Święci Wojownicy

Jeden z sępów, które przysiadły na wyschniętym drzewie zerwał się do lotu, spłoszony okrzykami dobiegającymi z centralnego placu osady. W wielkim wojskowym namiocie pokrytym indiańskimi symbolami i scenami z polowań zebrana była starszyzna wszystkich okolicznych plemion. Mimo przejmującego chłodu nocy, w środku było naprawdę gorąco. Wodzowie plemienni przekrzykiwali się wzajemnie wspomagani aprobującymi pohukiwaniami swoich straż przybocznych. Wódz Waleczny Kruk uniósł totemiczny topór wojenny na znak że wysłuchał wszystkich racji. Jako gospodarz miał prawo podjęcia ostatecznej decyzji. A sprawa była poważna. Biali coraz częściej zapuszczali się na ich tereny w poszukiwaniu wody i ropy. Coraz częściej też dochodziło do porwań kobiet, młodych chłopców i dzieci. Na dodatek najeźdźcy stawali się coraz bardziej agresywni. W wyniku ostatniej potyczki tylko jego plemię straciło 5 dzielnych wojowników. Nadszedł czas położyć kres tym działaniom.

– Ojcowie mądrości. Wy jako naznaczeni przez duchy wodzowie waszych plemion doskonale zdajecie sobie sprawę z naszego obecnego położenia. Część z was postuluje aby wydać białym walną bitwę z udziałem większości naszych dzielnych wojowników. Lecz czasy nie sprzyjają ku temu. Nadchodzi zmierzch lata. Niedługo zwierzyna odejdzie na południe. Kto zajmie się gromadzeniem żywności jeśli nasi mężczyźni będą zmagać się z wrogiem. Nie możemy pozwolić sobie na wielką bitwę, gdyż wrogów jest wielu i tylko czekają na nasz błąd. Postuluje aby wysłać świętych wojowników aby nękali agresorów zmuszając ich do ucieczki…

Słowa wodza wywołały kolejną falę komentarzy i przekrzykiwań. W końcu głos zabrał wódz Mądry Sokół – najstarszy i najbardziej doświadczony ojciec plemienia Górskich Panter.

– Wodzu i światły ojcze swego plemienia. Mądrość przemawia przez twoje usta. I choć większość z nas zgadza się, że święci wojownicy samotnie nie przepędzą wszystkich białych z naszych ziem, to jednak w tym wypadku jest to najlepsze wyjście z możliwych. Czas tedy nam rozpocząć modły do ducha pustyni, aby udzielił swym wojowniczym synom części swojej potęgi. Tak rzecze zebrana tu starszyzna.

Wódz Waleczny Kruk powstał i podszedł do wielkiego skalnego ołtarza, na którym spoczywał rytualny nóż. Po kolei każdy z ojców plemiennych upuszczał kroplę własnej krwi na tkwiący w środku ogniska rozpalony kamień.

– Decyzja zapadła i została zaakceptowana przez naszych przodków. Niech Wojownicy Ducha Pustyni rozpoczną czynić co do nich należy…

* * *

Słońce prażyło niemiłosiernie. Sam wypluł resztki papierosa tlącego się w jego ustach. Było potwornie gorąco. Wszędzie tylko piasek i żar…i te przeklęte bestie które jednym ukąszeniem są w stanie rozpuścić ludzkie wnętrzności. Miał już naprawdę dość tego piekła i chciał w końcu wrócić do Detroit. Może przynajmniej uda im się jeszcze natrafić na jakąś małą indiańską osadę. Już od dawna miał ochotę dobrze pojeść i popić a potem zabawić się z tymi brudnymi dzikuskami. Choć ostatnio ledwo udało im się ujść z życiem. Dobrze że zdążyli podłożyć ogień. Sprawdził wskaźniki i dolał paliwa do zbiornika maszyny wiertniczej. Pozostali ludzie wymieniali właśnie kolejną beczkę napełnioną wodą ze zbiornika filtrującego. Główny mechanik, Joshua, dopompował porcję świeżego paliwa do komory spalania. Rozrusznik potężnej maszyny zaskoczył z wyraźną werwą zasilony nową porcją energii.. Stalowa konstrukcja drżała w rytm pracy silników sprzęgniętych dla jednego, wspólnego celu – wydobycia z tej przeklętej, suchej ziemi zbawiennych litrów wody. Odwierty sięgały dziesiątek metrów, przeszukując warstwy gleby w nadziei znalezienia podziemnych cieków. Ostatni z zaworów maszyny prowadził do potężnego zbiornika, w którym gromadzono skarb pustyni. Wydobycie szło pełną parą gdy na horyzoncie pojawiła się chmura dymu i kurzu. Wszyscy wstrzymali oddech, nadciągał kolejny kataklizm. Ostatnia piaskowa zamieć prawie w całości unieruchomiła pompy. Kolejny powód dla którego nienawidził pustyni. W jednej chwili patrzysz na czyste niebo, a za kilka sekund nie możesz dojrzeć własnego nosa. Wpatrzeni w klimatyczne zjawisko mężczyźni nie zauważyli skradających się ku nim Indian. Targnięty przeczuciem Sam odwrócił wzrok. Była to ostatnia rzecz jaką zdążył zrobić.

* * *

Wiceprezydent Bob Toelz wertował raport sporządzony przez wojskowych planistów. Nie wyglądało to dobrze. Trzech emisariuszy wróciło z niczym. Czwarty wrócił w kawałku. Indianie przysłali jego rękę. Z zadumy wyrwał go dźwięk uchylanych drzwi. Jego sekretarz w końcu przyniósł dobre wieści. Długo oczekiwany gość w końcu przybył. Po chwili w drzwiach stanęła dobrze zbudowana kobieta ubrana w stary pustynny mundur wojsk amerykańskiej piechoty. Kruczoczarne, związane w koński ogon włosy ledwo wystawały jej spod czapki. Stała na baczność, choć bystre, ciemne oczy nie wyrażały jakiejkolwiek pokory.

– Major Peaten! Wreszcie udało się pani do nas dotrzeć. Pozwoli pani że nie będę owijał w bawełnę. Mam niewiele czasu, który jest dodatkowo pochłaniany przez nasze kochane miasto, a zwłaszcza jego kłopoty. Potrzebuje rzetelnych informacji na temat jaki mnie interesuje. Wierne służy pani Nowemu Jorkowi już od kilku lat. Zna pani pustynie i ludzi tam mieszkających. Proszę usiąść. Napić się Burbona i opowiedzieć mi wszystko co pani wie. Proszę zacząć od – Wiceprezydent przewertował kilka kartek szukając właściwej nazwy – proszę zacząć od Świętych Wojowników Ducha Pustyni. Co pani o nich wie.

Major Karina Peaten zgodnie z rozkazem usiadła naprzeciwko jego biurka. Początkowe skrępowanie szybko ustąpiło miejsca przyjemnemu ciepłu ogarniającemu żołądek. Burbon był rzeczywiście wyśmienity. Karina odłożyła szklankę i po chwili zaczęła opowiadać.

Wojownicy Ducha Pustyni są swoistym symbolem jedności rozrzuconych po pustyni indiańskich plemion. W jej skład wchodzi ośmiu najlepszych wojowników. Po jednym z każdego plemienia. Członkowie tej grupy mogą z dumą nosić na torsach wykonane białą kredową farbą symbole wojenne. Według legendy podczas pierwszych po wojnie świąt dziękczynnych dla matki stworzycielki doszło do spotkania ośmiu najsprawniejszych i najodważniejszych wojowników wywodzących się ze świeżo uformowanych po kataklizmie plemion. Zawody sprawnościowe połączone ze świętem religijnym były okazją do pochwalenia się siłą własnych wojowników oraz czasem wymiany osiągnięć i rad. Łagodzono również nierozwiązane spory. Pech chciał że na odbywające się akurat święta natrafili członkowie motocyklowych maruderów którzy bez chwili wahania zaatakowali Indian. Wywiązała się zacięta walka w której najlepsi wojownicy ramię w ramię walczyli z bandytami zmuszając ich w końcu do ucieczki. Trafiony kulą wódz Czarny Topór – najstarszy z Indian pełniący funkcję duchowego wodza wszystkich plemion, własną krwią naznaczył czoła dzielnych wojowników zanim wyzionął ducha.. Obrano to za wolę przodków jakoby mieli oni zastąpić starego wodza w jego duchowej roli. Ile w tym prawdy – nikt nie wie. Jedno jest natomiast pewne: jeśli myśli pan, Anie Prezydencie że ma pan do czynienia z bandą pierwotnych dzikusów to jest pan w błędzie. Marzeniem każdego dowódcy jest mieć w oddziale zwiadowcę wywodzącego się z ludów pustyni. Wodzowie chętnie wypożyczają swoich ludzi innym w zamian za dostęp do technologii i wiedzy wojskowej. Wszyscy święci wojownicy byli szkoleni przez najtwardszych ludzi z Posterunku i Hegemonii. Ujmę to tak. Mamy do czynienia z wojownikami, którzy mentalnie są Indianami. Fizycznie i merytorycznie byli by natomiast elitą zielonych beretów w przedwojennym świecie. Preferują włócznie oraz inną plemienną broń białą, w posługiwaniu którymi osiągnęli prawdziwy kunszt. Niech nikogo natomiast nie dziwi widok potężnego, śniadego mężczyzny skradającego się między pryzmami piasku, trzymającego w rękach, pokrytego malunkami i przyozdobionego trofeami Kałasznikowa. Po prostu etos ludu pustyni wzbrania się przed używaniem broni palnej w sytuacjach innych, niż to jest absolutnie konieczne. Grupa nie ma stałego miejsca pobytu. Normalnie każdy z wojowników żyje na ziemiach które zamieszkuje jego szczep. Jedynie rada wszystkich wodzów ma prawo zwołać i rozkazywać świętym wojownikom. Są to naprawdę niebezpieczni żołnierze napełnieni religijnym fanatyzmem. Stanowią mieszankę indiańskiego etosu rozwagi, cierpliwości i głębokiej mądrości z elementami kompletnego bojowego wyszkolenia na najwyższym poziomie. Gdy któryś z nich zginie, plemię z którego pochodził ma święty obowiązek wystawić kolejnego. A dobrych wojowników u nich nie brakuje. Miałam osobiście nieprzyjemność konfrontacji z nimi gdy próbowaliśmy odkryć położenie ich osad. Od czasu gdy zakopali topór wojenny, ziemie te są bardzo niebezpieczne dla białych ludzi. Pamiętam, że pojawili się nagle przy nas niezauważeni. Zanim zdołaliśmy odpowiedzieć ogniem zniknęli pozostawiając 7 zabitych i 3 rannych. Noc bynajmniej nie jest najlepszą porą na spacerowanie po pustyni. Przynajmniej ostatnio.

Wiceprezydent Toelz podziękował pani major. Gdy ta wyszła jeszcze raz przewertował otrzymany raport. W końcu wziął z biurka pióro i pieczątkę. Na pierwszej stronie raportu który dotarł wieczorem do sztabu widniał napis : „Wstrzymać akcję na czas nieokreślony. Wiceprezydent NJ Bob Toelz”

* * *

Nazwa: Święci Wojownicy Ducha Pustyni
Przywódca: Brak
Miejsce: Tereny zamieszkiwane przez Ludy Pustyni
Liczba członków: Osiem osób
Uzbrojenie: Broń biała własnego wyrobu. Niewielkie ilości dobrego sprzętu wojskowego.
Animozje: Biali najeżdżający ziemię Ludów Pustyni
Wstęp: Wstęp mają tylko najlepsi wojownicy z każdego szczepu.
Sława: 6 – Pozytywna wśród Indian, 2 – Negatywna wśród reszty

Autor: Bartosh
tekst pierwotnie opublikowany na blogu Bar pod Martwym Mutkiem

Dodaj komentarz