Hard Rock Cafe

Byliście kiedyś w Detroit? Nie? Żałujcie, to zajebiste miasto, pełno tu zwariowanych ludzi i jeszcze bardziej zwariowanych zwyczajów związanych, a jakże, z samochodami. Ale nie o tym chciałbym Wam dzisiaj opowiedzieć. Moim zamiarem jest zachęcenie Was do odwiedzenia pewnej knajpki na „przedmieściach” Detroit. Pamiętam, że gdy przybyłem tu pierwszy raz, pewien mechanik z MechStone polecił mi miejsce zwane „Hard Rock Café”. Nazwa brzmiała bardzo zachęcająco, a zważywszy, że od zawsze, a właściwie od dnia kiedy trafiłem na pozostałości pewnego sklepu muzycznego, byłem wielkim fanem dźwięków spod znaku Jima Hendrixa, postanowiłem się tam wybrać. I powiem Wam szczerze – nie zawiodłem się.

„Hard Rock Cafe” nie sposób przeoczyć. Choć lokal od zewnątrz nie wygląda imponująco, gigantyczna, podświetlana na czerwono gitara na dachu robi wrażenie. Podświetlane są również napisy HARD ROCK CAFE i muszę Wam się przyznać, że od razu zachęciło mnie to do wejścia do środka. Choć pod lokalem stało wiele motocykli i rozklekotanych bryczek, często pokrytych barwami najprzeróżniejszych gangów Detroit, mimo wszystko postanowiłem przekroczyć próg knajpy, oczywiście sprawdziwszy zawczasu, czy mój wysłużony „Peacemaker” lekko wychodzi z kabury. Sami wiecie jak to jest – „strzeżonego Pan Bóg strzeże” jak powiedział mi kiedyś pewien wędrowny klecha. Padre chyba na niego mówili, zresztą nieważne. Istotne jest to, że od czasu naszego pamiętnego spotkania zwykłem się stosować do tej, jakże przydatnej, jak się okazało, maksymy i póki co jeszcze stąpam po „ziemskim padole”, że pozwolę sobie jeszcze raz zacytować wspomnianego klechę.

Ale, ale, my tu sobie stare dobre czasy wspominamy, a ja o „Hard Rock Cafe” miałem opowiadać. Zaraz po przekroczeniu progu do mych uszu doszły dźwięki Led Zeppelin i od razu poczułem się jak u siebie w domu.

Knajpka wyglądała odjazdowo. Wszędzie było pełno starych, mocno już pordzewiałych rur, które postanowiono wykorzystać jako stoły i krzesła. W lokalu było niewiele światła, za to prawie wszędzie walało się jakieś żelastwo. Ściany udekorowano częściami samochodowymi i motorowymi. Sporo było również różnego rodzaju naklejek i przypinek z logo Harley’a Davidsona oraz plakatów z fajnymi bryczkami i jeszcze fajniejszymi dupeczkami w sex-samochodowych ciuszkach. Mniam!

Gdy po dłuższej chwili przebiłem się do czegoś co stanowiło ladę i zobaczyłem co w Hard Rock Cafe można zjeść i wypić, normalnie zamarłem. Jim „Chief” Galard – właściciel speluny musiał chyba znaleźć jakiś pokaźnych rozmiarów składzik z żarciem, a nade wszystko z alkoholem. Johnny Walker, Jim Bean, Tequila… Długo nie mogłem się zdecydować co wypić. Zastanawiałem się również jak wyglądają tu ceny i, co bardzo ważne, nie rozczarowałem się. Najlepiej mieć ze sobą jakieś szlugi albo lekarstwa – ten towar w „Hard Rock Cafe” szybko przemienia się w prawdziwe delicje!

Zdecydowałem się przypomnieć memu staremu przyjacielowi Johnny’emu Walkerowi. Za jego towarzystwo zapłaciłem dwoma papierosami, a więc chyba nie przepłaciłem, co? Po chwili dostrzegłem coś naprawdę wyjątkowego. W jednym z rogów knajpy stało coś, co chyba w XX w. nazywano szafami grającymi. To właśnie stamtąd dobiegały niesamowite dźwięki Led Zeppelin. Zagadnąłem gościa za ladą w jaki sposób mogę ustawiać piosenki. Okazało się, że wystarczy wrzucić tam kawałek blaszki w kształcie monety, albo po prostu monetę, jeżeli ktoś miał. Ja akurat posiadałem trochę drobniaków – mam sentyment do wszystkiego co dwudziestowieczne. Podszedłem więc do szafy i wrzuciłem ćwierć dolara. „Foxy Lady” Jima Hendrixa brzmiało wyśmienicie w tej budzie. Z nieukrywanym zaskoczeniem zauważyłem, że kilku chłopaków z lokalnego gangu spojrzało na mnie przychylniejszym okiem. Cóż, chyba także byli wielbicielami starego, dobrego rock’n’rolla! Jeden z nich skinął na mnie nawet ręką i resztę wieczora spędziłem w miłym towarzystwie Stonesów, bo tak właśnie kazali się tytułować. Właśnie od nich dowiedziałem się, z kim warto porozmawiać w „Hard Rock Cafe”, jeżeli miało się jakiś biznes do załatwienia. Chłopaki polecili gościa o przezwisku Freak, jeżeli tylko poszukiwałbym faceta, który miałby zawieść mnie dokądkolwiek. Freak ze swej strony gwarantował również ochronę w postaci swojej „asystentki” – Blade. Jej ksywka mówiła chyba sama za siebie, nieprawdaż? Co prawda wspomniany duet nie był tani, ale, jak zapewnili mnie Stonesi, solidny. A przede wszystkim swą bazę wypadową miał właśnie tutaj. Zresztą kilka dni później miałem okazję poznać Freaka osobiście. Gość był nieźle powalony, wyraźnie rozpierała go energia, której od paru dni nie mógł chyba rozładować, a to z tego względu, że mu bryczka padła. Widziałem również Blade, ale już na pierwszy rzut oka wiedziałem, że dziewczyna jest cholernie niebezpieczna i lepiej nie wchodzić jej w paradę. Szkoda tylko, że Freak nie lubił rock’n’rolla…

Stonesi polecili mi również niejaką Pink. Gdy o niej mówili wyraźnie było widać, że to osoba ciesząca się dużym uznaniem w okolicy. Nic zresztą dziwnego. Dziewczyna startowała w Destruction Derby i była ulubienicą tłumu. Jej corvetta była powszechnie rozpoznawana, a wyścigi z jej udziałem przyciągały ludzi. Okazało się, że również bardzo często wpada do „Hard Rock Cafe”. Miałem zatem nadzieję, że szybko ją poznam. Wiedziałem również, że jak tylko po raz kolejny zawitam do Detroit, pierwsze kroki skieruję właśnie tutaj.

Autor: Michał Sztąberek
tekst pierwotnie opublikowany w ezinie Wieża Snów (nr 2)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.