Taser

Masz już dość zabijania stary, no nie? Ja wiem, że wsadzenie jakiemuś dupkowi całego magazynka w łeb to jest to co lubisz, co sprawia Ci straszną radochę. Nie ma to jak latające kotlety z mózgu, nie? O czym to ja…? A tak!

Ile razy musiałeś kogoś obezwładnić, żeby potem… przesłuchać (lub wykorzystać w dowolny inny sposób)? No tak, Ty gościa chcesz obezwładnić, a on swoją główkę podstawia akurat pod nadlatujący pocisk… Albo Ty gościowi miłosiernie sru z jakiegoś małego kalibru, a on się wykrwawia na śmierć… No co? Znasz to skądś? Możesz go niby dmuchnąć jakimś kijem przez łeb, ale to takie mało eleganckie. Wiesz, czego Ci trzeba? TASER’a! Drapiesz się teraz w łeb, bo nic Ci ta nazwa nie mówi. Ha! Trzeba było żyć przed wojną w Nowym Jorku albo w innym Vegas.

Generalnie – wielu ludzi się kiedyś wkurzyło porządnie na to, że gliniarze strzelają do ludzi. W 1969 roku, tak dawno, ale nie przerywaj, taki gość, Thomas Swift wpadł na pomysł giwerki, która poraża przeciwnika prądem. Stąd też właśnie jej nazwa. TASER to skrót od Thomas A. Swift’s Electric Rifle. Nie wiem jak się zwał ten gość dalej i skąd ma to „A” w nazwisku. Czasem trafiają się tacy popaprańcy, którzy uważają, że podpisując się jedną literą z drugiego imienia wyglądają bardziej szlachecko. Ale kto by się tam tym teraz przejmował, psia mordka.

No dobra, wróćmy do giwerki. Wielkiego zasięgu to to nie ma – jakieś pięć metrów. Przynajmniej tyle, żeby nie czuć jak temu kolesiowi, do którego celujesz, jedzie z ryja. Zasada działania tego gnata jest prosta. Wystrzeliwuje pneumatycznie dwie elektrody wyglądające jak małe harpuniki, które przebijają ciuchy i wbijają się w skórę. Ułamek sekundy później, po kabelkach, które łączą owe harpuniki z pistoletem płynie prąd. Te pięćdziesiąt kilowoltów obali nawet największego hojraka.

Niestety szybkostrzelne to to nie jest, bo po każdym strzale trzeba zmienić cały zasobnik z elektrodami. Nakłada się go na przód spluwy. A! Widzę, że jesteś zrezygnowany. Nie wiesz co w przypadku kamizeleczek kuloodpornych? Jak koleś ma pancerz to masz dwa wyjścia. Albo walić tam, odsłonięte, albo zrezygnować z TASERa. Niestety…

Oj, widzę, że coś Ci świta w łebku… Jasne! Użyć można tego gnata na szajs od Molocha. To może być dobre rozwiązanie! Przyznam, że nie próbowałem. Ale jak myślę, też są dwie możliwości działania TASERa na maszynki Molocha. Albo trafisz w jakiś czuły punkt, w jakiś fotoreceptor albo inne gówno, psia mordka, i wtedy maszynkę masz już z głowy, albo trafisz w pancerz i wtedy wyładowanie pójdzie po powierzchni – tak jakby piorun rypnął w odgromnik. Może też być, że będzie jakieś przebicie z pancerza do wnętrza i wtedy może coś tym TASERem zdziałasz.

Wiesz co? Można chyba kupić takie spluwki w większych miastach, gdzie zachowały się jakieś policyjne magazyny. Nie wiem, jakie są ceny, ale ktoś kiedyś mówił, że dostał w Nowym Jorku ładny, nowy TASER za 40 gambli i kilka ładunków po 5 gambli za sztukę. Z prądem też ponoć nie ma problemu. W TASER można wsadzić właściwie większość przedwojennych, jak i powojennych baterii – przerobienie wejścia w rękojeści na baterie innego kształtu nie stanowi problemu. Ot wsadzasz dwa druty, a baterie na zewnątrz rękojeści doklejasz plastrem, jak nie pasują do środka. Ale żebym ja Ci musiał wszystko tłumaczyć? A jakiego gnata masz przy sobie? Dobra dobra! Nie ściemniaj, że żadnego! A! Desert Eagle… Dobra giwera. A jak gdzieś natkniesz się na TASER to przywieź mi jeden. Oddam dług w przedwojennej Whisky!

Autor: Piotr A. Wasiak
tekst pierwotnie opublikowany w ezinie Avatarae (nr 33)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.