Nowe potęgi południa (część pierwsza)

Kiedy zapytasz pierwszego lepszego patałacha z Północy dajmy na to jakiegoś Nowojorczyka, o to, kto rządzi na południu Stanów, bez wahania odpowie, że Teksańczycy oraz Hegemonia. Poza tym co bardziej zorientowani dodadzą jeszcze do tego Neodżunglę i nowego Molocha, ale na tym ich wiedza o sytuacji w tych rejonach się kończy.

Tymczasem, na Południu (można by wręcz powiedzieć – na dalekim południu), tam gdzie wydawałoby się niepodzielnie rządzi i panuje już Neodżungla, dzieje się naprawdę wiele rzeczy, które już wkrótce mogą odbić się głośnym echem w całych Zasranych Stanach. Mowa tutaj o meksykańskich gangach, które istnieją już od jakiegoś czasu, ale dopiero teraz zaczyna być o nich głośno. Wszystkich grup działających na terenie dawnego Meksyku i pogranicza Stanów jest tak wiele, że nawet południowcy nie orientują się choćby w ich przybliżonej liczbie. Jednak tylko kilka z nich stanowi tak naprawdę siłę, z którą trzeba się liczyć. Jest to trudne do zaakceptowania zwłaszcza dla bossów z Hegemonii, ale nawet oni nie mogą na to nic poradzić, chociaż kilka prób rozwiązania tego problemu miało już miejsce (wszystkie zakończone niepowodzeniem). Jest po prostu jeszcze za wcześnie (albo już za późno), żeby podejmować jakieś kroki, które mogłyby zmienić zaistniałą sytuację.

W chwili obecnej trzy spośród tych meksykańskich gangów są w stanie mierzyć się z Hegemonią i innymi potęgami południa. Oczywiście nie w otwartej walce, gdyż nie dorównują one pod względem liczby członków tym pierwszym, ale pod względem sprytu i zmysłu do robienia nielegalnych interesów coraz częściej przewyższają swoich większych sąsiadów.

Zetas

Mogłoby się wydawać, że na terenach zajętych przez Neodżunglę nikt nie powinien już mieszkać, a na pewno nikt, kto pretenduje do utworzenia silnego „państwa”. A jednak są tacy i trzeba przyznać, że wychodzi im to całkiem nieźle, jeśli nie doskonale. Nazywają się Zetas i jeśli gdzieś na południu usłyszysz tę nazwę, nie zdziw się, kiedy zobaczysz strach w oczach swoich rozmówców. Zetas są symbolem przemocy, to bezwzględni zabójcy, którym marzy się pełna kontrola nad biznesem narkotykowym w południowych stanach. Trzeba im przyznać, że są na dobrej drodze do tego. Ich metody stają się coraz bardziej brutalne i bezwzględne, nie wahają się mordować kobiety i dzieci, jeśli to konieczne (a czasami nawet, kiedy można by tego uniknąć). Nie przysparza im to popularności, ale jednocześnie wzbudza strach, a to jest najlepsza broń w walce z opornymi, którzy nie chcą uznać ich władzy

Korzenie tej „organizacji” sięgają jeszcze czasów przedwojennych, kiedy to zarówno władze USA, jak i Meksyku bezskutecznie próbowały walczyć z terrorem karteli narkotykowych przemycających narkotyki z Meksyku do Stanów. Początkowo Zetas stanowili elitarny oddział meksykańskiej armii, który był wykorzystywany do zwalczania karteli narkotykowych. Jednak jako że kasa rządziła (i nadal rządzi) tym światem, elitarna jednostka zmieniła front i stanęła po drugiej stronie, gdzie zyski były większe, a i „praca” łatwiejsza. Nie musieli już prowadzić trudnych i ekstremalnie niebezpiecznych akcji przeciwko bezwzględnym handlarzom. Teraz to oni stanowili elitę wśród jednostek bossów narkotykowych i to ich się obawiano. Nowym pracodawcom Zetas został niejaki Osiel Cardenas, szef kartelu z Matamoros i gdyby nie pojawienie się Molocha i niemal totalna zagłada świata, pozostałoby to bez zmian. Jednak stało się inaczej i po kilu miesiącach od wybuchu wojny, kiedy jasnym się stało, że nic już ni będzie takie jak kiedyś, że przestało istnieć największe światowe mocarstwo i nie ma już nikogo, kto potrafiłby przywrócić porządek na zanarchizowanym południu, władzę nie tylko nad Zetas, ale również nad pozostałą częścią kartelu przejął młody i ambitny człowiek – Heriberto Lozcano. Był on niekwestionowanym przywódcą oddziału Zetas i pozostał nim do tej pory, chociaż już od dłuższego czasu nie bierze czynnego udziału w żadnych akcjach (dziwne by było, gdyby brał, skoro jest bossem całego kartelu). Mimo, że Lozcano ma już swoje lata (czyli coś około siedemdziesięciu), wzbudza strach, nawet większy niż wszyscy podlegli mu oprawcy razem wzięci. Stosowane przez niego metody podporządkowywania sobie ludzi, sprawowania nad nimi kontroli i prowadzenia interesów, przysporzyły mu przydomek El Verdugo, co znaczy „Oprawca”. To jedno słowo w zupełności wystarcza, aby opisać jego charakter i osobowość. Lozcano jest zimnym, bezwzględnym sukinsynem, gotowym poświęcić nawet życie najbliższych, aby tylko nie utracić władzy i zysków, na które tak długo pracował.

Również większość jego ludzi zachowuje się w podobny sposób i są z tego powodu dumni. Wprost uwielbiają chwile, kiedy wjeżdżają do jakiegoś miasteczka i już na sam ich widok ludzie robią znak krzyża, dzieciaki zaczynają płakać, a mężczyźni unikają spojrzeń. Wszyscy wiedzą, że nawet najmniejszy powód jest dla Zetas wystarczający; aby obrócić miasteczko w ruinę.

Ich działalność koncentruje się głównie na handlu narkotykami, z którego czerpią główne dochody Poza tym nie cofają się przed łapaniem ludzi i sprzedażą ich, jako niewolników. I nie ma tutaj żadnej reguły – łapią, kogo popadnie i kto wyda im się odpowiednim towarem. Nawet zwyczajny szczur ubrany w najgorsze, cuchnące łachmany nie może czuć się bezpieczny.

Heriberto Lozcano

„Oprawca”, jak nazywają go wszyscy na południu Zasranych Stanów, nie należy już do najmłodszych i swoje lata świetności ma już za sobą, ale mimo to wielu może mu pozazdrościć zarówno kondycji fizycznej, jak i umysłowej. Niewiele wiadomo o jego pochodzeniu i przeszłości do czasu wstąpienia do oddziałów specjalnych, które później dały początek Zetas. Sam nigdy o tym nie opowiada, nawet najbliższym współpracownikom, a że rodziny jako takiej nie ma, więc nikt tak naprawdę nie wie, kim jest Lozcano.

Zawsze schludnie, ale skromnie ubrany, nie wyróżnia się z tłumu (jeśli oczywiście pojawi się gdzieś na zewnątrz, a robi to nieczęsto). Postawny mężczyzna dobrze po pięćdziesiątce, ale jak na swój wiek i to, co przeżył, trzyma się doskonale. Może jest to zasługą narkotyków, które zażywa i od których jest uzależniony Próbuje wszystkiego, co tylko stworzą jego pomysłowi chemicy pracujący w ukrytych gdzieś na pograniczu Neodżungli laboratoriach. Dają mu one niesamowitą tężyznę fizyczną, ale jednocześnie odbijają się na jego zdrowiu psychicznym. To częściowo przez nie jest potworem, którym w Meksyku straszy się zarówno małe dzieci, jak i dorosłych. I zwykle nie ma ani odrobiny przesady historiach, które się o nim opowiada, choćby nie wiadomo jak były wymyślne. Okrucieństwa, jakich dopuszczał się jeszcze zanim został szefem całego gangu, przekraczały ludzkie wyobrażenia o rzeczach, jakie może człowiek zrobić innemu człowiekowi. W wojnie pomiędzy jednostkami rządowymi, a żołnierzami karteli narkotykowych nie było miejsca na okazywanie uczuć. Przemoc osiągała szczyty, zarówno o jednej jak i drugiej stronie. I tu i tam walczyli ludzie zupełnie wyprani z emocji. Nie inaczej zachowywał się Lozcano. Również teraz jest pozbawionym wyrzutów sumienia brutalem.

Poza władzą i narkotykami kocha kobiety, a szczególnie piękne i młode kobiety. I za to jest chyba najbardziej znienawidzony na terenach kontrolowanych przez Zetas, tam gdzie prawo przez nich ustanowione i słowo powiedziane przez El Verdugo znaczą więcej niż słowo boże. Tutaj nawet księża są uzależnieni od tego, co powie Lozcano. Jego ludzie co jakiś czas urządzają „brankę” młodych dziewcząt, które wyróżniają się urodą. Wszystkie one są dostarczane do szefa Zetas i zastępują te, które przestały mu się podobać. Nie są tam jednak traktowane jak księżniczki, często nie są nawet traktowane jak istoty ludzkie. Bite, zastraszane, narkotyzowane, mają tylko spełniać wszelkie zachcianki bossa. A co się dzieje z tymi, które już przestały być atrakcyjne lub po prostu znudziły się szefowi gangu? Krążą na ten temat różne historie, jedne mniej, inne bardziej prawdopodobne, ale każda z nich ma w sobie ziarno prawdy. W większości przypadków dziewczęta są oddawane ludziom Lozcano, którzy mogą z nimi robić, co im się żywnie podoba. Wiele dziewczyn umiera, zanim jeszcze opuszczą posiadłość szefa. Umierają od ran, przedawkowania narkotyków lub po prostu z braku chęci do dalszego życia. Takie zachowanie Lozcano i jego ludzi sprawia, że gdyby nie ciągły strach w jakim żyją ludzie na terenach kontrolowanych przez Zetas, już dawno ktoś by się zbuntował i wykopał Mek-sykańców do Neodżungli.

Jak na razie El Verdugo nie obawia się nikogo, nawet Hegemoni-stów, czy Teksańczyków, z którymi walczył już nie raz i to z sukcesami. Wydaje się, że to oni zaczynają coraz bardziej bać się jego i tego, co siedzi w jego głowie. Wiadomo, że Lozcano marzy się całkowita kontrola nad handlem narkotykami w południowych Stanach i do tego celu dąży wszelkimi możliwymi sposobami.

Martinez

Prawa ręka Lozcano i dowódca jego oddziałów. Tyle wystarczyłoby, aby scharakteryzować Martineza, ale byłby to błąd, bo ludzi takich jak on nie należy bagatelizować. Spójrzmy prawdzie w oczy, Lozcano, mimo doskonałego zdrowia i kondycji, której wielu młodszych mogłoby mu pozazdrościć, jest już w takim wieku i na takiej pozycji, że nie bierze czynnego udziału w akcjach przeprowadzanych przez Zetas. Ma od tego ludzi, a konkretnie Martineza. To właśnie on planuje i nadzoruje wszelkie akcje zbrojne Zetas, a w najważniejszych bierze udział osobiście (czyli w większości z nich, bo niemal każda ma znaczenie dla przyszłości organizacji).

Martinez to mężczyzna średniego wzrostu, składający się przede wszystkim z mięśni. Przypomina przedwojenny automat z napojami i jest chyba równie ciężki. Nigdy nie rozstaje się z wojskową kurtką i chromowanym Magnum .44 ukrytym pod nią. Zawsze ogolony na łyso i z zamyślony spojrzeniem ciemnych oczu, chodzi sztywno, jakby połknął kij. Wzbudza respekt wśród podwładnych oraz wszystkich, którzy słyszeli o nim przynajmniej raz w życiu (dla niektórych był to ostatni raz, kiedy cokolwiek słyszeli).

Ale Martinez nie jest taki jak jego pracodawca. To nie brutal i sadysta, i nie pochwala takich metod, ale jak na razie nie sprzeciwia się im zbyt głośno. Jest katolikiem tak jak wszyscy w jego rodzinie od wielu pokoleń. Codziennie można go spotkać na porannej mszy w maleńkim kościółku na północnych obrzeżach El Paso, gdzie Neodżungla jest nieco rzadsza i nie rozwija się tak gwałtownie. Zawsze siedzi w pierwszej ławce i z uwagą wsłuchuje się w słowa Pisma Świętego i kazania ojca Vicente. Towarzyszy mu przy tym ochrona, ale goryle siedzą zwykle na zewnątrz i nie przeszkadzają wiernym swoją obecnością.

Lozcano ma do Martineza pełne zaufanie i nie przeszkadza mu to, że szef jego „sił zbrojnych” chodzi do kościoła i jest (a przynajmniej próbuje być) dobrym człowiekiem. Powierza mu swoje bezpieczeństwo i wie, że Martinez go nie zawiedzie.

El Paso

To miasto nadal istnieje, chociaż dla ludzi z zewnątrz, z innych części Stanów jest tu tylko Neodżungla. Może nie jest tutaj tak, jak było przed wojną, ale nadal mieszkają tutaj ludzie, równie twardzi (a może nawet twardsi) niż w Miami, gdzie nie ma miejsca dla słabeuszy W El Paso trzeba być twardym, albo zginąć. W miejscu takim, jak to, gdzie rządzi prawo silniejszego, a ludzie są najgroźniejszymi potworami w okolicy, wszyscy, którym brakuje charakteru, szybko opuszczają to miejsce.

Neodżungla zagarnia z każdym miesiącem coraz więcej terenów i nic nie jest w stanie tego zmienić, nawet nieustanne próby podejmowane przez ludzi, którym przyszło tutaj żyć. Jeszcze kilka lat temu El Paso tylko w niewielkim stopniu było opanowane przez tropikalną roślinność, która zmienia nie tylko oblicze ziemi, na którą zawędruje, ale również miejscowy klimat. Przez jakiś czas myślano, że dżungla zatrzyma się na Rio Grande i to będzie ostateczna granica. Nadzieja jednak szybko zgasła, a Neodżungla ruszyła dalej na północ i obecnie El Paso jest kolejnym miastem, które znajduje się na jej terytorium.

W odróżnieniu jednak od znacznej większości miast, które przegrały walkę z zielenią, El Paso przetrwało i jak na warunki, w których przyszło mu trwać, ma się całkiem nieźle. Tam, gdzie przed wojną żyło najwięcej ludzi i gdzie stało najwięcej budynków, Neodżungla nie jest tak widoczna i czasami odnosi się wrażenie, że ona po prostu otacza miasto pierścieniem, który jest chyba najlepszą ochroną dla siedziby Zetas. Tam, gdzie kiedyś były parki i rezerwaty przyrody, teraz zagnieździły się roślinki i nic już nie jest w stanie ich wykurzyć, nawet hektolitry napalmu i innych łatwopalnych substancji wylewanych niemal każdego dnia. Jednak tam, gdzie żyją i mieszkają ludzie, roślinności nie ma tak dużo, żeby utrudniała egzystencję.

Do miasta dojechać można trzema drogami, które są w miarę dobrze utrzymane i oczyszczone z roślinności – międzystanowa 10tka i stanowa 54ka wiodące z północy oraz stanowa 180tka ze wschodu. Jednocześnie ustawiono na nich zasieki i strażnice, które mają chronić miasto przed niepożądanymi gośćmi z zewnątrz. Jedynie nieliczni handlarze i dostawcy mają stałe przepustki pozwalające im na poruszanie się po drogach wiodących do miasta, ale nawet oni wolą uważać, kiedy przybywają do El Paso. Tutaj nawet najbliższa rodzina nie może czuć się bezpiecznie. Nigdy nie wiadomo, kiedy El Verdugo odbije i przyjdzie mu ochota pojeździć po mieście i postrzelać do feralnych mieszkańców, którzy będą mieli nieszczęście znaleźć się na zewnątrz.

Główna siedziba Lozcano znajduje się w budynku starej biblioteki publicznej, którą otaczają resztki parku Armijo (teraz ponownie odzyskującego dawno utraconą świetność – zasługa Neodżungli). W trzypiętrowym budynku znajduje się wszystko, co szefowi gangu jest potrzebne do życia. Jego apartamenty znajdują się na trzecim piętrze wielkiego budynku, który wciąż mieści w sobie nieprzebrane ilości książek, czasopism, magazynów, a nawet filmów i programów komputerowych. To tutaj w podziemnych laboratoriach produkuje się narkotyki i pracuje nad nowymi, które mają wyrobić markę gangowi.

Poza biblioteką, która bardziej przypomina fortecę niż budynek użyteczności publicznej, do ważnych miejsc w mieście należy przejście graniczne nad Rio Grande, równie mocno chronione, gdzie znajdują się główne magazyny Zetas. Tutaj składuje się, pakuje i przygotowuje do transportu narkotyki, a nawet broń. Bowiem poza narkotykami Zetas od czasu do czasu handlują również bronią, którą z niemałym trudem i kosztem wielu istnień ludzkich pozyskują ze starej bazy wojskowej Fort Bliss, położonej na północny wschód od miasta. Czemu jest to takie trudne?

Przede wszystkim dlatego, że tutaj niepodzielnie panuje już Neodżungla i to ona dyktuje warunki. W bazie znaleźć można jeszcze wiele sprzętu, z czego spora część nadal przedstawia pewną wartość i nadaje się do użycia. Ale wszystko to należy do Zetas (nawet jeśli nadal znajduje się na terenie bazy). Gangerzy zazdrośnie strzegą swojej własności i sztuka po sztuce wynoszą stamtąd, co tylko może się przydać.

Również międzynarodowe lotnisko zostało przerobione na potrzeby Zetas i chociaż nie lądują już tutaj samoloty i bliskość Neodżungli jest niepokojąca, to gangerzy potrafili wykorzystać przestrzeń, jaką ono zapewnia i urządzili tutaj sobie obóz szkoleniowy Pełno tutaj torów przeszkód, placów manewrowych, strzelnic, itp. Odgrodzili nawet kawałek (dość spory) Neodżungli, aby i tam trenować swoje jednostki (nawet pomimo faktu, że najwięcej śmiertelnych wypadków podczas treningów ma miejsce właśnie tutaj – dżungli po prostu nie da się ujarzmić).

Zetitas

To przyszłość gangu. Tak najkrócej można określić tę „organizację w organizacji”. Zetitas to coraz liczniejsza grupa młodych i bardzo młodych ludzi (nawet dzieciaków), którzy są trenowani na przyszłych żołnierzy Zetas. Ich życie nie należy do najłatwiejszych, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę warunki, w

jakich przychodzi im trenować i żyć. Ale żaden z nich nie narzeka, nikt ich nie zmusza do tego aby wstąpić w szeregi Zetas. Większość robi to ochotniczo, bo łatwiej jest mordować i rabować, korzystając przy tym ze wszystkich przywilejów, jakie przysługują członkom gangu, niż na przykład pracować na jakimś poletku, gdzie jedyną walką, jaką podejmuje się każdego dnia, jest nierówny pojedynek z Neodżunglą.

Zetitas mają swoją siedzibę i obóz treningowy na terenie starych torowisk znajdujących się w zachodniej części miasta, tuż nad Rio Grande. Stare magazyny i hale przerobiono na budynki mieszkalne, a same torowiska i tereny nad rzeką służą jako pole treningowe, gdzie Zetitas uczą się zabijać.

W większości przypadków przyszli Zetas są jeszcze bardziej brutalni i zawzięci niż starsi, pełnoprawni członkowie gangu. Próbują udowodnić innym (a przede wszystkim sobie), że są prawdziwymi twardzielami, dla których nie ma rzeczy niemożliwych, że nie istnieje strach, a słabsi są po to, aby ich poniżać i aby służyli silniejszym. W szeregach Zetitas nie ma miejsca dla słabeuszy Ale główną przewagą młodych gangerów jest ich liczba, która z miesiąca na miesiąc rośnie, nawet pomimo znacznych strat, czy to w wyniku nieudanych akcji, wypadków podczas treningów, czy też zapuszczenia się zbyt głęboko w Neodżunglę.

Święty?

Może to się wydawać dziwne, ale nawet pośród tych potworów, których uznaje się za ludzi tylko dlatego, że chodzą wyprostowani na dwóch nogach, znaleźć można prawdziwe zagubione owieczki, synów marnotrawnych, którzy wiedzą, że dookoła nich dzieje się zło i próbują temu zapobiec. Jednak prawdziwe zdziwienie przychodzi w momencie, kiedy okazuje się, że takim świętym (przynajmniej dla części Meksykan) jest prawa ręka El Verdugo, czyli Martinez. Nie spotkałem jeszcze nikogo, kto mógłby to potwierdzić, ale słyszałem na ten temat wiele historii, na przykład o tym, jak Martinez pomógł uciec jednemu z największych wrogów Lozcano, aby zapobiec masakrze całej jego rodziny Nie wiem, ile w tym prawdy, ale faktem jest, że ciała, które Martinez dostarczył szefowi, nie dało się rozpoznać i wielu twierdzi, że El Verdugo widział nie tę osobę, którą chciał wykończyć, tylko jakiegoś szczura, który umarł, zanim Martinez zajął się spreparowaniem całej sprawy.

Arena

Na terenie obozu szkoleniowego Zetitas poza torami przeszkód są jeszcze stare, przedwojenne tory kolejowe oraz mnóstwo elektrowozów, wagonów, drezyn i innego złomu, który może nie wyjedzie już w jakąś dłuższą trasę, ale nadaje się, żeby nim jeszcze trochę poszaleć. Meksykańcy wymyślili sobie, że tereny torowiska doskonale nadają się jako widowiskowa i bardzo śmiertelna arena walk gladiatorskich. Część z nich została ogrodzona wysokim płotem z siatki i drutu kolczastego. Pozostawiono jednak wolną przestrzeń w miejscach, gdzie znajdują się tory, tak żeby rozpędzone pociągi mogły swobodnie przejeżdżać przez arenę.

W trakcie pojedynku, który w El Paso zwykle przybiera formę walki drużynowej, pociągi przejeżdżają przez arenę. Za każdym razem odbywa się to w różnych momentach pojedynku i po różnych torach, tak że walczący nigdy nie wiedzą, w którym miejscu pojawi się rozpędzony elektrowóz.

Nawet w przypadku, kiedy gladiator zorientuje się, że zbliża się pociąg i zdąży uskoczyć z torów, istnieje szansa, że jego przeciwnik wepchnie go tam z powrotem, wprost pod koła, które rozniosą go po całej arenie, ku uciesze widowni. Bo w El Paso walczy się do samego końca.

Autor: Piotr Orliński

Ten artykuł został pierwotnie opublikowany w czasopiśmie Gwiezdny Pirat,
wydawanym przez Wydawnictwo Portal (czyli autorów Neuroshimy).
Dziękujemy za zgodę na publikację i zapraszamy na stronę PortalGames.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.