Róża Pustyni

Łowca wskoczył na dach wraku, nie zwalniając nawet na moment, przebiegł po nim zgrzytając odnóżami i skoczył. Wylądował, wzbijając chmurę pyłu. Kierował się w stronę stłoczonej przy ruinach grupki wystraszonych dzieciaków.

Michael otrząsnął się po upadku, jaki zaliczył wywracając się na motorze, którego silnik jeszcze pracował, a kola kręciły się obłąkańczo niczym karuzela w wesołym miasteczku. Działał odruchowo. W jego dłoni pojawił się Glock i po chwili powietrze wypełniły odgłosy strzałów. Kule jednak rykoszetowały od pękatego kadłuba robota, który nie zwracał już uwagi na Strzelca. Miał obrany inny cel i pędził w jego kierunku.

Dzieciaki darły się w niebogłosy. widząc zbliżającą się maszynę, która poruszała miarowo metalowymi kończynami niczym jakaś dziwaczna karykatura olbrzymiego owada. Tylko jedna dziewczynka wyglądała, jakby cała sytuacja w ogóle nie stwarzała dla niej żadnego zagrożenia.

Michaelowi wydawało się, że czas zwolnił. Usłyszał jeszcze tylko klik iglicy, kiedy skończyły się pociski w magazynku, a później mógł już tylko przyglądać się masakrze podrostków. I wtedy dziewczynka z niewinnym uśmiechem na umorusanej buźce zrobiła kilka kroczków do przodu i podniosła prawą rękę. Otwartą dłoń skierowała w stronę nadbiegającego Łowcy. Powietrze wokół jej maleńkiej, różowej łapki zadrżało, jakby rozgrzane, i dał się słyszeć najcichszy dźwięk rozbijanego szkła.

Łowca właśnie wyskoczył ponownie, aby spaść na dziewczynkę. Wiązka energii zebranej wokół dłoni wystrzeliła do przodu na jego spotkanie. Robot opadł ze zgrzytem i jękiem uderzającego o ziemię metalu.

Kiedy opadł wreszcie kurz, Michael dostrzegł leżący na piachu kadłub Łowcy, po którym pełgały jeszcze iskry wyładowań elektrycznych, i stojącą nad nim spokojnie dziewczynkę z uśmiechem niewiniątka na twarzy.

Dziewczynka ma na imię Isabell i pochodzi z St. Louis. Tyle wiadomo na pewno. Reszta to tylko domysły i wnioski tych, którzy mieli okazję ją spotkać i widzieć jej niezwykle zdolności. A na tej historyjce można naprawdę zarobić niezłą kasę. Ludzie lubią takie opowieści, a smaczku dodaje fakt, że ta – w przeciwieństwie do wielu innych – jest prawdziwa. Nie wiem, co opowiadali wam inni, ale ja powiem swoją wersję, a uwierzcie mi, to jedyna prawdziwa i godna zaufania. Więc śmiało możecie postawić mi browar, bo już czuję suchość w ustach, a nawet jeszcze nie zacząłem.

Już samo miejsce pochodzenia tej niezwykłej osóbki gwarantuje, że ma ona w sobie więcej niż mogłoby się z pozoru wydawać. St. Louis nie na darmo nazywane jest mekką mutantów. Można tam spotkać naprawdę zadziwiające przykłady współczesnej odmiany teorii Darwina (to taki koleś z Miami, który kiedyś opowiadał mi o ewolucji). Nie znam rodziców Isabell, ale jednego jestem pewien – jeśli nawet rodziców miała najnormalniejszych w świecie, to wpływ, jaki na organizmy żywe ma Missisipi, nie pozwala długo cieszyć się normalnością.

Pierwszy raz spotkałem ją, kiedy odwiedziłem St. Louis w drodze na zachód. Już wtedy było o niej głośno i kręciło się wokół niej sporo ludzi zainteresowanych jej nadzwyczajnymi zdolnościami i wykorzystaniem ich dla swoich korzyści. Wtedy jeszcze opiekowała się nią jej babka, kobieta o naprawdę silnym charakterze, która nie pozwalała na kontakty dziewczyny ze światem zewnętrznym. Zainteresował mnie fakt, że najwięcej kręciło się koło niej ludzi w jakiś sposób związanych z Posterunkiem. Czego chcieli od niej ludzie walczący z Molochem? Zaciągnąłem języka i dowiedziałem się, co wbrew pozorom nie było trudne. Isabell urodziła się z zadziwiającą wszystkich zdolnością do wytwarzania w swoim ciele impulsów elektromagnetycznych i możliwością ich ukierunkowania na zewnątrz. Krótko mówiąc, dzięki mutacji organizmu stała się chodzącym działem EMP – a raczej małym działkiem, bo kiedy to odkryto, miała zaledwie sześć lat i jeszcze nie w pełni potrafiła kontrolować swoje moce.

Drążyłem głębiej, gdyż z natury jestem dociekliwy, i dowiedziałem się, że energia potrzebna do wytworzenia impulsu gromadziła się w jednym z nadzwyczaj rozwiniętych gruczołów dziewczynki. Ludzie z Posterunku pilnie ją obserwowali i próbowali dyskretnie wybadać, który z gruczołów zmutował i w jaki sposób. Gdyby udało im się to odkryć i zastosować w mutowaniu swoich żołnierzy, już wkrótce mieliby na usługach całą armię ludzi nie potrzebujących żadnej broni poza własnymi organizmami. To dlatego Isabell była bardzo cenna i dbała o nią nie tylko babka. Niewidoczny parasol roztoczyli nad nią przebywający w St. Louis ludzie z Posterunku lub ich współpracownicy. Nie mogli sobie pozwolić na to, żeby coś jej się stało. Chyba żadne dziecko wcześniej nie miało tylu troskliwych opiekunów, co mała Isabell.

Na jakiś czas musiałem opuścić miasto mutków, ale dziewczynka nie pozwoliła o sobie na długo zapomnieć. Byłem wtedy w okolicach Las Vegas, gdy dotarła do mnie wiadomość, że Isabell znikła. Byłem w szoku. Jak mogło do tego dojść? Podobno kiedy zmarła jej babka, ludzie z Posterunku chcieli ją ze sobą zabrać z St. Louis, ale ubiegł ich jakiś cwaniak z Salt Lake City i uciekł z dziewczynką. Ludzie, z którymi o tym rozmawiałem, twierdzili że to był jakiś jej krewny i dlatego tak łatwo mu poszło jej uprowadzenie. Nie wiem, ile w tym było prawdy, ale jednego jestem pewien – nie wyszło mu to na zdrowie. Znaleziono jego ciało na pustyni, a po dziecku wszelki ślad zaginął. Ludzie z Posterunku przez długi czas nie ustawali w poszukiwaniach jakichkolwiek wieści o Isabell, ale bezskutecznie i wkrótce uznano, że dziewczynka nie żyje.

Jednak pamięć o niezwykłym dziecku, które mogło w pojedynkę pokonać dowolną maszynę Molocha wciąż istniała, a jej legenda rozrastała się i wkrótce objęła niemal cały kontynent. Ludzie opowiadali sobie jej historię i niezwykłe czyny, jakich potrafiła dokonywać, tak jak ja robię to teraz. Jej legenda rozrastała się, ale wciąż pozostawała tylko legendą i niczym więcej.

Aż do czasu, kiedy jakieś wędrowne indiańskie plemię pojawiło się w okolicach Południowej Hegemonii, w czasie, kiedy zaobserwowano tam nasiloną działalność Molocha. Indiańce twierdzili, że jedna z ich wojowniczek potrafi rozwalać blaszaki skinieniem dłoni. Nagle wszyscy przypomnieli sobie o małej Isabell, która dorosła i wypiękniała. To była ona, nie było co do tego wątpliwości. Posterunek szybko skontaktował się z czerwonoskórymi i długo namawiał Isabell, aby przyłączyła się do niego w walce z Molochem. Jednak „Róża Pustyni”, jak ją nazwali Indianie, nie chciała rezygnować ze swojego dotychczasowego życia i pozostała z plemieniem, które ją przygarnęło i zastąpiło jej rodzinę. Posterunkowcy nie nalegali, szanując jej decyzję, ale zawsze kręciło się koło niej kilku ludzi związanych z Wędrownym Miastem.

I tak powoli kończy się moja opowieść o „Róży Pustyni”. Nie spotkałem jej już więcej, ale jeszcze nic straconego. Dużo podróżuję i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miał szczęście zobaczyć Isabell w akcji. Ty też powinieneś uważniej się rozglądać za długonogą pięknością o ciemnych włosach zaplecionych w dwa warkocze, o twarzy anioła i zdolnościach przerastających ludzki sposób pojmowania świata.

Aha, nie zdziw się jeśli w jej obecności przestanie ci działać radiostacja, albo jakiś inny elektroniczny gadżet. Taki już urok tej dziewczyny, że każda maszyna, jaka znajdzie się w jej pobliżu, nie ma szans na długie lata funkcjonowania. Dlatego jeśli jesteś jakimś dopiero co obudzonym hibernatusem z rozrusznikiem serca, lepiej jej unikaj.

Autor: Piotr Orliński
Redakcja:
Sylwia „Nefariel” Bogdańska

Ten artykuł został pierwotnie opublikowany w czasopiśmie Gwiezdny Pirat,
wydawanym przez Wydawnictwo Portal (czyli autorów Neuroshimy).
Dziękujemy za zgodę na publikację i zapraszamy na stronę PortalGames.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.