Storylinia przed sesją

Do pierwszej mojej sesji pozostał tydzień. Nazwałem ją Prologiem, chcąc podzielić ją na dwa krótkie spotkania – z racji ograniczeń czasowych, Neuroshima w „naszym gronie” rozgrywać się będzie w tygodniu, późnym popołudniem. Z tego właśnie powodu muszę obmyślić 3,4 godzinną sesję, by kończyć ją w odpowiednim momencie.

I tak dzieląc historię pomyślałem, by wrzucić przed każdym spotkaniem notkę ze storylinią. Nie będzie ona tyczyć się stricte Graczy, a osób, miejsc, wydarzeń, które będą miały wpływ na fabułę. W jakim celu? Ano by podać Im kilka informacji w sposób nie zwykły, a bardziej klimatyczny, nie do końca jasny – zwyczajnie ciekawszy. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Poniżej pierwsza storylinia, którą Gracze już widzieli. Co chciałem, by z niej wyczytali? Ano miejsce wydarzeń (Gracze nie wiedzieli, gdzie zaczną, ani ich postaci nie znali się wcześniej). Motywem przewodnim są czterokołowce i praktycznie w pierwszych dwóch godzinach gry będą mieli z nimi do czynienia.

Fury, auta, czterokołowce – samochody.

Każdy prawdziwy facet, który ma jaja kocha te blaszane diabły autostrad. Znam nawet też kilka kobitek znających się całkiem nieźle na motoryzacji. Ta, motoryzacji – w tych czasach to zbyt szumnie powiedziane, ale niech będzie.

Tyle marek, tyle modeli, że głowa pęka – coś cudownego. Ale skupmy się na takich dwóch, o których opowiadał mi mój ojciec, pasjonat sprzed wojny. Pracował w Detroit, no to wiadomo – chcąc nie chcąc pokochał samochody i lubił – stawiać je w pary, porównując co tam mają pod maską. Kurde, ale on miał fajne życie.

Zwłaszcza podobały mu się te europejskie, cholera wiedzieć czemu. Wiadomo, że swojego czasu USA robiło wszystko najlepsze, normalka. Na zachód od Henderson, kiedy szukałem pieprzonych przetworników, daję słowo, widziałem dwie maszyny, które pruły ile dała fabryka. Miałem kiedyś od cholery magazynów z furami, które musiałem wymienić na licznik Geigera, bo bez niego w tych stronach można jedynie wąchać kwiatki od spodu. Trochę ich z sentymentu zostawiłem i daję, kurde, słowo była to wiśniowa BMWica i żółta SLRka. Kumasz? Pieprzony, niemiecki wehikuł i cudowne dziecko Merca i angielskiego McLarena. O, tutaj mam właśnie te plakaty. Widzisz? Fajne cudeńka, co nie?

BMWica trochę kaszlała, ale dawała radę – kurz niósł się wysoko i wirował na tylnymi kołami aut, jazda prawie jak po Tornado. Te kilkanaście sekund zajebistego dla ucha dźwięku, widok, który zapamiętam jeszcze przez jakiś czas – to daje trochę wytchnienia w codzienności Zasranych Stanów Ameryki.

Ale mówię ci, kurde, bajka, cud, miód i orzeszki, chociaż wyglądały, jakby Ich walec przejechał. I to kilka razy.

Dobra, kończę. Muszę pogrzebać jeszcze z tym czujnikiem Indukcyjnym i skoczyć z nim na handel. Trzymaj się.

Autor: Yarin
tekst pierwotnie opublikowany na blogu Neuroshima Mistrza Gry

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.