Sieć

Dzień powoli zbliżał się ku zachodowi, strażnicy czekali jeszcze na spóźnialskiego podróżnego, który zbliżał się na horyzoncie. Za motorem ciągnęły się, wzbite w powietrze tumany kurzu… Ach cóż to była za maszyna, co prawda jak wszystko teraz miała wady, ale ile zalet! Och jak mało paliła, prawdziwa oszczędność w dzisiejszych czasach, ale za to większość z nich na tych swoich dwusuwowych silnikach, robiła taki hałas że mutki zlatywały się z trzydziestu kilometrów. Jednak nie ten, ktoś włożył w maszynę dużo pracy, idealnie wyciszony, mknął niczym nie niepokojony przez pustkowia… Co prawda nie było tu miejsca, gdzie można by przymocować bagaż, ale komu on teraz potrzebny? Teraz gdy cały dobytek miało się w jednym plecaku…

Z motoru zsiadł młody chłopak, z tak zwanych nowych, to znaczy z tych, narodzonych już po… Nie mógł mieć wielu lat, ale żył, więc musiał sobie dawać radę, skutecznie dawać radę.

Usiadł przy pierwszym wolnym stoliku, jedynej knajpy w tej mieścinie. Powolnym krokiem podszedł do baru, zwracając na siebie ogólną uwagę. Już od ponad miesiąca nie zawitał tu nikt obcy. Zamówił czystą wodę, ach widać że wie gdzie jest. Nie na darmo zwą ten lokal Pod Świecącą Wodą. Kiedyś, oj dość dawno temu, ktoś podobnie jak on zamówił wodę, barman nalewał nie patrząc na to co lał. A lał jakąś nieźle naszpikowaną wodę, w każdym razie piciem tego już nie można było nazwać. We wnętrzu beczki znajdowały się tylko jakieś dziwne glony, świeciły niczym żarówka, tym mocniej im się ją silniej wstrząsnęło… Przyjezdny również zamieszał wodą, ale ta była dobra, zasiadł powoli i sączył zimny płyn.

Wtedy też poczuł, że o jego gruby, skórzany but coś się ociera. Był to jeden z tych okropnych małych skorpionów, niewielkich, nieco napromieniowanych jakich teraz wszędzie było mnóstwo, zwłaszcza w Alei skorpionów. Bez żadnych skrupułów podniósł i szybko opuścił nogę, zostawiając na ziemi tylko mokrą plamę, dziwnej, ciemnej mazi. Dźwięk uderzenia, zwrócił wyraźnie uwagę wszystkich zgromadzonych, nie wiedział o co mogło im chodzić. Szczupły, ale rosły i wiekowy dziadunio powoli podniósł się z krzesła, podszedł i zasiadł tuż obok przyjezdnego, patrząc głęboko w jego młode oczy.

Chwilę przyglądali się sobie. W końcu starszy gościna zaczął mówić:

– Och młodzieńcze teraz posłuchaj. Parę lat temu inny młodzieniec, tak jak ty zawitał do tego baru, jeszcze nim zaczęto na niego tak mówić. Miał kasę, to se zamówił najlepszą Łyski, i powoli ale systematycznie począł ja opróżniać. Jemu również przeszkadzał jakiś mały pajęczak, który skończył podobnie jak ten… Ale wracając, jemu zachciało się pewnie tak jak tobie za moment, udać się w ustronne miejsce. Tak wiec wyszedł, i tu za rogiem, pod ogrodzeniem, załatwiał to na co miał ochotę. Usłyszeliśmy tylko jeden krótki jęk, pisk… Szybko zapalono światła, ale tam leżały już tylko zielone od trucizny zwłoki. W jego prawym ramieniu była dziura przekroju grubej ręki. Taka sama jak w ogrodzeniu. Kto wie może to prawda że matką ich wszystkich jest jeden mutek, ponoć tak duży jak nie jeden czterokołowiec. Faktem jest, że w gościu było więcej trucizny niż krwi… A wiec uważaj jak będziesz się udawał w ustronne miejsce… Zaś gdybyś miał okazję takiego stwora spotkać pamiętaj, jesteś bez szans. Jego pancerz jest lepszy od kamizelki kewlarowej, ta jego powłoka z chityny chroni niczym stal. Różne głosy mówią, iż widzi w nocy lepiej niż w dzień, czuje ciepło na kilometr, ale najlepiej to wyczuwa zapach krwi swych młodych.

Chłopak został sam, tylko z tym co zostało w głowie. Już mu się nie chciało wychodzić na zewnątrz, poszedł na górę do wynajętego pokoju. No i jego szczęście, że miał tą starą butelkę… Bo szczerze mówiąc, ciśnienie wypitej wody już mocno napierało.

Ach gdyby on wiedział ile radości sprawił staruszkom na dole, śmiali się z niego następny tydzień… Nie ma to jak siła perswazji. W odpowiednich ustach potrafi wszystko urzeczywistnić… Choć kto wie, miesiąc później znaleziono motor a obok niego strawione zwłoki, a raczej kupkę obgryzionych, zielonych kości…

Autor: Andrzej „ATok” Tokarski
tekst pierwotnie opublikowany w ezinie Nawia (nr 1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.