawdziwej poezji…

Big Bang – reloaded

Gwiazda za gwiazdą roztapia się niebo
w mikrofalówce nowego świata

Kropla za kroplą z chmur kapią
bogowie chorzy na klaustrofobię

Płyta po płycie rozsypały się
nekropolie z elektrycznymi zniczami

Big Bang po raz drugi

i tylko noworodki leżą cicho w łóżeczkach,
ukołysane do snu wiecznego

Cyrk grozy

Płótno kolorowe
na stu słupach
rozciągnięto
Szelest
o pokój
echem zamknięto
Psy w
butach
zgryzą piszczele

W głębinach nowoczesnego piekła

matki o pustych oczach skrywają w kołyskach
stalowe demony. Kiedy nikt nie patrzy,
śpiewają im kołysanki

Demiurg, chyba zazdrosny
zakonserwowani krzyżowcy
sokoły opatrzone numerkiem
i brokuły z karabinami
zaczynają krucjatę

w głębinach nowoczesnego piekła
giną matki o zimnych oczach
stalowe dzieciątka
Demiurg wychowa w swym
sierocińcu

…no i tyle poezji. Co to, kurwa, jest Demiurg? Odpowiedzi prosimy nadsyłać do końca miesiąca, autor teorii najbliższej prawdzie zdobędzie główną nagrodę, czyli debiutancki tomik poezji Aarona Smitha. Swoją drogą, ciekawe, czy wszystkie wiersze pisze w podobnym nastroju…?

No dobra, ale ja się tu już za dużo rozgadałem. Czas zwilżyć wargi i napełnić brzucho. Zna ktoś jakąś porządną restaurację w pobliżu? Dajcie znać szybko! Aha, dzisiaj coś nowego, nie myślcie, że zostawię was samych. Rano wpadły mi w ręce płyty z przedwojenną muzyczką. Co my tu mamy… Bob Marley, Eminem i Martin Luter King. Eminem odpada, bo to białas, a M.L. King nie śpiewał, z tego co mi wiadomo. Czyli zostaje Marley… Załóżcie słuchawki, moi kochani, bo to nie jest zwyczajna muzyka… To prawdziwe hymny życia!

Tak, jak słyszycie, monologi Jeffa to nie wszystko, co można usłyszeć w „Good Morning, Moloch!”. Wiersze, muzyka, listy, ogłoszenia… Wszystko w jednym garnku. Można się zasłuchać… Audycje nigdy nie są nudne. Tego zarzucić im nie można. Choć, nie wiadomo, ile w tym wszystkim fałszu, a ile prawdy. Bo kto sprawdzi, czy listy do żołnierzy pochodzą faktycznie od ich matek i kochanek? Jeffrey ma świetne ucho i bystry umysł, wystarczy kilka zasłyszanych opowieści, i sam splecie z tego pół setki historii. Jak Aaron Smith przekona innych, że nigdy w życiu nie pisał wierszy? Ludzie uwierzą, tak czy inaczej, Jeffowi. Bo zaufanie to jedna z tych rzeczy, na którą Jeffrey Hastings kładzie największy nacisk, i – kto wie – być może wykorzystuje je w odpowiedni sposób?

…posłuchaliście sobie już Marleya? Wszyscy jesteśmy teraz dziećmi Jaha? Dlaczego nie słyszę chóralnej odpowiedzi „TAK”?! Eee, tacy z was koneserzy, jak ze mnie Puszka Pandory. Właśnie, znacie kawał o dwóch Puszkach? Nie? No to nawijam:

Spotykają się dwie Puszki Pandory. Jedna mówi:

– Cześć. Opowiedzieć ci kawał?

– No, słucham.

Pierwsza opowiedziała kawał, a druga pierdolnęła za śmiechu.

No dobra, wiem, że słaby, ale innych na razie mi brakuje, bo Freedman nie napisał od rana ani jednego napuszonego przemówienia. Ten tego, za to jutro przyjeżdża do nas Salon Pani Alice. Wiecie co to oznacza, chłopcy? Wszyscy chwytać brzytwy, mydło i szczoteczki do zębów! Jeffrey Wściekły Gołąb radzi – dziewczynki wolą zadbanych i czystych przystojniaków niż chodzące kołtuny, które od końskiego łajna wyróżnia wyłącznie przynależność do Armii Stanów Rozpierdolonych Ameryki… A jak już będziecie czyści i pachnący, to idźcie tam, i pokażcie, który oddział może się pochwalić największymi pałami! Sprawcie się i nie przynieście mi wstydu!

Z kolorowego vana mówił dla państwa Jeffrey „Wściekły Gołąb” Hastings.

Koniec audycji.

One comment

  • 27 września 2014 - 01:19 | Permalink

    Nie mam pojęcia, co to tak właściwie było i jak się znalazło w tym dziale. Ale mi się podobało.

    „Gwiazda za gwiazdą roztapia się niebo
    w mikrofalówce nowego świata”
    Zgrabne.

    „Spotykają się dwie Puszki Pandory. Jedna mówi:
    – Cześć. Opowiedzieć ci kawał?
    – No, słucham.
    Pierwsza opowiedziała kawał, a druga pierdolnęła za śmiechu.”
    To jest oficjalnie gorsze niż suchary z serii „dlaczego Lepper nie jeździ na rowerze”. Głupie, bez sensu, bez puenty, a i tak śmieszne jak skurwysyn.

    „Whitegold’a”
    Zbędny apostrof.

  • Dodaj komentarz