Izariasz. Historia niespełnionej zemsty

Dla Moniki,
Bo pisząc ten tekst,
Patrzyłem na twoje zdjęcie,
Moja największa skarbnico weny.

No widzisz, mówiłem, że jak postawisz mi kolejkę, to rozmowa pójdzie jak po maśle. Trochę się czepiałeś tej gumki na ręce, ale ona ma wartość sentymentalną. A gdybyś ją ruszył, no to pewno nie oddychałbyś już przez nos – jeśli w ogóle byś oddychał.

Dobra, może przesadziłem. Nie leje gości bez powodu. Ale jestem niekiedy porywczy, stary. Zresztą nie każdemu cwaniakowi pozwolę sobie postawić browca. Widzę, że jesteś twardy kloc, ale na północy byś się bardziej przydał. Bo widzisz, Moloch nawet z technika potrafi zrobić… hm… żołnierza, jak ze mnie – a ty masz predyspozycję już na wejściu by założyć kilka PMek i wycinać mutków. Dobra, browar się skończył, skocz po jeszcze to coś ci może opowiem.

O, widzę że znasz moją dewizę: im większy kufel, tym lepsze piwo. Respekt dla ciebie. Zresztą wasz Nowy Jork przypomina mi miasto sprzed wojny, stary – i to plusior dla was. Jesteście na dobrej drodze do cywilizacji. Ale skąd jak wiem, jak było przed wojną i w ogóle? No dobra, skoro muszę…

Kiedyś widziałem na przedwojennej kasecie video fajną reklamę. Wychodził tam taki cieć i mówił: Nazywam się Zenon Paliwór i od dwudziestu lat naprawiam pralki. Stary, nic śmiesznego, ale parafrazując… ech, czyli inaczej zmieniając, no chłopie, weź mnie nie rań, ech… No to, czyli przekręcając to mógłbym powiedzieć, że nazywam się Izariasz Blaine i od piętnastu lat tępię Molocha. O tak stary, kiedyś byłem tylko technikiem w Posterunku, ale czasy i obyczaje się zmieniają jak kolory we łbie zjaranego Hurona. A na marginesie, to jakbym spotkał tego Maliniaka od pralek, to dopiero bym mu…

Ha, wiesz kiedy przynieść nową partię towaru. Mój brzusio już zaciera jelita z radości, hehe. Tylko nie myśl, że mnie upijesz i okradniesz, bo ja tak sfrajerzyć bezczelnie się nie dam. Dobra, ale o czym to ja… ach, o Posterunku, tak.

Jak byłem trochę młodszy od ciebie, to zaciągnąłem się do nich. Nie byłem takim schabikiem jak ty, ale w główce siedziało wiele przydatnych w naszych czasach rzeczy – technik był moim przeznaczeniem. Legenda Stonekill, zjednoczonych sił ludzi w walce z Molochem naprawdę działa. Ten skubaniec, gdy zaczynałem zabawę, był jeszcze odległym od nas zagrożeniem. Teraz zastanowiłbym się kilka razy, zanim poszedłbym do tych żołnierzyków. Siedziałem tam i naprawiałem wszystko, co się dało. Minneapollis to niezłe miasto jak na przeszkolenie. Kilka kopów w zadek dostaniesz, ale wiesz już co i jak. No, a jak po nich nic byś nie wiedział to albo się nie nadajesz, albo za mocno kopnęli. Albo nie w dupę, hehe…

Dobra, ale wracając do sprawy, bo technik byczyć na służbie się nie może, no bo jak to? Tutaj padła mikrofalówka, tam jakieś radyjko, a na dodatek podjeżdża jakiś wóz i mechanik woła, bo on się nie zna na takiej elektronice jak w tym Hummerze. Latać trzeba było wszędzie, ale dzięki temu nie zdegenerowałem się jak inni; mam w sobie jakieś ludzkie wartości.

A teraz mam prośbę, stary – skocz się po najmocniejszy drin, po największą siekierę jaką można tu dostać. Oddam ci później w ammo, nie bój nic…

Hmm… hekkhem… dobre to, naprawdę. No sorry, że zatrudniłem cię jak jakiegoś przydupasa, ale na całkowitego trzeźwego nie umiałbym tego opowiedzieć. Ech, minęło dziesięć lat, ale tej rany żaden drag nie potrafi zasklepić…

Siedząc sobie kilka lat w Minneapollis, w filii Posterunku nigdy nie odwiedzałem lazaretu. Nie moja broszka, ja składam śrubki i inne mechanusy, niech oni składają cielesnych. Kiedyś jednak poszedłem do tych łapiduchów i wiesz co, stary? Gdybym tam nie poszedł, to byś mnie tu nie widział, byłbym gdzie indziej, może nadal na froncie.

Wszystko nieważne, bo tam ją zobaczyłem. Nie wiem jak mam ją opisać słowami, ale chyba się nie da – nie jestem żadnym poetą, cholera. Wiem, że w porównaniu z nią, blachary z Detroit i tancerki z Miami wypadają baaardzo blado. Ona miała na dodatek w sobie to coś, co sprawiało, że chciało się żyć – pewno dlatego „szpital” miał na nią wyłączność, pewnie kolesie jak na nią spojrzeli nabierali chęci powrotu na ten zniszczony świat. No, ale jak się miało bebechy na wierzchu i twarz jak po strzale ze SPASa, to nawet jej usta by nie pomogły…

Nigdy nie spytałem o jej imię, a zapoznałem się z nią bliżej tylko dlatego, że pomagałem jej „naprawić” gościa z protezą nogi – troszkę się znałem, to czemu nie? Dla takiej panny to mógłbym sobie sam zrobić taką. Starałem się spędzać jak najwięcej czasu na rozmowach z nią, aż w końcu zaczęła przychodzić do mnie. Raz zapłakana przybiegła, gadając coś o bezczelnych koleżankach u niej. Wiesz, wiele kobiet tak ma, ale żadna jeszcze nie była tak zdeterminowana, żeby się przekwalifikować na technika! Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić – pomyślałem. Ale po pół roku intensywnego szkolenia – dolej trochę – po szkoleniu okazało się, że konkretna z niej techlaska. Nasze rozmowy wyglądały tak, że ja coś mruczałem pochylony nad komputerem, a ona jak jakimś sposobem wyłapywała to i zawsze umiała powiedzieć coś, co rozładowałoby sytuację. Nie można się było na nią gniewać, stary. No bo jak? Na nią? To tak, jakbyś się gniewał na słońce, że świeci. Przecież jest piękne, a i tak będzie świeciło, uparte. Ona też zresztą była uparta – jak słońce…

Mieliśmy ze sobą wiele wspólnego i kiedyś, po jej opowieściach o dawnym świecie (miała pradziadka na chodzie, czaisz?) po prostu się jej oświadczyłem. Była cholernie zaskoczona i nie wiedziała co powiedzieć; była oczywiście mile zaskoczone, nie każdy jej mówi, że jest w niej zakochany. Nic jednak nie powiedziała, a ja odszedłem w moją stronę – to dla mnie moja największa życiowa porażka. Nie wiem, co źle zrobiłem, ale na drugi dzień poprosiłem o przeniesienie na front, do Fargo.

Stary, jak nie widziałeś frontu, to gówno widziałeś. Idziesz, a dookoła Ciebie same zgliszcza i ruiny, a co spojrzysz na północ, to albo widzisz ścianę dymu, albo ścianę stali i kabli. A ten dym… myślałem, że to dym, ale naprawiałem kiedyś gościowi lornetkę i spojrzałem sobie w tamtą stronę, to okazało się, że to hordy małych robocików, które nie wiadomo co robią. Na dodatek, ziemi drży pod nogami, co nazywałem biciem serca Molocha. I jest o wiele gorzej niż tam gdzie nie ma tych cholernych maszyn. Krew, pot i łzy to tylko preludium do… preludium, no weź, żaaal… Preludium czyli początek przed czymś. A to był początek jeszcze większych odjazdów. Jak nie siadła ci psycha, to się nadawałeś. Jak nie, cóż – mieliśmy nowe mięsko armatnie…

Skocz no po jeszcze jeden wasz specjał, bo chyba mi zasmakował. O, tak, ten zielony może być. Spoko, moje gardło nie uschnie, czyli mogę kontynuować. Wiesz, ba – nie wiesz, jak się zdziwiłem, gdy za dwa miechy ta panna z Minneapollis przybyła do oddziału medyków, bo Moloch miał podobno zacząć niedługo swoją ofensywę. I musiała wybrać Fargo, cholera. Ale tylko jak ją zobaczyłem, to to, co dusiłem w sobie przez dwa miechy pękło i musiałem do niej iść i porozmawiać. Nasze stosunki… no co się śmiejesz, cholera, czy wam młodym „stosunek” kojarzy się tylko z jednym? Dobrze, że jeszcze w ogóle znacie to słowo, matołki… Nasz związek był czysto zawodowy i koleżeński, choć wiedziała, że rzuciłbym się pod Juggernauta by ją ratować. Tak bardzo ją kochałem, stary… O zrobieniu jej jakieś krzywdy, nawet nieumyślnie, nawet nie myślałem. Nie wiem co ona czuła, zawsze, gdy zaczynałem mówić o nas, to zbywała mnie kiwaniem głowy albo wymowną ciszą. Czy to, co chciała powiedzieć, było dla mnie za straszne, czy ona nie wiedziała co myśleć – nie wiem. I nigdy się już nie dowiem.

W Posterunku, gdy mieliśmy czas, zawsze się odwiedzaliśmy, Cholera, utarczki słowne i czepianie się słówek było najlepsze – no prawie, bo ja jak każdy facet wolałem sobie poleżeć z nią i porozmyślać o nas, trzymając za rękę, czując jej tętno i bicie serca; trzech serc – mojego, jej i Molocha, który nigdy nas nie opuszczał. Zresztą on na zawsze zmienił moje życie.

Gdy wracałem po wizycie w Fergus Falls, dowiedziałem się, że nasz oddział w Fargo został zaatakowany przez maszyny. Wracając czym prędzej, myślałem, czy coś mogło się jej stać. Wjeżdżając do miasta było widać, że roboty nie wyrządziły za dużych szkód. Ale ja czułem, że stało się coś większego – Moloch nie jest durnym automatem do pinballa, a szkoda. Chętnie nabił bym mu parę sęków, aż wyskoczyłoby mu TITL…

Wpadłem jak piorun do pomieszczeń ratowniczych, i zobaczyłem ją, jak siedzi sobie spokojnie za biurkiem. W tym czasie, gdy szedłem w jej stronę, zacząłem się modlić i dziękować Bogu, którego znałem z jej opowieści. Ale podchodząc do niej, byłem coraz bardziej zdziwiony, że nie słyszy moich ciężkich buciorów. Nagle kumpel zaczepił mnie i szepnął: „To były mecha-mrówki”. Znałem te małe draństwa, ale nie zrozumiałem, że ona nie żyje. Dopiero, gdy zobaczyłem liczne nakłucia na jej szyi, zrozumiałem co się stało – i modlitwa zmieniła nagle swój ton, stała się przyrzeczeniem zemsty. Te małe sukinsyny zrobiły z niej poligon eksperymentalny dla swych trucizn i zmarła od toksyn. Pewno ją uśpili, bo nawet się jeszcze uśmiechała – jak za życia. Nie mogłem się z tym pogodzić. Ona nie mogła tak odejść! Nie teraz i nie w taki sposób! W ogóle w żaden! Ona powinna żyć, cieszyć się tym, co pozostało z tamtego, lepszego świata, a nie, teraz…

Powiem tyle, że się wkurwiłem i to nie na żarty. Na serio i na tyle poważnie, że teraz ja przekwalifikowałem się na żołnierza. Na początku nie chcieli mnie wziąć, ale jak nastukałem pięciu kolesiom, to ustąpili – sam do tej pory nie wiem jak to się mogło stać, przecież prawie nigdy się nie biłem; widocznie nerwy robią swoje z człowieka. Broń palna została przedłużeniem mojej ręki, mojego umysłu i mojego gniewu. Każda broń, cholera – granatniki, karabiny, a nawet pancerzownice. Jeździłem od miast do miast, gdzie Posterunek miał swoje posterunki i pomagałem chłopakom, bo odwalali kawał dobrej roboty, a mało kto ich doceniał. Wiadomo, sam nie jestem żadnym mechaczłowiekiem – straciłem rękę od Jugga, ale rozwaliłem sam to wielkie bydle. Tą cholerną maszynę pokonałem dzięki technicznym wyliczeniom, sile żołnierza i jej lekcjom medycznym. Zresztą czułem, jak za jest za moimi plecami – jak jakaś Walkiria, bogini walki. Cieszyłem się wtedy jak dziecko, ale padłem na kolana i zacząłem płakać nad swoją bezsilnością. Przecież nie wrócę jej tym życia – ale co mi pozostało? Ta gumka do włosów na mojej ręce to jej własność. Jedyna rzecz, jaka mi po niej pozostała – jedyna materialna…

Widzisz teraz, stary, że moje życie nie jest usłane różami. Ja stąpam po cierniowym dywanie, a jak jakiś cierń wbije mi się w stopę, to wyciągam go, pakuje do magazynka i strzelam, żeby ten Moloch go poczuł. A jeśli ten zbiór kabli i diod umie się modlić to niech lepiej doda:

I od Izariasza Blaine’a
Od jego kul, granatów i rakiet
Ocal mnie, Boże

Cóż, ale nie doda. On się na pewno nie modli. Pewno nie wie, co to Bóg. A zresztą on mu nie odpuści. Bo ja jestem jego Bogiem, a on zasłużył na ostateczną karę…

Autor: Michał ‚Zioman’ Pawłowski
tekst pierwotnie opublikowany w ezinie Tawerna RPG (nr 78)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.