Karczma

Słyszałeś o Karczmie? Nie? Masz cholernego farta, że mnie spotkałeś, powiem ci kilka słów o tym miejscu. I dlaczego warto się od niego trzymać daleko, amigo.

Karczma to stary budynek położony przy jednej z tych dziurawych dróg, łączących niegdyś ze sobą stany. Kiedyś pewnie był to jakiś motel czy coś podobnego, dzisiaj wygląda raczej na twierdzę, niż bar. Trzymetrowej wysokości ogrodzenie z blachy falistej. Dwie strażnice, na których umieszczono LKM’y. Na górze zawsze siedzi czterech facetów i gwarantuję ci, że w nocy nie chleją, nie grają w karty ani nie śpią. Są profesjonalistami. Brama jest jedna a otwierają ją jedynie w nocy. No, zdarza się czasami, że otworzą w nocy, ale tylko wtedy, jeśli przerzucisz całą swoją broń na drugą stronę i posmarujesz pieniędzmi. Zastanawiasz się, dlaczego tak się pilnują? Trasa, na której leży Karczma to chyba najbardziej niebezpieczna droga w całych Stanach – pełno tam mutków, gangów, świrów z karabinami i popromiennego gówna w stylu olbrzymich skorpionów albo sfor dzikich psów. Dlatego muszą się pilnować. Jak do tej pory idzie im nieźle.

Kiedy przejdziesz albo przejedziesz przez bramę, zobaczysz wielki, piętrowy budynek, zbudowany jeszcze przed wojną. Solidne ściany, dach, który nie przecieka – wręcz idealnie nadaje się, żeby coś tam zjeść, wypić i wyspać się w normalnym łóżku przed dalszą drogą. Swoje auto, motor czy cokolwiek, na czym jeździsz, możesz zostawić pod zadaszeniem. Nie musisz się bać, że ktoś ci coś buchnie (tak mi się przynajmniej wydawało), przynajmniej nie za twojego życia.

Sam lokal urządzony jest wspaniale. Wycinki z Playboya na ścianach, drewniane krzesła i stoły, scena, na której czasami ktoś gra (znacznie częściej wije się tam w chorym tańcu jakaś goła panienka), prawdziwy bar z gładkim blatem, butelki stojące na półkach za barmanem… Do tego jedzenie – dziś na myśl o tamtejszym jedzeniu bierze mnie na obrzydzenie, jednak kiedy wcześniej się tam zatrzymywałem, kupowałem tyle żarcia, ile mogłem. W Karczmie podają mięso. We wszelkich postaciach. Właściciel, człowiek imieniem Caleb, twierdzi, że ma za budynkiem kurnik, w którym hoduje najzdrowsze kurczaki w Stanach. Prawda jest zupełnie inna…

Caleb to rzeźnik. Zabija ludzi dla mięsa. Wiele razy odwiedzałem Karczmę, zawsze jednak byłem w większej grupie. Dopiero, kiedy przyjechałem tam sam, dowiedziałem się prawdy. Caleb i jego ludzie (siedmiu doświadczonych żołnierzy) zabijają wszystkich, którzy samotnie przyjeżdżają do Karczmy. Nocą, kiedy ofiara zasypia, wkradają się do pokoju i ścinają jej łeb wielkim toporem albo duszą metalową linką. Prawie mnie dopadli. Uratowało mnie stare przyzwyczajenie – nie mogę spać spokojnie (jeśli podróżuję sam), jeśli nie zastawię czymś drzwi i okna. Wtedy o drzwi oparłem krzesło a na klamce postawiłem butelkę. Obudził mnie trzask pękającego szkła. Nie zastanawiałem się długo – zabrałem swojego gnata i wyskoczyłem oknem. Kątem oka zauważyłem Caleba z tą wielką siekierą… Postrzelałem trochę do facetów na wieży, dopadłem swojego CVC, wyjąłem stamtąd dwa zaoszczędzone granaty… Kiedy faceci w wieżach przysnęli, wyjechałem zabierając jeden LKM (spadł mi niemal pod nogi) i spory kawałek blachy z bramy (odczepił się od zderzaka po przejechaniu kilku mil). Obiecałem sobie, że nigdy tam nie wrócę.

Autor: Andrzej „Enc” Stój
tekst pierwotnie opublikowany w ezinie Inkluz (nr 46)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.