Lekcja

Pierwsze, co poczuła, to ból pośladków. Na wprost turkotała cicho zwalniająca coraz bardziej bieżnia. Siedziała na zimnej posadzce w pokoju wyglądającym na siłownię. Jednak był to pokój jakiegoś domu, a nie publiczna siłka. Gdzieś z dołu dolatywały stłumione dźwięki muzyki. Dochodziły ze słuchawek discmena, który musiał wypaść kiedy spadła z bieżni. Podniosła się i rozmasowała bolące miejsce. Na jednej ze ścian wisiało ogromne lustro, podeszła bliżej by się dokładnie obejrzeć. Młoda kobieta ubrana w leginsy i luźny t-shirt. Blondynka, uczesana w ciasny kok. Wąskie usta, stalowozimne oczy. Wyprostowana postawa, długie zgrabne nogi, wypielęgnowane dłonie. Ciekawe – pomyślała. Ruszyła na oględziny domu. Przechodząc do ogromnego salonu w oknie zobaczyła dachy budynków. Hoho nieźle mi się trafiła – zagwizdała pod nosem – jakaś nadziana. Po chwili znalazła garderobę. No tak, same kostiumy, żakiety, białe bluzeczki i… co to do cholery jest? Sięgnęła po wieszak, na którym zawisało coś nieokreślonych kształtów, jakieś paski, sprzączki. Czarny lateks. Zachichotała, kiedy zorientowała się gdzie jest góra tego… stroju. Widać jakiś pieprzony japiszon. Trudno, nie ma co narzekać. Dobrze przynajmniej, że ma pieniądze. Wybrała z szafy jakiś przeciętny komplet i poszła do łazienki się odświeżyć. Kiedy skończyła toaletę, przeszukała apartament, znalazła masę papierów, notesów, trzy laptopy, pięć komórek, które wszystkie skrzętnie wyłączyła, jeszcze parę erotycznych gadżetów i w końcu kopertę z gotówką. Dobre kilka tysięcy, jest za co zaszaleć – ucieszyła się w myśli. Ale nie po to tu przybyła. Siadła przy jednym z komputerów, odpaliła internet i po chwili znalazła to, czego szukała. No to w drogę! Dokończyła się pakować i ze sportową torbą na ramieniu ruszyła do drzwi. Dziś zjem śniadanie w najlepszej restauracji w mieście – postanowiła, zjeżdżając złotą windą na parter.

Śniadanie było wspaniałe. Objadła się nieprzyzwoicie, jednak po zobaczeniu rachunku stwierdziła, że gdyby chciała tak jeść każdy posiłek, nie przetrwałaby nawet weekendu. Posiedziała jeszcze chwilę, rozkoszując się wyśmienitą kawą, po czym wyszła i złapała taksówkę. Obrała kurs, po kilkunastu minutach kierowca zatrzymał się przed dość starym budynkiem stylizowanym na chińską pagodę. Zapłaciła i weszła przez główną bramę. Długi korytarz rozwidlał się na dwie strony. Z lewej dochodziły odgłosy ćwiczących, z prawej zauważyła szatnie. Weszła do przebieralni, szybko ubrała się w luźne lniane spodnie i podobną koszulę. Szpilki zamieniła na klapki i pobiegła do sali ćwiczeń. Przed rozsuwanymi na boki drzwiami zrzuciła obuwie i wkroczywszy do środka, wykonała ukłon w stronę zawieszonej na ścianie flagi, drugi w kierunku dojo, a trzeci w stronę tłumaczącego coś zebranym starszego mężczyzny, który teraz przyglądał jej się bacznie. Kiedy się podnosiła zauważyła, że mistrz odpowiedział jej ukłonem i zaprosił gestem, by dołączyła do ćwiczących. Byli akurat w trakcie rozgrzewki, udało się jej zdążyć na początek zajęć. Znalazła sobie miejsce i od razu zaczęła. Pierwsze ćwiczenia wykonała bez zadyszki, jednak intensywniejsze rozciąganie sprawiło kilka problemów, ale już po chwili przestała czuć ból w stawach. Dzięki Bogu panienka, jaką „zajmowała”, nie zaniechała ćwiczeń. Kilka razy zauważyła jak mistrz przygląda się jej przez chwilę, po czym wraca do innego ucznia, by pomóc w jakimś ćwiczeniu. W końcu przyszła pora na kata. Wszyscy ustawili się w rzędach, mistrz na środku sali. Pokazywał wolno kolejne pozycje nóg i rąk oraz ustawienie ciała, tak by reszta mogła dokładnie śledzić jego ruchy i je powtarzać. Wolne sekwencje szły jej nieźle. Większość doskonale znała, kilka zobaczyła po raz pierwszy. Ale kata to proste kombinacje, ciosy wymierzane w pustkę, nie mogła się już doczekać ćwiczeń w parach. Po pół godzinie powtarzania ruchów mistrz zarządził krótka przerwę. Pobiegła szybko do szatni napić się wody, była już nieźle spocona, a to dopiero połowa treningu.

Wróciła do sali. Niektórzy z uczniów siedzieli na parkiecie, kilku rozmawiało w grupkach. Mistrz siedział na środku w pozycji lotosu z zamkniętymi oczami. Po pięciu minutach wstał. Na sali zrobiło się cicho i wszyscy wrócili do szeregów. Mistrz ogłosił ćwiczenia w parach, nakazał wypróbować poznane dziś kata. Czarna rozejrzała się i zobaczyła obok siebie wysokiego młodzieńca. Szerokie bary, umięśnione łydki. Świetnie – pomyślała – ten się nada. Z pewną miną stanęła naprzeciwko mężczyzny i pokłoniła się. Gdy ten oddał ukłon zaatakowała szybką serią naprzemiennych ciosów rękami i nogami. Jednak już przy pierwszym obrocie przeciwnik złapał jej nogę i bez wysiłku ją przewrócił. Wstała szybko, zaskoczona. Mężczyzna uśmiechnął się i skłonił. Tym razem ona oddała ukłon i stanęła w pozycji bojowej. Przeciwnik zrobił krok do przodu, ruchem bioder zamarkował kopnięcie z lewej, po czym wyprowadził cios z prawej. Mimo że dokładnie wiedziała, co chce zrobić, nie zdążyła przenieść ciężaru ciała i znów wylądowała na deskach. Fuknęła ze złością, kiedy ten podał jej rękę w geście pomocy. Wstała i po kolejnej wymianie ciosów znów wylądowała na deskach. Leżała na plecach, zastanawiając się, co się dzieje. Widziała każdy ruch przeciwnika, znała jego zamiary i sposób obrony, jednak ciało nie chciało jej słuchać. Oczyściła umysł. Prawowita właścicielka nie znała sztuk walki. Jej ciało reagowało instynktownie. Musiała nadać mięśniom wolę swojego umysłu. Wstała pokłoniła się mężczyźnie i przeprosiła na chwilę. Usiadła pod ściana w pozycji lotosu by jeszcze raz zebrać myśli, skupić się na kolejnych sekwencjach walki, wyobrazić sobie wszystkie ruchy krok po kroku, tak by przy kolejnym starciu sterować jedynie własną wolą i nie dopuszczać instynktownych reakcji mięśni, które nie raz pomagały jej w jej własnym ciele, ale nie teraz.

Po chwili wstała. Podeszła do mężczyzny, z którym walczyła wcześniej, stał z boku i ćwiczył sam. Pokłonili się sobie ponownie. Mężczyzna wyprowadził prosty cios pięścią, gładko zeszła z jej drogi, przesuwając stopę zablokowała kopnięcie, wyrzucając obie dłonie do przodu odepchnęła przeciwnika, odbiła dłonie, którymi próbował ja złapać padając na plecy i cofnęła się, stając w pozycji wyjściowej. Mężczyzna popatrzył na nią ze zdziwieniem, leżąc na parkiecie. Wybił się sprężynką do pozycji stojącej i szybko natarł kopnięciem z obrotu. Czarna schyliła się wchodząc pod cios, złapała nogę i przerzuciła nad sobą niemal dwa razy cięższego mężczyznę. Wylądował na kolanach od razu wyrzucił nogę do tyłu, jednak kobieta znów ją pochwyciła i wykręcając położyła mężczyznę na plecach. Zobaczyła, że kilka par przygląda się jej z zainteresowaniem. Obserwował ją również mistrz. Skupiła uwagę ponownie na przeciwniku, który stał już gotowy do ataku. Ruszyła pierwsza. Uniosła nogę i szybko opuściła ją z tupnięciem, mężczyzna zasłonił się rękoma chroniąc podbrzusze jednak dostał pięścią w mostek. Targnął się i na odlew próbował uderzenia kantem dłoni, jednak Czarna przechwyciła ją, wykręciła i obracającego się już w jej mocy mężczyznę podcięła ciosem pod kolano. Mężczyzna klęknął i jęknął. Puściła go. Wstał z ociąganiem. Pokłonił się i podziękował za walkę, tłumiąc w sobie źle ukrywany gniew. Odszedł szybkim krokiem na drugą część sali. Podszedł do niej mistrz.

– Dobre uniki, jednak ten ostatni zwód był za wolny, tupnięcie to dobra metoda na słabych przeciwników, ale gdyby pani partner był szybszy, na nic by się to zdało – spokojnym głosem rzekł starszy Japończyk.
– Dziękuje sensei. Będę pamiętać.
– Niech pani ćwiczy dalej i… – zawahał się moment – gdyby pani mogła zostać chwilkę po zajęciach. – Zdziwiła się lekko, jednak przytaknęła.

Mistrz wrócił na środek Sali i przywołał uczniów. Zaczął prezentować kolejne formy ataku i obrony na niektórych z obecnych. Kilka upadków spowodowało krótkie salwy śmiechu, jednak ci, którzy śmiali się najgłośniej, zapraszani byli jako modele do następnych pokazów. Czarna kilka razy zgłaszała się jako sparing-partnerka jednak mistrz ewidentnie ją ignorował.

Następny etap zajęć przewidywał pracę na poszczególnych partiach mięśni. Z zainteresowaniem chłonęła wskazówki co do rodzaju ćwiczeń, już teraz planując dokładnie zapoznać z nimi swoje własne ciało po powrocie. Na tę myśl posmutniała. Na chwilę zatrzymała się i spojrzała na grupę ćwiczących ludzi. Każdy z nich musiał umrzeć. Wszyscy mają jakieś swoje życie, marzenia, plany. Dziś wieczorem będzie im to na zawsze odebrane. Potrząsnęła głową by odegnać złe myśli. Teraz jeszcze jest czas, by cieszyć się tym każdą chwilą. Na smutek i łzy będzie jeszcze pora. Wróciła do gimnastyki z nowa energią. Władając całe serce w każdy ruch. Całe zmęczenie i ból odeszły jak po dotknięciu czarodziejskiej różdżki.

Nawet nie zauważyła, kiedy zajęcia się skończyły. Było już późne popołudnie, sala niemal opustoszała. Po pierwszej grupie przyszła druga. Teraz ostatnie osoby z trzeciej opuszczały dojo. Jakaś para, śmiejąc się, ćwiczyła przerzuty. Inna, wychodząc, trzymała się za ręce. Trójka chłopców żegnała się z mistrzem. W końcu została sama. Usiadła na deskach parkietu w pozycji lotosu. Po kilku minutach do sali wszedł stary Japończyk. Podszedł do niej, pokłonił się i wypowiedział kilka słów. Język przypominał japoński, jednak nic nie zrozumiała. Wprawdzie nie władała japońskim, znała tylko kilka zwrotów, ale potrafiłaby rozpoznać Japoński, Chiński czy Wietnamski. Tego dialektu nie potrafiła zaklasyfikować.

– Przykro mi, ale nie rozumiem – odparła ze smutkiem po angielsku i rozłożyła ręce.
– Wybacz. Zapytałem czy jesteś yurei. – mistrz miał spokojny, łagodny głos. Spoglądał na kobietę z lekkim zaciekawieniem, którego nie próbował ukryć.
– Zaraz, znam to słowo – przywołała w pamięci wszelkie informacje na temat Japonii, z oceanów informacji zgromadzonych w jej umyśle niczym wyspa wyłoniły się słowa i obrazy dotyczące kosmologii Kraju Kwitnącej Wiśni. Zaczęła oddzielać chwasty i śmiecie swej pamięci od wartościowych informacji. W końcu znalazła pasujące słowo. Zaśmiała się perliście.
– Nie mistrzu, nie jestem duchem, nie przybywam z do tego świata z przeszłości. Skąd ten pomysł?
– Wybacz pani, ale obserwowałem cię w czasie zajęć – japończyk złożył przepraszający ukłon – widziałem, jak walczysz. Wyglądałaś, jak byś przypominała sobie, co należy robić po kolei. Jak byś musiała zmuszać swój umysł by nie zważał na pragnienia ciała. Walka obnaża duszę wojownika przed oczyma tych, którzy potrafią patrzeć. Ja widzę w tobie dwie dusze. – Zawahał się sekundę – Dlatego pomyślałem, iż jesteś yurei, pani. Pomyślałem, że Fortuny sprowadziły cię pod mój dach, bym ci pomógł dokończyć sprawy z poprzedniego życia. – Czarna zaśmiała się, przez co staruszek zmieszał się – Czy uraziłem cię czymś, pani?
– Och nie, wybacz sensei. Naprawdę nie jestem yurei i zdecydowanie nie jestem martwa. I proszę, mów mi Czarna.
– Dziękuję Czarna-sama, jestem Daidoji Otako. – Japończyk znów pokłonił się głęboko, kobieta odpowiedział tak samo – Czy nie urażę cię, jeśli spytam o naturę zjawiska, jakie moje stare oczy zobaczyły w tobie Czarna-sama? Kobieta milczała dłuższą chwilę, spojrzała w stronę okien, słońce chyliło się już ku zachodowi. Nie zostało wiele czasu, jednak nie miała żadnych innych planów, a ta rozmowa niezwykle ją zaciekawiła. Nikt jeszcze nie zobaczył w niej czegoś takiego.
– Nie, Otako-san, spróbuję ci wyjaśnić tyle, ile mogę – odpowiedziała w końcu.
– Zapraszam, więc do altany na herbatę.

Zaprowadził ją przez rozsuwane, drewniane drzwi do niewielkiego ogrodu otoczonego z czterech stron murami budynku. Krocząc żwirowaną alejką usłyszała cichy szum wody i delikatne stuknięcia bambusowej tykwy, która po napełnieniu się wodą wylewała swą zawartość do malutkiego oczka, po czym wracała do pionu by znów napełniać się wodą wytryskująca ze skały. Na środki ogrodu stała drewniana altana. Na podłodze rozłożone były poduszki a centralne miejsce zajmował zestaw do parzenia herbaty. Usiedli oboje naprzeciwko siebie. Przez kilka minut Daidoji Otako zajmował się parzeniem herbaty. Jak zauważyła Czarna, nie dopełnił całej ceremonii. Widać śpieszno mu było do usłyszenia jej wyjaśnień. Ciekawe, czy zauważył jej nerwowe spojrzenia na chylące się ku horyzontowi słońce. Czas uciekał. Przyjęła czarkę herbaty i upiła łyk gorącego napoju.

– Wybacz Otako-san, że się zaśmiałam na twoje słowa. – bez wstępu zaczęła mówić – Rozbawił mnie pomysł, że to ja jestem martwa. – Kobieta uśmiechnęła się smutno. – Widzisz, prawda jest taka, że cały ten świat nie żyje. I to od trzydziestu lat.
– Co to znaczy, Czarna-sama? Nie rozumiem. – Staruszek był wyraźnie stropiony.
– Przybywam tutaj, jeśli można tak powiedzieć, z przyszłości. Lecz tak naprawdę ten świat jest tylko ułudą, narkotyczną wizją, jakiej poddaje się mój umysł. Oznacza to tyle, wybacz, że ty i wszyscy otaczający cię ludzie jesteście duchami. Zjawami, mirażami, moim snem.

Mistrz zasępił się w rozmyślaniach. Chwile milczenia przedłużały się.

– Trudno mi to pojąć, Czarna-sama. Żyję na tym świecie już długie lata. Mam wspomnienia, pamięć, wiedzę. Czy to również jest ułuda?
– Za kilka chwil świat ogarnie wielka wojna. Nuklearny holocaust. Większość ludzi zginie. Ziemia pogrąży się apokalipsie. – Kobieta mówiła szybko i ostro – Wiem to, bo przeżywałem to już setki razy. Po wojnie, którą wywołały maszyny, a może ludzie, to nie ma znaczenia, pojawił się specyfik. Narkotyk zwany Tornado. Pozwala zażywającym go przenieść się do świata sprzed zagłady. Człowiek dostaje kilka, czasem kilkanaście godzin w ciele kogoś z tamtych czasów. Może poruszać się, mówić, robić, co chce. Oczywiście w granicach ludzkich możliwości. Jednak dzień kończy się zawsze tak samo. Spadają bomby. A rano budzę się z cholernym bólem głowy. To tylko haj, narkotyczne majaki. Nie prawdziwe życie.
– Skąd wiesz Czarna-sama czy naprawdę nie cofasz się do tego dnia. Może to dar do bogów, by ludzie mogli zmienić swoją przyszłość?
– Ha! Wielu próbowało. Oczywiście nic nie da się zrobić, bo to nie jest cudowny wehikuł czasu. Chyba każdy, kto brał Tornado, choć raz spróbował zakopać jakiś przedmiot w swej wizji, a potem odkopać go po powrocie do domu. – Kobieta wpadała w coraz gorszy nastrój. Po co zgodziła się na tę rozmowę?
– A nie zastanawiałaś się, Czarna-sama, czy może to tutaj nie jest ten prawdziwy świat, a ta przyszłość jest jedynie ułudą? – Staruszek nie dawał za wygraną.
– Naprawdę wiele bym dała, żeby tak było. Czy wyobrażasz sobie, co oznacza niemal codziennie oglądać śmierć milionów ludzi i mimo że zdaję sobie sprawę, że to tylko bad trip, nie wiadomo dlaczego zaprogramowany w te pieprzone czarne pigułki, to i tak przeżywam to wciąż na nowo z tą samą siłą? Do tego nie da się przyzwyczaić. – Czarna niemal krzyczała.
– Nie, nie wiem, co to oznacza, nie potrafię sobie wyobrazić ogromu twego bólu. Ale dlaczego bierzesz ten narkotyk skoro sprawi ci on ból? – Japończyk niezrażony uniesionym głosem kobiety dopytywał się dalej.

Czarna otworzyła usta, by rzucić jakaś ciętą odpowiedź, jednak zamknęła je i spuściła wzrok z rezygnacją, może smutkiem. Potrząsnęła głową i uśmiechnęła się blado.

– Nie wiem, sensei. Może po prostu tak samo jak tysiące innych wciąż mam nadzieję, że jednak uda się kiedyś coś zmienić, albo obudzić i stwierdzić, że cały tamten zniszczony świat był tylko chorym snem? Albo, że po zachodzie nadejdzie nowy dzień, a ja obudzę się w tym samym miejscu, w nowym ciele, nie będę musiała wracać do koszmaru, który jest moją rzeczywistością? Eh – żachnęła się – bzdury. To się nigdy nie stanie. – Spojrzała na krwistą barwę zachodniego nieba – czas się kończy. Żegnaj Otak-san, nie spotkamy się już.
– Może jednak Fortuny postanowią inaczej. Nie znamy ich zamysłów wobec nas. Może to spotkanie miało coś spowodować, jakoś zaowocować.
– Raczej miało mnie podręczyć. Czarny Wiatr znowu prowadzi swoje sadystyczne gierki.

Uniosła czarkę herbaty dopijając ostatni łyk. Taflę wodnego oczka zmarszczyły gęsto rozchodzące się kręgi.

Obudziła się, jak zwykle czując obrzydliwy smak w ustach. Wyschnięte gardło wołało o łyk wody. Na szczęście jak zawsze zostawiła butelkę chłodnego płynu obok barłogu, z którego powoli się podnosiła. Wierzchem dłoni przetarła sklejone oczy. Poczuła wilgoć wysychających łez. Splunęła przekleństwem i zaczęła anemicznie zbierać się do wyjścia. Pod powiekami wciąż miała obraz zatroskanej twarzy starego Japończyka. Potrząsnęła głową, by odrzucić tą wizje i przywołać prawdziwy cel swojej wizyty w narkotycznym świecie. Musiała dokładnie zapamiętać to, czego się nauczyła w czasie tego krótkiego dnia. Dokładnie wyliczyła kolejne ćwiczenia i kata, niczym komputer instalując je na twardym dysku swej fotograficznej pamięci. Nie przerwała mechanicznych ruchów wciągania spodni i pakowania plecaka na te rozmyślania. Po chwili była już gotowa.

Gdy dotarła w końcu do miasta, bolały ją wszystkie mięśnie. Czuła każdą, najmniejszą cząsteczkę swego ciała. Zbliżało się późne popołudnie. Dawno już tak długo nie trwała jej droga powrotna z kryjówki. Zanim dojdzie do domu między tymi wszystkimi straganami, plamami błota, kładkami i całym morzem ludzi, będzie już pewnie ciemna noc. Spróbowała przyśpieszyć kroku i skręciła w plątaninę zaułków, by skrócić sobie drogę. Wolała nie chodzić sama po zmroku, nie w takim stanie. Kiedy z cienia wysunęły się trzy cienie, przyklęknęła samą siebie za wykrakanie.

– Hej, chłopaki, patrzcie, co tu mamy – jeden z wyrostków z obleśnym uśmiechem i gazrurką w rękach wysunął się na przód. – Zabawimy się laleczko? Ściągaj szmatki i wszystkie Gamble po dobroci, to może też będziesz z tego miała jakaś przyjemność, hłe, hłe, hłe.

Czarna oceniła sytuację. Gaduła szedł prosto na nią, nonszalancko wywijając gazrurką młynki. Jego dwóch kompanów chyba nie było w nastroju do rozmów. Jeden wyglądający może na siedemnaście lat, wpatrywał się intensywnie w biust kobiety i chyba poślinił już sobie całą brodę. Drugi, najstarszy, z głęboką blizną na policzku wyciągnął długi rzeźnicki nóż i prawdopodobnie szykował się na szybkie załatwienie sprawy. Uliczny weteran, najgroźniejszy z nich – oceniła. Kątem oka zobaczyła, jak wlot uliczki zasłonił jakiś kształt, lektyka, czy coś w tym rodzaju. Nie miała jednak czasu na dłuższe oględziny.

– No co cię, laluniu, tak zamurowało? Pokazuj cycki i dupa do góry, bo dostaniesz żelazem pod żebra i gówno będziesz mia…
– Zamknij się wreszcie – przerwał mu mężczyzna z blizną. Odwrócił się na sekundę do gaduły, wtedy Czarna błyskawicznym ruchem wyciągnęła lekki nóż i rzuciła. Bliznowaty charcząc osunął się na ziemię. Jeszcze dwóch.
– Co, do kurwy nędzy? – gaduła cofnął się pół kroku, wybałuszył oczy po czym rzucił się na bezbronną już kobietę. Czarna przyjęła postawę i kiedy broń wznosiła się do uderzenie, szybkim ruchem wsadziła swą drobną pięść pod mostek napastnika. Ten zgiął się wpół i nadział szczęką na kolano. Nagle poczuła ból w plecach. Okazało się, że młodzik nie spanikował i teraz od tyłu zamierzał się baseballem do kolejnego uderzenia. Kobieta przeturlała się przez ramię unikając ciosu. Kij trafił w głowę gaduły, wyłączając go kompletnie z akcji. Szybko stanęła w pozycji obronnej. Młodzik natarł trzymając kij oburącz nad głową. Żebra bolały niemiłosiernie, pewnie co najmniej dwa złamane. Zajmie się tym później. Wystąpiła pół kroku do przodu, by znaleźć się w odpowiedniej odległości, i kiedy kij opadał pionowo, okręciła się wokół toru jego lotu, uderzając chłopaka kłykciami w biceps. Baseball upadł na ziemię. Czarna próbowała jeszcze na odlew trafić kantem dłoni, ale chłopakowi udało się odskoczyć. Stanęli naprzeciwko siebie uniesionymi pięściami. Nie czekać! – Czarna ruszyła na przód, uniosła nogę do kopnięcia po czym tupnęła o ziemię, chłopak zasłonił rękoma podbrzusze opuszczając gardę. Kobieta błyskawicznie wyprowadziła prosty cios wyprostowanymi palcami w krtań. Młodzik zacharczał i upadł. Jeden kopniak w kark zakończył sprawę. Czarna rozejrzała się w poszukiwaniu następnych przeciwników, jednak nikt nie nadchodził. Rzuciła okiem na wylot z uliczki. Lektyka ciągle tam stała. Zobaczyła teraz, że wewnątrz siedzi jakiś mały, pomarszczony staruszek. Zanim postanowiła, co robić, starzec odezwał się.

– Dobre uniki, jednak ten ostatni zwód był za wolny, tupnięcie do dobra metoda na słabych przeciwników, ale gdyby ten młodzieniec był szybszy na nic by się to zdało.

Czarna wstrzymała oddech. To niemożliwe. To naprawdę niemożliwe. Kto to jest, czyżby? Nie. Przecież… – myśli szalały. Kompletnie wytrącona z równowagi, zapomniała o palącym bólu w plecach.

– Musisz jeszcze poćwiczyć. Powodzenia Czarna-sama – stary Japończyk zasłonił kotary lektyki, która ruszyła w tłum głównej ulicy. Czarna chciała pobiec i zatrzymać starca, jednak żebra przypomniały o sobie i wylądowała na czworakach. Uniosła głowę, by zobaczyć choć kierunek, w którym zmierza lektyka, lecz zaułek pozostał pusty.

Autor: Tomasz „Trip” Polak
tekst pierwotnie opublikowany w czasopiśmie Gwiezdny Pirat (nr 24)

Ten artykuł został pierwotnie opublikowany w czasopiśmie Gwiezdny Pirat,
wydawanym przez Wydawnictwo Portal (czyli autorów Neuroshimy).
Dziękujemy za zgodę na publikację i zapraszamy na stronę PortalGames.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.