Dzieci apokalipsy

Kiedy byłem młodszy i większość czasu spędzałem w rodzinnym miasteczku – swoją drogą, jakaż to była dziura – wydawało mi się, że dla mutantów bogiem jest Moloch, że nie wierzą w nic innego. W końcu to on ich stworzył, wyhodował. Jeśli chodzi o nas, ludzi, to wierzymy w naprawdę wiele dziwacznych rzeczy – Bóg, atomowa zagłada, drewniany totem, magazyn ze Snickersami. Praktycznie co wioska, to wiara w inną rzecz, choć i tak większość ludzi wciąż pozostaje wierna religiom sprzed wojny.

Wydawać by się mogło, że z mutantami sprawa jest o wiele prostsza. Mają swojego tatusia Molocha i jemu oddają pokłon (znam ludzi, którzy robią podobnie, widząc w nim nowego, wspaniałego boga postnuklearnych pustkowi), jego czczą jako swojego stwórcę i z jego imieniem na ustach prowadzą krucjatę przeciwko ludziom. Jednak sytuacja i tutaj jest o wiele bardziej skomplikowana. Odkąd opuściłem swoje miasteczko, przedeptałem już niejedną drogę i widziałem wiele, i uwierz mi, mutanci wierzą w rzeczy jeszcze dziwniejsze niż my. Jest tego tyle, że nie sposób opowiedzieć o wszystkim, a poza tym z każdym dniem pojawiają się nowe plemiona i kolonie mutków, a każde z nich ma swój pogląd na świat.

Dzieci Czerwonego Słońca

Mimo zbieżności nazw, Dzieci Czerwonego Słońca nie mają nic wspólnego z Kościołem Czerwonego Słońca.

Tych dziwaków spotkałem na pustyni, na północ od Las Vegas, o jakieś dwa dni drogi od miasta (oczywiście samochodem, rzadko chodzę piechotą). Nie jest to jedno plemię skupione w osadzie i odcinające się od ludzi i świata zewnętrznego. Na tę grupę składają się, jeśli mnie pamięć nie myli, cztery osady założone w ruinach miasteczek. Ludzie opuścili je kilkanaście lat po wojnie i przenieśli się bliżej Las Vegas lub do samego miasta.

Wyglądem przypominają ludzi, za wyjątkiem kilku drobnych szczegółów. Najbardziej rzucającą się w oczy cechą ich wyglądu zewnętrznego jest kolor skóry. Przypomina karnację Indian, ale w tym przypadku można mówić o prawdziwych czerwonoskórych. Czerwień ich cery jest naprawdę intensywna, chorobliwa. Wyglądają jakby byli poparzeni przez zbyt długie przebywanie na słońcu. Jeszcze dziwniejsze rzeczy dzieją się po zachodzie słońca, kiedy wokół zapadają ciemności. Wówczas ich skóra wydaje się promieniować delikatnie roztaczając czerwoną, ciepłą poświatę.

Poza tymi anomaliami anatomicznymi w ich zachowaniu nie ma nic, co odróżniałoby ich od zwyczajnych ludzi. Często nawet przewyższają swoją dobrocią i spokojnym charakterem nas, którzy potrafimy być okrutni dla samych siebie i swojego całego gatunku, nie mówiąc już o innych istotach. Dzieci Czerwonego Słońca są jednymi z najspokojniejszych i najbardziej przyjaznych stworzeń, jakie zdarzyło mi się spotkać w moim nie tak już krótkim życiu. Zostałem przez nich przyjęty, jakbym był jednym z nich. Najadłem się do syta (w prawdzie nie mam pojęcia co jadłem, ale było diablo smaczne i nie pochorowałem się po tym), zaopatrzyłem w żywność i wodę na dalszą drogę oraz wymieniłem informacje i plotki. Dawno nie czułem się tak dobrze i bezpiecznie, pośród ludzi nie ma tyle życzliwości (są oczywiście wyjątki, tak samo jak Dzieci Czerwonego Słońca są wyjątkiem wśród mutantów).

Mutanci owi zajmują się jakimiś nędznymi uprawami, które wymieniają na potrzebne produkty, czyli przede wszystkim części zamienne i leki. W czasie, jaki spędziłem w ich osadzie, nie widziałem, żeby któryś z nich się  objadał (większość żywności pochłaniałem ja, a oni ciągle mnie do tego zachęcali). Może ma to coś wspólnego z ich dziwnym wyglądem i upodobaniami. Nie jestem jakimś cholernym jajogłowcem i nie wiem, czy to w ogóle możliwe, ale oni twierdzą, że słońce daje im energię oraz siłę do egzystencji i normalnego funkcjonowania. Spotkałem kiedyś gościa, który zajmuje się badaniem Neodżungli i kiedy mu o tym opowiedziałem, wyśmiał mnie i powiedział, że takie rzeczy są niemożliwe. Teraz sam nie wiem, co o tym wszystkim sądzić, ale wiem, co widziałem i jeśli mi nie wierzysz, jedź w okolice Vegas i przekonaj się sam.

Ich wiara związana jest nierozerwalnie z tym, w jaki sposób się „odżywiają” i jaką rolę w ich życiu odgrywa słońce. Tutaj, w okolicach Las Vegas, gdzie króluje pustynia i gdzie nie spojrzeć, widać tylko rozległą, największą z możliwych piaskownicę, prawie zawsze świeci słońce. I to świeci tak, że bez lustrzanek lepiej się tam nie zapuszczać. Zdarzają się oczywiście dni pochmurne i chłodne (ostatnio coraz częściej), ale przez większą część roku człowiekowi wydaje się, że znalazł się na samym środku rozgrzanej patelni.

Dzieci Czerwonego Słońca – tak się sami nazwali i ta nazwa mówi o nich wszystko. Nie jest to może sekta w pełnym tego słowa znaczeniu, nie mają żadnych świąt, natchnionych pism, patronów, czy choćby jakiejś ideologii. Czczą słońce, jako życiodajną siłę i codziennie na wiele godzin wystawiają swoje ciała na jego promieniowanie. Nie przybiera to jakiejś ściśle ustalonej formy czy rytuałów, choć coraz częściej starają się to w jakiś sposób ubrać w ramy obrządku. Wydaje się jednak, że robią to tylko po to, aby przyciągnąć do siebie innych mutantów, przejawiających podobne upodobania.

Jeśli lubisz kąpiele słoneczne, to z pewnością spodoba ci się u Dzieci Czerwonego Słońca. Jeśli szukasz spokoju i czyjegoś przyjaznego gestu, i nie masz uprzedzeń w stosunku do mutantów, znajdziesz to właśnie u nich.

Plemię Parisha

Zupełnym przeciwieństwem Dzieci Czerwonego Słońca są mutanci związani z Parishem, typkiem pokroju Borgo – o tym osobniku na pewno słyszałeś. Nie miałem „przyjemności” poznania zwolenników Parisha osobiście, po części dlatego, że niełatwo ich spotkać, a częściowo ze względu na to, że życie jest mi bardzo drogie (ten argument przeważył). Informacje o tym plemieniu uzyskałem od jednego łowcy mutantów. Polował na nich wiele razy, choć również i jemu nie udało się trafić na jakiekolwiek ślady mogące go doprowadzić do kryjówki odmieńców. Poza tym on również czerpał informacje nie tylko od schwytanych mutantów, ale także od innych łowców.

Terenem, na którym można ich najczęściej spotkać, są okolice Chicago. Miasto jest już kompletną ruiną i żyją tam jedynie degeneraci i prawdziwi szaleńcy, którzy zupełnie stracili rozum, albo są niezniszczalni, poszukujący tam przedwojennych skarbów. Normalni ludzie starają się unikać tamtych okolic. Są to tereny nieprzyjazne człowiekowi: pełno tu martwych lasów oraz mglistych bagien, może nie tak niebezpiecznych jak te na Florydzie, ale zawsze pełnych zdradliwych ścieżek i toksycznych rozlewisk. Krótko mówiąc: idealne miejsce dla takich istot, jak właśnie plemię Parisha.

Pojawili się na tych terenach nieco ponad trzy lata temu, oczywiście jako jedno z kolejnych „dzieł” Molocha. Są to mutanci drugiej generacji, tylko w ogólnych zarysach przypominający ludzi. Zwykle ich mutacje są bardzo widoczne i nietypowe. Pełno tu macek, kleszczy zamiast ramion, jakichś wypustek z dodatkowymi oczami, kwas zamiast krwi, przerośnięte kończyny, nadludzko rozrośnięte mięśnie i zmysły wyczulone kilka razy lepiej niż u niektórych gatunków zwierząt. Wszystko to są „usprawnienia”, które mają im ułatwić przetrwanie w świecie po wojnie, jaki dla nich stworzył Moloch.

Chociaż są świadomi, kto jest ich stwórcą i skąd pochodzą, nie oddają czci Bestii, tak jak to czyni wiele innych plemion. Zamiast tego zaczęli tworzyć coś w rodzaju kultu, do którego ściągają wciąż nowi „wyznawcy”, oczywiście same mutanty. Podobnie jak Gas Drinkers z Detroit oddaje cześć Hegemonowi, tak plemię z okolic Chicago oddaje hołd swojemu wodzowi, czyli Parishowi, który jest nie tylko najsilniejszym osobnikiem, ale jednocześnie pełni rolę kogoś na wzór kapłana. Całe zaś plemię, za pośrednictwem Parisha, składa krwawe ofiary, nie tylko z ludzi, jakimś mrocznym potęgom, które pozostają nieznane.

Ludzie nie są tu mile widziani, chyba że jako ofiara. To oczywiście utrudnia poznanie ich zwyczajów. Jednak z plotek i opowieści (nie wiem na ile prawdziwych) mówi, że w ukrytej gdzieś na bagnach osadzie znajduje się budowany przez lata stos czaszek i kości – poczerniałych, spękanych i porośniętych przez zdegenerowaną roślinność. Wokół niego podobno odbywają się krwawe rytuały, podczas których w straszliwych męczarniach giną ludzie lub inne stworzenia upolowane przez mutantów. Wierzą oni, że zjadając pokonane istoty przejmują ich moc i siłę życiową. Mutanci zdobią swoje ciała dziwnymi malunkami wykonanymi krwią swoich ofiar i obwieszają się makabrycznymi naszyjnikami z uszu lub zębów ludzi lub innych stworzeń, które miały pecha znaleźć się w pobliżu ich terenów łowieckich.

I na koniec dobra rada płynąca z mojej opowieści – staraj się ich unikać. To nie są mutki z St. Louis kochające muzykę, zabawę i nad wyraz tolerancyjne. Plemię Parisha to prawdziwe bestie – dzikie i okrutne, żądne krwi i do tego nie znające strachu (a także kilku innych stanów emocjonalnych). Unikaj ich jak ognia, chyba że czujesz się na siłach i masz wsparcie kilkunastu (a może lepiej kilkudziesięciu) twardzieli z ciężką bronią. W innym przypadku szybko możesz zamienić się w gustowną ozdobę na szyi jednego z mutantów Parisha.

Starcy

W Salt Lake City spędziłem prawie dwa miesiące i miałem możliwość przyjrzenia się tamtejszemu stylowi życia i ludziom tam mieszkającym. Ale nie tylko ludziom się przyglądałem i nie tylko z ludźmi się zapoznałem. W tym „mieście cudów”, gdzie na każdym kroku można się natknąć na nawiedzonych kaznodziejów głoszących albo koniec świata, albo coś zupełnie wręcz odwrotnego, żyją nie tylko przedstawiciele homo sapiens, ale również nowy gatunek – homo molochus (jak mawiają niektórzy co bardziej dowcipni), czyli po prostu mutanci trzeciej generacji.

Ci z nich, którzy zamieszkują Salt Lake City, szybko zapomnieli o swoim „tatusiu” Molochu, a dzięki temu, że wyglądem zewnętrznym nie różnią się od ludzi prawie w ogóle (może z tym wyjątkiem, że wyglądają na zdrowszych i rzadziej chorują), dostosowali się do otoczenia. Starają się nie wychylać za bardzo, co w tym mieście nie jest wcale takie trudne. Nawet jeśli ujawniają swoje paranormalne zdolności – czytanie w myślach, hipnotyzowanie wzrokiem, telekineza – nikt nie bierze ich od razu za mutantów (przynajmniej nikt z miejscowych), chociaż nimi bez wątpienia są. Tutaj jest to traktowane jako szczególny dar, rodzaj łaski, a oni sami są uznawani za prawdziwych proroków albo cudotwórców.

Osobiście poznałem jedną z bardziej interesujących grup, której członkowie nawet nie próbują ukrywać tego, że są mutantami. Cieszą się jednak takim poważaniem pośród mieszkańców miasta, że nikt nie ośmiela się podnieść na nich ręki, czy choćby krzywo spojrzeć. I nie chodzi o to, że mutki mogłyby się zemścić, są na to zbyt spokojni. Zrobiliby to za nich ludzie, którzy się do nich przyzwyczaili i którzy wiedzą, że ta grupa jest czymś w rodzaju bufora, utrzymującego w mieście równowagę sił.

Nazywają ich Starcami. Na grupę, którą śmiało można nazwać sektą, składa się zaledwie siedmiu osobników oraz trudna do oszacowania grupa ich wiernych słuchaczy. Siedmiu przywódców, czyli właśnie Starcy,  to mutanci, natomiast ci, którzy są ich uczniami, to w większości ludzie.

Starcy to mutki trzeciej generacji. Jeśli jesteś dobrym łowcą i masz coś w rodzaju szóstego zmysłu, na pewno ich wyczujesz. Jednak nie wykorzystują oni swoich darów, czyli możliwości wpływania na słabe ludzkie umysły. Gdyby to zaczęli robić, pewnie już dawno przeszliby do historii i nawet ich obrońcy pierwsi rzuciliby kamień. Wielu jednak ludzi, zwłaszcza nowych w Salt Lake City nawiedzonych sekciarzy, twierdzi, że Starcy są zagrożeniem i wpływają na ludzi, powiększając w ten sposób swoją „trzódkę” wiernych. Ale to tylko plotka wymierzona prosto w sektę i nie mająca wiele wspólnego z prawdą. Starcy to naprawdę mądrzy mutanci i nie zrobiliby nic tak głupiego, żeby zniszczyć to, nad czym trudzili się przez tyle lat. Żyje im się tutaj bardzo dobrze, niczego im nie brakuje; rzadko kiedy coś im zagraża i nie chcieliby tego stracić przez jakieś nieprzemyślanie działania.

Szczególny dar Starców to przewidywanie przyszłości, czasem niezwykle precyzyjne, a czasem w sposób niejasny i zagmatwany. Ta właśnie zdolność zjednała im wielu zwolenników i nawet najbardziej separatystyczne grupy sekciarzy często zasięgają ich rady. Najsłynniejszy przypadek, kiedy dar Starców przyczynił się do zdobycia zaufania wśród mieszkańców Salt Lake City i okolic, miał miejsce rok temu, w 2054, kiedy na południe ruszyła jedna z kampanii militarnych Molocha. Starcy opowiadali o swoich wizjach, a że dotyczyły bezpośrednio ich stworzyciela, przez to były bardzo wyraźne. Przewidywali atak maszyn Bestii na miasto – nie jakieś frontalne uderzenie za pomocą mobsprzętu, ale przy wykorzystaniu mniejszych maszyn typu krety czy sobowtórniaki. Początkowo nikt nie chciał im wierzyć, ale potem jeden z miejscowych bossów, któremu nie podobała się obecność mutków w mieście, chcąc ich zdemaskować. wysłał swoich ludzi na patrol. Szybko znaleźli ślady działalności Molocha i jego przygotowania do ataku na miasto. Wybuchła panika, ale ludzie szybko się opanowali. Jeszcze raz (tym razem nieco uważniej) wysłuchali Starców i postąpili zgodnie z ich wskazówkami.

Mutanci zostali bohaterami miasta, ale ze względu na swoje pochodzenie i odmienność. nie było mowy o tym, żeby stali się jakąś wpływową grupą. Mimo to nadal wielu ich słucha i zasięga u nich rady.

Starcy rezydują w najbardziej zrujnowanej części miasta, tam gdzie inni nie chcą mieszkać. Dzięki temu mają spokój i nikt się ich nie czepia (a przynajmniej nie za często). Poza tym starają się nie rzucać w oczy i unikać wszelkich konfliktów. A co się dzieje, kiedy w mieście pojawia się jakiś napalony, młody łowca mutantów? Lepiej niech nie podnosi ręki na Starców, bo może się to dla niego skończyć linczem, albo w sposób o wiele gorszy.

Zapomniana Osada

Opowiem o jeszcze jednym plemieniu mutantów, którzy już dawno powinni przestać istnieć, ale jakimś dziwnym zrządzeniem losu ocaleli i trzymają się, choć stopień ich degeneracji posunął się już tak daleko, że jeszcze kilka, kilkanaście lat i wszyscy zmienią się w coś w rodzaju galarety. Wydaje mi się, że kiedyś były to zwykłe mutki, może homary – bezmyślne, ale za to pracowite – które nie spełniły oczekiwań Molocha i zostały przez niego po prostu zapomniane. Zapomnieli o nich również i ludzie. Nie wiem czy na szczęście, ale dla tych mutków okazało się to zbawienne.

Ja miałem szczęście trafić do ich osady gdzieś na północnych krańcach Florydy. Byłem wtedy chory na czerwoną gorączkę błotną i zabłądziłem. Mówiąc bardziej precyzyjnie, odbiło mi, miałem halucynacje i teraz nawet nie wiem jakim cudem przeżyłem tamten koszmar. Mówiąc, że trafiłem do ich wioski, trochę przesadziłem. To oni znaleźli mnie na bagnach, leżącego w błocie i trzęsącego się w gorączce.

Początkowo, kiedy budziłem się w przerwach podczas niespokojnego snu, widziałem nad sobą i wszędzie dookoła dziwaczne istoty. Wydawało mi się, że to jakiś nie mający końca koszmar wywołany chorobą. Jednak z każdym dniem czułem się coraz lepiej, gorączka ustępowała, a mimo to dziwne istoty nie znikały w chwilach przebudzenia. Dopiero po jakimś czasie zdałem sobie sprawę z tego, że już wszystko ze mną w porządku, a stworzenia, które się mną zajmowały, nie są tylko wymysłem zmęczonego i osłabionego chorobą umysłu, ale istnieją naprawdę.

To byli najdziwniejsi i najbardziej zdeformowani mutanci, jakich miałem okazję spotkać, a odkąd opuściłem swoją mieścinę, widziałem naprawdę wiele. Nawet ci, którzy gromadzą się wokół Borgo, albo mutki z Anti-H są, w porównaniu z tymi, „normalni”.

Czerwona gorączka błotna to nie jest grypa, której można się pozbyć w kilka dni, łykając nieprzeterminowaną aspirynę. Trzymała mnie przez trzy tygodnie, a nawet potem, jak już wszystko wróciło do normy, wolałem jeszcze dla pewności nie zapuszczać się na bagna. Początkowo bałem się, że trzymają mnie tutaj jako coś w rodzaju zapasu żywności na czarną godzinę. Wkrótce jednak okazało się, że traktują mnie prawie jak boga. Nie pozwalali mi nic robić, żebym się przypadkiem nie zgrzał i znowu nie zachorował, przynosili mi jedzenie i czystą wodę (chociaż nie mam zielonego pojęcia, skąd ją czerpali). Dbali o mnie i chronili przed zewnętrznymi zagrożeniami. Nie byli zbyt rozmowni – to zrozumiałe ze względu na fakt, że tylko kilkoro z nich potrafiło wydobywać z siebie jakieś zrozumiałe i sensowne dźwięki. Od tych właśnie osobników udało mi się wyciągnąć kilka sensownych, choć nie wiem na ile prawdziwych, informacji.

Mutki z Zapomnianej Osady, jak ją teraz nazywam, to prawdziwy wybryk natury. Tylu mutacji przypadających na jednego mutanta nie znalazłem jeszcze nigdzie. Jednak tylko najbardziej przydatne i pomagające w funkcjonowaniu na bagnistych terenach są wynikiem eksperymentów Molocha i samego wpływu środowiska. Cała reszta (czyli przytłaczająca większość) to cechy nabyte w wyniku krzyżowania się poszczególnych osobników między sobą. Tutaj każdy jest w jakiś sposób powiązany z resztą plemienia więzami krwi. Każdy jest bratem albo siostrą (a często i jednym i drugim jednocześnie) innego mutanta. Na samo wspomnienie tego wykładu o koligacjach wewnątrz plemiennych, jakiego wysłuchałem, robi mi się niedobrze.

Nie powiem, żeby było mi u nich źle, ale z czasem zaczynało mi się nudzić, a poza tym zacząłem podejrzewać, że pomimo tego, że traktowali mnie jak boga, to byłem tam więźniem. Coraz częściej wspominałem im, że wkrótce będę musiał ich opuścić, ale to chyba do nich nie docierało. Kiedy pewnego dnia wprost zapytałem o drogę i kierunek, który bezpiecznie wywiódłby mnie z tych przeklętych bagien, powstało takie zamieszanie, że myślałem, że już po mnie. Twierdzili, że nie mogę ich zostawić, że zostałem tutaj zesłany, aby im przewodzić (ale jakoś dziwnym trafem nie chcieli udzielić mi potrzebnych informacji, twierdząc, że to dla mojego dobra). Miałem być ich nauczycielem, przewodnikiem. Chcieli słuchać moich opowieści, uczyć się wszystkiego, co ja umiałem.

Jednak nic nie mogło mnie już przekonać, żeby resztę życia spędzić jako nauczyciel dla bandy zmutowanych degeneratów. Uciekłem. Kosztowało mnie to wiele zdrowia i o mały włos nie skończyłem na dnie bagna, ale wolałem już śmierć, niż obecność tych stworzeń.

A co teraz dzieje się z tymi nieszczęśnikami? Nie mam bladego pojęcia i szczerze – nie interesuje mnie to. Pewnie dalej krzyżują się między sobą, degenerują coraz bardziej i coraz mniej przypominają istoty humanoidalne. I z pewnością czekają na kolejnego zagubionego wędrowca, który trafi do ich osady i zostanie tam na wieki.

Zakończenie

Rozgadałem się, nie ma co. Ale i tak nie opowiedziałem nawet o niewielkiej części tego, co widziałem podczas moich wędrówek. Ale nie można ujawniać wszystkich swoich sekretów naraz, zawsze warto zostawić sobie jakąś ciekawą opowieść na inną okazję, żeby wyciągnąć ją jak asa z rękawa w odpowiedniej chwili i zarobić bajaniem na coś ciepłego do żarcia i łyk czystej wody.

Zatem do następnego razu, przyjacielu.

Autor: Piotr Orliński
Korekta:
Sylwia „Nefariel” Bogdańska

Ten artykuł został pierwotnie opublikowany w czasopiśmie Gwiezdny Pirat,
wydawanym przez Wydawnictwo Portal (czyli autorów Neuroshimy).
Dziękujemy za zgodę na publikację i zapraszamy na stronę PortalGames.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.