Kawałki raju

„We live, as we dream – alone” – Joseph Conrad „Heart of Darkness”

Czy tak wyobrażaliśmy sobie naszą przyszłość? Wśród ruin najpotężniejszego państwa na świecie, pośród połamanych słupów wysokiego napięcia, poprzewracanych huśtawek na opuszczonych placach zabaw, gdzie już nigdy nie usłyszy się śmiechu dzieci? Czy o tym właśnie marzyliśmy, zamknięci w swoich czterech ścianach, w apartamentach gdzieś wysoko nad ziemią, albo w małych, przytulnych domkach na przedmieściach? Głęboko w to wątpię, pomyślał Josey Scott i splunął na gruzowisko kamieni u swoich stóp. Siedział na ruinach jakiegoś ceglanego muru, który niemal zupełnie rozleciał się zdmuchnięty falą uderzeniową.

Kiedy ponad trzydzieści lat temu na Detroit spadły bomby, z miasta zostało naprawdę niewiele. Teraz wydawać by się mogło, że to miasto odrodziło się, odżyło na nowo, zwłaszcza jeśli człowiek zawędrował do dzielnicy Schulzów. Tam żyło się prawie tak jak przed wojną. Ludzie starali się powrócić do normalności i zapomnieć o tym horrorze, który sami sobie zgotowali. Z kieszeni wytartej na łokciach skórzanej kurtki Josey wyłowił niewielką, czarną pastylkę. Spojrzał na nią, a później zacisnął w pięści. To był jego bilet do odległej krainy, którą ludzie opuścili wraz z powstaniem Molocha. Teraz ta pastylka była jedyną rzeczą, która pozwalała przypomnieć sobie, jak żyło się kiedyś. Wielu młodych – w tym również i Josey – którzy urodzili się już po wojnie, w ogóle nie znało dawnego świata. Dla nich był tylko marzeniem, narkotyczną wizją wywołaną przez dawkę Tornado. Jedynie w ten sposób mogli poznać świat, w jakim żyli ich rodzice, i porównać go z tym, w jakim przyszło żyć im samym. Wielu było takich, którzy nie wytrzymywali tego porównania, załamywali się, chcieli coraz częściej odwiedzać „tamten” świat. Tylko tam byli szczęśliwi, mogli spróbować potraw, jakich teraz nigdzie się już nie dostanie, albo nawet takich, o których teraz nikt już nie pamięta, że w ogóle istniały. Tornado było prawdziwym nałogiem i niewielu miało w sobie dość siły, żeby z tym skończyć. Zawsze, kiedy wydawało się, że człowiek nie będzie już potrzebował kolejnej działki, doświadczał czegoś, co kazało mu wyrwać się z tego przeklętego miejsca i czasu.

Josey czuł w zamkniętej, spotniałej dłoni obły kształt pastylki. Bilet w daleką podróż. Kiedy przychodziła dla niego ta chwila i był już gotów na połknięcie swojej dawki narkotyku, następował moment wahania. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że nie wygra bitwy z pokusą ucieczki w marzenia, ale za każdym razem walczył.

Zdobycie tej działki kosztowało go wiele wysiłku. To było najgorsze w całym tym interesie. Ci, którym się powodziło i mieli wystarczająco dużo majątku, żeby pozwolić sobie na niemal nieograniczone ilości Tornado, unikali narkotyku. Im nie był potrzebny. Tornado zażywali ci, którym się nie powiodło, którzy żyli z dnia na dzień, czasem przymierając głodem. Żeby kupić narkotyk, trzeba było mieć coś na wymianę, a że Josey nie miał nic cennego, musiał się trochę napocić.

Gość, którego załatwił dla tych kilkunastu nędznych gambli, był chyba największym naiwniakiem, jakiego Josey spotkał w Detroit. Zastanawiał się po co tacy ludzie w ogóle pchają się do tego miasta. Facet przyjechał z jakiejś pobliskiej wiochy, których pełno dookoła miasta i nawet się przedstawił – Tonny Mitchel – chociaż Josey wolałby, żeby tego nie robił. Nie lubił robić krzywdy komuć, kto nie jest anonimowy. Zawsze później miał wyrzuty sumienia i czuł się tak, jakby zrobił to jakiemuś swojemu znajomemu. Mężczyzna dużo gadał, prawdę mówiąc gęba mu się prawie nie zamykała. Josey już dawno nie widział człowieka tak pełnego entuzjazmu i planów na przyszłość.

Teraz, kiedy się nad tym zastanawiał ściskając w dłoni tabletkę, czuł się podle. Dla tej czarnej pigułki pozbawił człowieka nie tylko życia, ale przede wszystkim jego marzeń. To był jeden z powodów, dla których tak rzadko sięgał po narkotyk. Tylko w taki sposób potrafił zdobywać środki na jego zakup, a to przygnębiało go, bo nie takiego życia chciał dla siebie. Też chciał mieć marzenia, plany. A jedyną rzeczą, jaką dostawał, były wyrzuty sumienia.

Josey wiele razy chciał opuścić Detroit, uciec do jakiejś mieściny daleko stąd, znaleźć uczciwe zajęcie i żyć w spokoju. Ale za każdym razem, kiedy przychodziła ta chwila, pojawiały się wątpliwości i strach, że nie da rady, że takie życie, jakie prowadzi tutaj, jest jedynym, do jakiego jest zdolny. I zostawał. Coraz bardziej przygnębiony, coraz bardziej uzależniony od tego miasta i od narkotyku.

Powoli podniósł się z miejsca, na którym siedział. Jeszcze raz spojrzał w dół wzgórza, na rozpościerającą się przed nim panoramę miasta. Niemal nieskończone morze ruin poprzecinane wstęgami popękanych autostrad. Tam, gdzie rozciągała się władza Schultzów i gdzie nigdy nie spadły bomby, wznosiło się kilka pokiereszowanych wieżowców. Niemi świadkowie tego, jakim wspaniałym miastem było kiedyś Detroit. Teraz nie pomoże mu nawet całe stado Schultzów, pomyślał Josey, odwracając się plecami do tego widoku.

Skierował się do niskiego budynku, który jako jeden z nielicznych przetrwał zagładę w stanie nadającym się jeszcze do zamieszkania bez obawy, że coś oderwie się od sufitu i spadnie człowiekowi na głowę podczas snu lub transu wywołanego narkotykiem. Znajdował się gdzieś na północ od Mt. Clemens, jednego z miejsc, gdzie trzydzieści lat temu spadła bomba. Może nie była to najzdrowsza okolica, ale przynajmniej Josey był spokojny, że nikt nie będzie go tutaj niepokoił. Minęło już tyle lat, ale promieniowanie i skażenie terenu wciąż były wysokie i ludzie woleli nie ryzykować zapuszczania się w tę okolicę. Nawet degeneraci z Gas Drinkers, zamknięci w swojej strefie, rzadko się tutaj pojawiali. Również konwoje zmierzające do rafinerii w New Baltimore majaczyły tylko gdzieś na horyzoncie pomiędzy ruinami.

Josey wszedł do wnętrza budynku. Panowała tam niemal zupełna ciemność i jedynie resztki dnia dostawały się przez otwór, który kiedyś miał drzwi. W powietrzu unosiły się drobiny kurzu i pyłu unoszone przez wiejący wiatr, wpadający do środka licznymi szczelinami. Mężczyzna, nie spiesząc się, wszedł po nieco chybotliwych schodach. W prawej dłoni wciąż ściskał pigułkę, a lewą opierał się o ścianę. Jego usta bezgłośnie poruszały się, kiedy odliczał pokonane już schody. Wreszcie dotarł na piętro. Wąski korytarz kończył się zabitym deskami oknem. Po obu stronach umieszczone były drzwi prowadzące do mieszkań, w których w dawnych, szczęśliwszych czasach mieszkali mniej zamożni mieszkańcy Detroit.

Kiedy Josey po raz pierwszy tutaj trafił, miał nadzieję, że obłowi się jakimiś skarbami przeszłości. Budynek wydawał się nieodwiedzony przez nikogo. Ale poza kilkoma starymi sprzętami domowymi, które nawet przed wojną nie miały zbyt wielkiej wartości, nie znalazł nic, co mógłby z zyskiem sprzedać. Niektóre dzielnice miasta przed wojną były w takim samym stanie jak teraz, kiedy wszystko dookoła upadło i zamieniło się w ruinę. Niektóre rzeczy nie zmieniają się, pomyślał popychając nieco oporne drzwi z wiszącym na nich zardzewiałym numerkiem „7″.

Zamknął za sobą i dodatkowo zabarykadował wejście starą, ciężką szafą. Zawsze tak robił, dzięki temu czuł się bezpieczniej i miał pewność, że nikt nieproszony nie przeszkodzi mu, kiedy pogrąży się w narkotycznych marzeniach. Przyszły takie czasy, że nie można było ufać nikomu, nawet najbliższym, jeśli takich się w ogóle miało.

Mieszkanie przedstawiało przygnębiający widok. Panował tu nieprzyjemny zaduch, powietrze wypełniał wirujący kurz, unoszący się z drewnianej podłogi przy każdym kroku. Przez liczne szczeliny w zabitych deskami oknach do środka wpadało mętne światło kończącego się powoli dnia. W tych jasnych smugach tańczące drobiny kurzu były doskonale widoczne i wydawało się, że są jedynymi żywymi istotami, które mają jeszcze jakąkolwiek ochotę na zamieszkiwanie takich miejsc i zabawę. Nie było tutaj przedpokoju. Całe mieszkanie składało się z dość przestronnego, kwadratowego pokoju z dwoma oknami i ślepej kuchni, oddzielonej od niego popękaną ścianką z czymś w rodzaju długiego okna z parapetem zastępującym stół. Kuchnia była wąska i bardziej przypominała korytarz w wagonie kolejowym niż pomieszczenie, gdzie przygotowuje się posiłki. Po drugiej stronie znajdowało się dwoje drzwi – te bliżej wejścia, do łazienki i drugie prowadzące do sypialni, gdzie jedynym sprzętem świadczącym o dawnej funkcji pomieszczenia był stary, pociemniały od brudu materac. Okno zasłaniały deski pamiętające jeszcze czasy sprzed wybuchu wojny.

Josey z westchnieniem opadł na materac, oparł się plecami o ścianę i zamknął oczy. Przez długą chwilę siedział tak, zupełnie nieruchomo, oddychając spokojnie. Po chwili poruszył się, otwierając dłoń, w której do tej pory trzymał czarną tabletkę. Owalny kształt zachęcał tajemnicą, jaką skrywał w swoim wnętrzu. Może i była to tylko iluzja, narkotyczna wizja, po której człowiek czuje się jeszcze bardziej podle, wie jak wiele stracił wraz z pogrzebanym trzydzieści lat temu światem. Mimo to jednak sięga po ten niewielki przedmiot, aby choć przez chwilę poczuć się jak nigdy, stać się kimś zupełnie innym, zakosztować życia, o którym tyle opowiadają ludzie pamiętający jeszcze czasy sprzed wojny. Mieć możliwość skosztowania czystej i smacznej żywności, nieskażonej żadnymi świństwami, po której nie rzyga się przez całą noc. Poczuć na skórze czyste, miękkie i pachnące ubranie, albo czyjś delikatny dotyk.

O tym właśnie marzą wszyscy sięgający po Tornado i tego pragną za każdym razem kiedy udają się w tę daleką podróż w czasie, dzięki tej maleńkiej pigułce.

Gdzieś na zewnątrz zagrzechotały kamienie. Pewnie jakiś wygłodniały pies, albo inne stworzenie szukające pożywienia, pomyślał Josey. Przyzwyczaił się do podobnych hałasów i przestał zawracać sobie nimi głowę. Gdyby przejmował się każdym takim odgłosem, nie miałby praktycznie chwili wytchnienia. W ruinach ciągle kręciły się zwierzęta, albo inne stworzenia. Czasem źródłem hałasów były same zrujnowane budynki, rozsypujące się ze starości i nie wytrzymujące trudnych warunków atmosferycznych. Odkąd wybuchła wojna, pogoda zupełnie zwariowała i stała się jedną z trudniejszych przeciwności, jakie mieli do pokonania ludzie.

Przez chwilę jeszcze wahał się, a potem jednym szybkim ruchem wrzucił do ust pastylkę. Przełknął z trudem; w ustach mu zaschło i nie miał czym popić. Ale przyzwyczaił się do tego i nabrał już wprawy. Nawet nie poczuł smaku Tornada. Za każdym razem przypominał sobie, jak to wyglądało za pierwszym razem, kiedy wydawało mu się, że czarna pigułka rośnie mu w ustach i nie będzie w stanie jej połknąć. Wypił wtedy zapas wody, który miał mu wystarczyć na dwa dni. Poczuł gorzki, lekko metaliczny smak, którego nie mógł pozbyć się nawet teraz. Gdzieś w podświadomości czuł go za każdym razem, kiedy sięgał po tabletkę. Czuł nawet wtedy, gdy tylko ściskał ją w dłoni lub na samą myśl o tym, że za chwilę ją połknie.

Oparł się wygodniej o zimną, odrapaną z farby ścianę i zamknął oczy. Rozpoczynała się kolejna długa podróż.

***

Wszystko dookoła zdawało się wirować; z początku powoli i niemal niewyczuwalnie, ale stopniowo nabierało szybkości i gwałtowności. Gdzieś zniknęła ściana, o którą się opierał, materac na którym siedział. Wszystko odpłynęło, zostało daleko za nim, w innym świecie.

Wiedział, że otaczająca go ciemność jest wynikiem nie tylko tego, że zamknął oczy. Przejście do narkotycznych wizji wywołanych przez Tornado za każdym razem było inne, nigdy takie samo. Każdy z biorących narkotyk opowiadał o innych wrażeniach, jakie towarzyszyły podczas początkowej fazy, tuż po zażyciu tabletki. Dla niektórych był to po prostu jeden błyskawiczny błysk, niczym flesz aparatu fotograficznego, dla innych powolne przedzieranie się przez kolejne warstwy widziadeł. Nieważne było jednak, jak kto przeżywał pierwszą fazę zaraz po zarzuceniu narkotyku, liczyło się tylko to co miało nastąpić później, kiedy Tornado zaczynało działać, kiedy pojawiały się pierwsze wizje.

W pewnym momencie Josey poczuł dookoła siebie ciepło. Przez zaciśnięte powieki zaczęło przesączać się jasne światło słoneczne. Mężczyzna jeszcze przez chwilę delektował się tym nowym odczuciem, aż w końcu otworzył zmęczone powieki.

Niebo nad nim było błękitne. Delikatna bryza przeganiała po nim postrzępione, białe obłoczki, jednocześnie niosąc ze sobą wilgotny zapach znad jeziora. Wkoło szumiały drzewa, słychać było wesołe głosy ludzi. Josey siedział na drewnianej ławeczce w parku i z uporem wpatrywał się w niebo. Czasem potrafił tak spędzić wiele godzin, które dawał mu w tym odległym świecie narkotyk. Wystarczyło, że mógł siedzieć i cieszyć się z tak prozaicznych rzeczy, jak czyste niebo, świeże powietrze i głosy łudzi, całego mnóstwa ludzi zajętych własnymi sprawami i nie zdających sobie jeszcze sprawy z tego, że za chwilę już ich tutaj nie będzie, że ich świat się skończy.

Josey uniósł przed twarz prawą dłoń i przyjrzał się wypielęgnowanym palcom, czystym paznokciom i złotej obrączce na serdecznym palcu. Zamarł na długą chwilę wpatrując się jak zahipnotyzowany w połyskujące w promieniach słońca złoto. Tym razem nie jestem sam, pomyślał, mam żonę. Na jego twarzy pojawił się uśmiech, a w oczach stanęły łzy.

Po raz pierwszy zdarzyło mu się, że tornado przeniosło go do tego świata i pozwoliło wcielić się w kogoś żonatego, kto miał rodzinę, kogoś bliskiego. Dla kogoś takiego jak on znaczyło to bardzo wiele. Tam daleko, w prawdziwym świecie, gdzie teraz znajdowało się jego ciało zamknięte w zrujnowanym, brudnym mieszkaniu w gruzach Detroit, był zupełnie sam, nie miał nikogo kto mógłby się nim zaopiekować, lub o kogo on mógłby się troszczyć.

– Przepraszam, czy coś się panu stało?

Z zamyślenia wyrwał go dźwięczny głos młodej kobiety. Stała lekko pochylona nad nim tak, że jej długie, jasne włosy opadały i delikatnie falowały na wietrze. Miała duże, zielone oczy i lekko zaokrągloną twarz. Nie była może miss piękności, ale niczego jej nie brakowało.

Josey otrząsnął się, przetarł wierzchem dłoni policzki i oczy.

– Nie, wszystko w porządku – usłyszał swój głęboki głos. – To ze szczęścia – dodał.

Kobieta uśmiechnęła się do niego, obróciła na pięcie i tanecznym krokiem odeszła, pozostawiając po sobie delikatny zapach kwiatów, których Josey nie rozpoznawał. Przez długą chwilę patrzył jeszcze za nią nie przestając się uśmiechać. Gdy znalazła się tuż przy zakręcie ścieżki spacerowej rzuciła mu jeszcze jedno spojrzenie i pomachała na pożegnanie, a potem zniknęła za wysokim, równo przyciętym żywopłotem.

Siedział jeszcze przez długą chwilę wpatrując się w przestrzeń przed sobą. Wreszcie wstał i sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Wyciągnął skórzany, czarny portfel, pełen banknotów, plastykowych kart kredytowych. Znalazł w nim również prawo jazdy. Ze zdjęcia spoglądał na niego przyjemny facet, trochę po trzydziestce, o ciemnych włosach zaczesanych do góry, przyprószonych lekko siwizną na skroniach. Zielone, głęboko osadzone oczy błyszczały w laminacie dokumentu. Josey spojrzał na adres i zaśmiał się głośno. Jakaś biegająca dla zdrowia para obejrzała się na niego, jakby był wariatem.

Był u siebie. Mieszkał przy Harrington Street w okolicy Mt. Clemens. To niemal tak, jakby wcale nie ruszał się z miejsca. Jednak gdzieś w głębi czuł lekki zawód, że Tornado nie przeniosło go gdzieś daleko, nawet do jakiejś niewielkiej mieściny. Znowu był w Detroit. Nawet podczas narkotycznych wycieczek nie potrafił uwolnić się od tego miasta. Widocznie było mu przeznaczone żyć w nim i umrzeć.

Jeszcze raz przeczytał adres, po czym schował portfel do kieszeni i szybkim krokiem ruszył przed siebie. Drzewa szumiały nad nim, a z daleka dobiegały odgłosy żyjącego miasta. Ostatnie godziny przed śmiercią i zagładą.

***

Wiszący na ścianie kalendarz wskazywał datę 5 września 2020 roku. Josey stanął jak wmurowany. Drzwi bezszelestnie zamknęły się za nim. Mieszkanie wypełniał zapach świeżości i środków czystości. Mężczyzna uświadomił sobie, że jego żona ma bzika na punkcie sprzątania i mogłaby to robić całymi dniami: przechadzać się od pokoju do pokoju z kolorowa szmatką do kurzu w dłoni i przecierać półki, na których nigdy tak naprawdę nie było brudu. Spoglądając na chylące się ku zachodowi słońce za oknem, Josey uświadomił sobie, że tak naprawdę nie wie ile jeszcze czasu zostało mu w tym świecie. Nie znał dokładnej godziny, kiedy na Detroit spadły bomby. Wiedział za to, że z tego mieszkania będzie miał wspaniały widok na Mt. Clemens i jej najbliższa okolicę. Pierwszy raz zdarzyło mu się znaleźć tak blisko miejsca, gdzie spadła jedna z bomb. Tym razem nawet nie poczuje, jak traci swoje wyśnione życie. Do tej pory nie mógł się otrząsnąć z tego strasznego przeżycia, jakim była trwająca kilkanaście minut agonia, kiedy ostatni raz odbywał wyprawę z Tornado.

Czyjś stłumiony przez zamknięte drzwi głos, wyrwał go z zamyślenia. Chwile później usłyszał śmiech: wysoki, kobiecy głos, dochodzący z sypialni. Josey rzucił na oparcie krzesła marynarkę i powoli podszedł do drzwi. Teraz wyraźnie słyszał rozmowę kobiety i mężczyzny. Dej rozbawiony głos odpowiadał na pytania mężczyzny. Dziwny dreszcz przeszedł po całym ciele Josey’a, przez długa chwilę przysłuchującego się przekomarzaniom za drzwiami. Kobieta zaśmiała się ponownie.

Josey gwałtownym ruchem otworzył drzwi i stanął w progu. Śmiech zamarł, jakby ucięty. W sypialni, pośród rozburzonej pościeli, zaplątana w wymięte prześcieradło leżała para. Kobieta jęknęła na widok Joseya i rozpaczliwie próbowała zakryć swoją nagość. Podobne wysiłki podejmował mężczyzna, co w sumie doprowadziło do tego, że żadnemu z nich nie udała się to do końca.

To było jak w kiepskim filmie, który Josey miał okazję oglądać kilka razy w kinie w dzielnicy Huronów. Mąż wraca do domu i zastaje swoją żonę w objęciach innego. Większego banału nie mógł sobie wyobrazić. Stał tak przez chwilę patrząc na żonę i tego obcego faceta obok niej. Nie słyszał, co kobieta próbuje mu powiedzieć, jak stara się wytłumaczyć całą sytuację. Nie miało to najmniejszego sensu, ale Josey nie chciał jej tego przerywać. W duchu przeklinał sam siebie i Tornado, które jeszcze ani razu nie dało mu okazji zaznania chociaż chwili szczęścia. Zawsze jego podróż kończyła się w sposób nie przynoszący nic więcej poza bólem i smutkiem.

Pieprzony los, pomyślał odwracając się na pięcie i kierując się do wyjścia. Jego żona coś jeszcze próbowała krzyczeć, ale Josey nie rozróżniał słów i nic do niego nie docierało. Żałował, że nie został w parku na ławce, napawając się chwilami spokoju i widokiem świeżej zieleni. Żałował, że w ogóle sięgnął znowu po Tornado. I tak jak to czynił już nie raz, obiecał sobie, że to jego ostatni raz, choć gdzieś w głębi ducha wiedział, że to tylko kolejne postanowienie, którego nie uda mu się spełnić.

***

Przebudzenie było powolne i bolesne. Piekły go oczy i bolały wszystkie mięśnie. Zaliczył kolejną nieudaną podróż, chociaż działka Tornado, którą przyjął, była całkiem niezłej jakości. Ale nawet tak doskonały towar nie ustrzegł go przed jedną z najgorszych wizji, jakie miał okazję doświadczyć.

Zrezygnowanym spojrzeniem obrzucił pogrążony w niemal zupełnych ciemnościach pokój. Do świtu zostało jeszcze przynajmniej kilka godzin. I znowu czeka go ten sam syf i brud codzienności i samotność. Dla takich jako on, pozbawionych przywileju mieszkania w jednej ze stref w centrum miasta, każdy kolejny dzień to łażenie po ruinach w poszukiwaniu choćby jakichś maleńkich okruchów raju. Czegokolwiek, co nadawałoby się nie tyle na pamiątkę po minionych, szczęśliwych czasach, ale raczej na wymianę, żeby pozwolić przeżyć kolejny dzień na ruinach świata.

Szczekociny, wrzesień 2004

Autor: Piotr Orliński
Korekta:
Sylwia „Nefariel” Bogdańska

Ten artykuł został pierwotnie opublikowany w czasopiśmie Gwiezdny Pirat,
wydawanym przez Wydawnictwo Portal (czyli autorów Neuroshimy).
Dziękujemy za zgodę na publikację i zapraszamy na stronę PortalGames.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.