Most wisielców

Nad tym miejscem zawsze kłębią się ciemnoszare, ciężkie chmury. Prawie zawsze tu pada. Nic dziwnego, że ma taką sławę. Ludzie mówią, że dawno temu płynęła tu rzeka. Jasne, że musiała płynąć, skoro stał tutaj most. Dziś stoją resztki, kawałek drogi poprowadzony do pierwszych filarów. Reszta leży w wyschniętym korycie rzeki. Cholera, niezły musiał być ten most. Trzysta metrów albo i więcej.

Codziennie przychodzi tu kilkanaście osób. Nie wszyscy zawracają. Miejsce to przyciąga jak ćmy do ognia wszystkich tych, którzy mają dość takiego życia, jakie prowadzimy, którzy chcą ze sobą skończyć. Nic więc dziwnego, że ruina ta zyskała miano Mostu Wisielców. Każdego tygodnia zabija się tu około dziesięć osób. Przychodzą tu zazwyczaj o świcie, obserwują ludzkie sylwetki powiewające na wietrze, po czym wchodzą na most, zawiązują sznur na jednej z barierek i skaczą… Śmierć musi być natychmiastowa, do ziemi mają jakieś trzydzieści metrów. Kilku świrów, którzy mieszkają w okolicy i przypatrują się każdemu samobójcy mówią, że niektórym urywają się głowy…

Nikt nie wie, co przyciąga ludzi do tego miejsca, dlaczego to właśnie tutaj chcą zakończyć swój żywot. Czy nie lepiej strzelić sobie w łeb po upojnej nocy z panną u boku? Po co wędrować kilkanaście dni (tyle mniej więcej jest do najbliższej osady) przez pustkowie, skoro i tak celem podróży jest Śmierć? Rozmawiałem kiedyś z jednym facetem, który szedł na Most. Powiedział, że idzie właśnie tam, ponieważ chce dołączyć do rzeszy osób, które sprawiły, że tamto miejsce stało się sławne. Chciał stać się częścią legendy, która otacza to miejsce.

Od wielu lat zadaję sobie to pytanie: po co zabijać się w tak cholernie nieprzyjemnym miejscu? Co ciągnie tych ludzi na Most? Jeden klecha twierdził, że zna odpowiedź na moje pytanie. Rozgrzeszył w swojej karierze ponad trzydzieści osób, które potem skoczyły z Mostu. Twierdził, że każda z tych osób podjęła decyzję o samobójstwie po tym, jak na haju wywołanym przez Tornado ujrzeli właśnie ten most, z czasów przed wybuchem wojny. Nikt nie chciał się jednak przyznać, co takiego zobaczył, co konkretnie wywołało chęć opuszczenia matki Ziemi. Pewnie nigdy się nie dowiem.

Autor: Andrzej „Enc” Stój
tekst pierwotnie opublikowany w ezinie Inkluz (nr 46)

Dodaj komentarz