Dziwne miejsca

Z mapy Stanów poznikały na zawsze tysiące miast, a te, które pozostały, niewiele mają wspólnego z parkami rozrywki dla dzieci. Małe osady, mieściny odseparowane od świata, samotne dziury w ziemi, gdzie niejednokrotnie ludzie myślą, że są sami na świecie.

To było nieuniknione. Tam, gdzie pada cała komunikacja, gdzie trzeba przejechać setki kilometrów pustyni, by zobaczyć ludzką twarz, musiały wykształcić się pojedyncze, zdegenerowane grupki osadnicze. Czasami nie są to nawet osady, ale wraki samolotów, stare bunkry, lepianki, sieci jaskiń i fabryki. Dawniej samotny facet mógł zajechać do jakiegoś Zadupie City i liczyć na gorące naleśniki, a także pokój z kablówką, ale teraz może się co najwyżej spodziewać kulki w łeb, a i to tylko wtedy, jeśli mieszkańcy są dostatecznie cywilizowani. Ostrożny człowiek wie, że nie należy pchać się z butami do niesprawdzonych miejsc. Zapamiętaj sobie, jak litanię na dobranoc – NIGDY NIE WCHODŹ DO MIASTA, KTÓREGO WCZEŚNIEJ NIE SPRAWDZIŁEŚ!

To nie są żarty! Kiedy byłem jeszcze żółtodziobem, głupim i naiwnym, trafiłem do małej mieściny o nazwie Lincoln w dawnym Missouri. Przeczytałem po drodze pogięty afisz z nazwą miasta i jak zupełny kretyn wszedłem tam idąc główną ulicą.

Wieczorem, w zasadzie cudem, półnagi uciekłem z przyjęcia, na którym miałem być głównym daniem. Chcieli mnie ugotować, jak w tych śmiesznych historyjkach dla dzieci, ale na widok wrzącej wody nie było mi do śmiechu. Tylko przez głupi fart udało mi się zwiać.

Zanim wejdziesz do podejrzanego miejsca, daj sobie trochę na wstrzymanie i sprawdź dokładnie, co kryje się w środku. Czasami wystarczy poobserwować osadę przez kilka godzin, by zorientować się, co się święci. Czasami od razu można poznać, co to za miejsce: wiszące na palach zwłoki, poprzybijane do ścian ludzkie szkielety, kobiety spacerujące pod rękę z mutantami itp. Zwracaj uwagę na nawyki i zachowania mieszkańców, na najmniejsze przejawy agresji, wystrój chat, totemy plemienne, świątynie, a nawet elementy strojów. Gdybym posiedział z lornetką parę godzin na skale w pobliżu Lincoln, nie musiałbym zapieprzać nagi przez pustynię. W osadzie nie było najmniejszych śladów zwierząt hodowlanych, co najwyżej małe pole kukurydzy, a burmistrz, czy raczej ich szef, nosił fartuch rzeźnicki ze świeżymi śladami krwi.

Nie wszystkie osady są wypełnione kanibalistycznymi bestiami, zdarzają się miejsca, gdzie ludzie potrafią miło przywitać gościa. Trzeba jednak pamiętać, że niemal każda społeczność ma swoje nawyki i dziwactwa, a co najważniejsze – wierzenia.

Religie

Nie zdziw się, jeśli na słowo „Jezus” ludzie co najwyżej podrapią się w głowę. Wraz z degeneracją kultury zmianom uległy też wierzenia. Po wielkiej wojnie ludzkość potrzebowała Boga bardziej niż kiedykolwiek, ale fale uderzeniowe i promieniowanie poddały go lekkiemu faceliftingowi. Po wielkim uderzeniu maszyn umieralność wzrosła niepomiernie, przeżywali tylko najsilniejsi, zazwyczaj młodzi. W takiej sytuacji pojawiały się osady, w których nie było nikogo, kto pamiętałby czasy kościołów i papieża.

A młodzi wciąż potrzebowali Boga, więc musieli go sobie wymyślić. To chyba naturalny odruch każdej cywilizacji ludzkiej, w Grecji byli bogowie panteonu, u Indian wszechpotężny Manitou. Ale wszyscy oni blakną wobec pomysłowości i wyobraźni amerykańskiego obywatela.

Tom Norran, mój dobry znajomy, opowiadał mi nieraz o małym prowincjonalnym miasteczku Granville, bodajże w Kentucky. Przyjechał tam kiedyś ze swoimi chłopakami i pomógł tamtejszym ludziom wypędzić kilku naćpanych motocyklistów, w zamian dostał trochę benzyny, a także błogosławieństwo samego Władcy Chmur, ich dobrodusznego boga. Trzeba przyznać, że Tom był bystrym facetem i nie próbował się wymigiwać. Tamtejszy kapłan, ubrany w czerwony płaszcz i niebieską tunikę, zgodził się wpuścić go do świątyni.

W zniszczonym budynku biblioteki dostąpił on zaszczytu obejrzenia Świętej Księgi, opowiadającej dzieje Władcy Chmur. Nawet nie wiesz, jak się zdziwił, kiedy zobaczył na podwyższeniu komiks Supermana w laminowanej okładce. Nikt z mieszkańców nie umiał czytać, dla nich biblioteka pełna książek o abstrakcyjnych wzorkach była dziwacznym miejscem, ale pośród tych niezrozumiałych hieroglifów odkryli ten zdumiewający komiks, wydanie specjalne, w którym Superman walczył z kosmiczną galaretą. Najstarsi mieszkańcy pamiętali jeszcze niejasno, że Superman był kimś wyjątkowym, ale nic ponad to. Wspólnie doszli do wniosku, że ten kolorowy i błyszczący wolumin musiał być ważniejszy od czarno białych tomów książek, które nie miały tak dobrych ilustracji. Wiedzieli, że ta księga jest wyjątkowa, ponieważ zawierała pismo obrazkowe, które pozwalało niewiernym odczytać jej treść. Ktoś musiał się bardzo starać, by wydać tę księgę, a to znaczyło, że jest niezwykle ważna. Nikt nie znał fam komiksów, ani legendarnego Supermana, dlatego tajemniczego boga nazwali Władcą Chmur, ponieważ często szybował w chmurach, a kiedy zstępował pomiędzy ludzi – stawał się jednym z nich. Oczywiście tam gdzie Bóg, jest i Szatan, tutaj była nim kosmiczna galareta. Wokół księgi zaczęły powstawać kolejne proroctwa, kilka różnych interpretacji, a także masa rytuałów świątecznych. Najsilniejsze jednostki szybko to wykorzystały, by przewodniczyć reszcie. O ile dobrze pamiętam, Tom powstrzymał się od śmiechu, ale kiedy mi opowiadał tę dziwną historię, cały brzuch mu się trząsł.

W gruncie rzeczy Tom miał szczęście, mógł na przykład trafić do Apple Valley, tego małego miasta w pobliżu L.A., które nazwano potem Radiocity. To był dość głośny przypadek, niemal w każdym barze na zachodnim wybrzeżu o nim opowiadano. Nikt nie spodziewał się, że ktokolwiek przeżył na pustyni Mojave. A jednak byli i tacy. Przez przypadek banda kryminalistów z Południowej Hegemonii trafiła do zniszczonego miasteczka, bardzo im się tam spodobało. Na tyle, żeby przejąć je we władanie. Wszystko szło po ich myśli, ludzie tam żyjący byli wyjątkowo spokojni i niezbyt silni, mieli dużo żywności, paliwa i ładnych kobiet. Pojawiło się też dużo osób kalekich i chorych, ale kto by się tym przejmował. Młody kapłan twierdził, że to kara zesłana przez ich boga na grzeszników. Nikt w mieście nie nosił broni, jeden z bandytów poradziłby sobie z dziesięcioma przeciwnikami. Idealna melina.

Do czasu.

Przyszedł czas na kolejną mszę w intencji nowoprzybyłych. Całe miasto zebrało się w starym magazynie, ludzie mieli wymalowane świecącą farbą całe ciała. W magazynie stał już kaptan, a za nim… przeciekający pojemnik pełen prętów z uranu!

Diabli wiedzą, jak ci ludzie to przeżyli, ale zbóje zeszczali się z miejsca w spodnie. Zdajesz sobie z tego sprawę? Tacy twardziele, a o mało nie porzygali się ze strachu. To tak, jakby wsadzić sobie łeb w beczkę prochu.

To był właśnie ich bóg.

Miejscowi ucieszyli się na widok pobladłych twarzy zbójów. Zawsze tak było, Pan wybawił ich jeszcze raz, żaden grzesznik nie mógł znieść jego spojrzenia, jego błogosławionego światła, przed którym rozstępowały się ciemności zła.

Dzisiaj nikt już z tej bandy nie żyje, podobno ostatni umarł cztery lata temu, jego kręgosłup złamał  się w siedmiu miejscach, gdy koleś potknął się o krawężnik. Tymczasem kolejne pokolenie wzrasta w Radiocity. Jak zawsze trafiają się tam ludzie z chorobami skóry, autyzmem, niedorozwinięci, dzieci z wodogłowiem itd., ale tak to jest z grzesznikami. Rzesze wiernych nadal malują sobie twarze świecącym na zielono radem i chodzą do Pana na msze. Teraz miasto jest na tyle znane, że nikt już tam nie zagląda, ale jest jeszcze dużo takich miejsc, które nie zostały odkryte.

Jeśli zaś chodzi o religie, to obok całkowicie nowych są jeszcze stare, które uległy lekkim modyfikacjom. Pamiętam pseudochrześcijańską osadę Judith w Montanie, gdzie wierzono, że Jezus przybędzie jako pół-człowiek, pół-maszyna.

Którejś nocy mieszkańców obudził hałas i światła. W centrum osady coś się działo, mnóstwo wielokolorowych świateł błyskało w powietrzu, coś wzbijało tumany kurzu, słychać było rytmiczne dźwięki maszyn. Wystraszeni mieszkańcy nie wychodzili z domów, ale nad ranem już musieli sprawdzić, co się stało. Nic tam nie było oprócz wielkiego zmechanizowanego kontenera wbitego w ziemię. Szybko uznano, że w nocy nawiedził ich duch święty, a przed nimi leży oto dar Boga Ojca – Arka Przymierza. Nikt nie odważył się jej dotknąć, uznano, że tylko kapłan jest godzien tego czynu. Człowieku, gdybym tam był, podciągnąłbym gacie do góry i spadałbym stamtąd nawet pieszo przez cały stan, ale oni nie mogli wiedzieć, że stoi przed nimi Puszka Pandory od samego Molocha. Dla nich to był święty relikt, i podobno długo tam jeszcze stał, bo kapłan ubzdurał sobie, że może go otworzyć jedynie wybraniec.

Teraz już wiem, że się taki znalazł, bo zamiast osady zieje tam tylko wielki krater. Do diabła, nawet Moloch ma poczucie humoru.

Prawa i zwyczaje

Każda osada ma coś w rodzaju kodeksu postępowania czy też praw. Jeśli nie chcesz skończyć jako befsztyk jakiegoś kacyka, musisz je znać i ich przestrzegać. W jednym miejscu jest to na przykład zwykły dekalog, w innym cała książka nakazów. W Patterson w Kaliforni jest to np. tylko jedno prawo: „zabijać Filistynów!”

Problemem jest, że mieszkańcy nazywają Filistynem każdego z zewnątrz. Banda rednecków z nabitymi karabinami, która nazywa cię na powitanie „kurewskim Filistynem”, może okazać się niezłym kłopotem. Kilku chłystków z wielkimi planami na przyszłość szybko studziło swój zapał w takich mieścinach.

Wystarczy uśmiechnąć się do młodej panny, lub nie daj Boże ją bzyknąć, a cała rodzina faszeruje takiego delikwenta ołowiem i wiesza jego truchło na ganku.

Należy pamiętać, żeby nie zdradzać swoich przekonań obcym, nigdy nie myśleć głośno, siedzieć cicho i przytakiwać wszystkiemu, co mówią osadnicy. Pamiętam jak sam musiałem przyznać, że wszystkie kobiety spoza Tipton są nieczyste. Stary farmer o mało co nie zawlókł mnie pod ołtarz kościelny, jego córka była najbrzydszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem. Musiałem go zabić, kiedy zagroził mi shotgunem. Ponoć taki był zwyczaj. Każdy w miasteczku był połączony więzią rodzinną, dochodziło do wyraźnych zaburzeń fizycznych u potomstwa tych ludzi, stąd zmuszano obcych do zawierania legalnych związków z tamtejszymi dziewczynami i mężczyznami. To miasteczko było tak małe, że wystarczyłoby kilku twardzieli, by wysłać wszystkich do grobu. Mam nadzieję, że ktoś już to zrobił.

Popatrzmy na takie Hartmount, można by napisać całą książkę o tym mieście, najlepiej zrobiłby to King albo Poe. Wyobraź to sobie, cała społeczność przekonana o tym, że są ostatnimi ludźmi na świecie. Ponoć to wina jakiegoś nawiedzonego dupka, który kilka lat temu zawitał tam i nawciskał im tego kitu. Nie wiem, czy to prawda, ale facet musiał być cholernie przekonujący, bo każdy w odległości kilometra jest odstrzeliwany jak królik. Deniffer Law, znany ranger, opowiadała mi o tym miejscu. Oni wierzą, że jesteśmy marionetkami Molocha, robotami, które im zagrażają. Nie wiem, jak to się stało, że jeszcze się nie połapali, ale nie obchodzi mnie to, nie mam zamiaru tam jechać.

W wielu posępnych dziurach tego świata istnieje coś na podobieństwo hierarchii społecznej, nie zdziw się jak trafisz na miejsce, gdzie mutki stoją na najwyższym szczeblu drabiny klasowej. Zdarzają się miejsca, w których władzę przejmują skrajni nacjonaliści lub komuniści, którzy wcielają w życie swoje wizje idealnego organizmu państwowego. Na myśl przychodzi mi faszystowskie Liberty. Co za nazwa dla największego śmietnika ideologicznego na świecie!

Chodzą też plotki, że istnieją nawet miasta zakładane przez Molocha, coś na kształt obozów badawczych, wielkich hodowli, czy ośrodków symulujących dawne miasta. Osobiście uważam, że to bujdy, głupoty wyssane z palca, ale nigdy nic nie wiadomo.

Najważniejsze jest, żeby każdy wędrowiec wbił sobie do łba, że takie społeczności są niezwykle silne. Już sam fakt, że jeszcze istnieją, świadczy o tym, że są niebezpieczni względem swoich wrogów. Nawet takie grupki jaskiniowych degeneratów na zachodzie mogą ostro przypiec niejedno dupsko.

Istnieją na przykład miasteczka, które nazywa się potocznie bombami biologicznymi. Są to miejsca, gdzie mieszkańcy pozarażani są chorobami zakaźnymi jeszcze z czasów masowych ataków bakteriologicznych maszyn.

Jednym z nich było słynne Main, w którym przez kilkanaście lat hibernowały się bakterie dżumy Pozostało tam zaledwie 30% obywateli, których ciała nie reagowały na działanie choroby. Wielu podróżników tam zginęło, mieszkańcy nie pozwolili nikomu opuścić miasta, już dawno pogodzili się ze swoim przeznaczeniem, ale nie pozwolili też, by ktoś wyniósł chorobę na zewnątrz. I tak kilku palantów ginęło tam co jakiś czas. Potem miasto zostało zdobyte przez maszyny, które nie miały nic przeciwko dżumie. Nie ma wątpliwości, że takich miejsc jeszcze trochę zostało, tych tak zwanych bomb biologicznych.

Dość już tego biadolenia, opowiem ci o kilku miejscach, do których każdy zdrowy cieć chciałby się dostać. Jednym z nich jest Bridge Town, ponoć był tam kiedyś zakon sióstr jakichś tam, teraz jest to miasto rządzone przez najtwardsze kobiety w Stanach. I najładniejsze, należałoby dodać. Złota Betty, tak nazywa się pani burmistrz, która chodzi, je, śpi i kąpie się z wielkim shotgunem. W mieście witane są serdecznie wszystkie zagubione dusze, pod warunkiem, że są to kobiety. Mężczyźni mogą co najwyżej liczyć na niezły łomot, ale do licha, dałbym się sprać przez te ślicznotki z ochotą, możesz mi wierzyć. Jest nawet takie powiedzenie: „Suczki z Bridge Town nie złamiesz nawet piłą łańcuchową”. Coś w tym jest, do miasta zajeżdżają samotne i zagubione kobiety, po czym opuszczają je (bardzo rzadko) jako twarde jak stal amazonki. Wiele bym dał, żeby dowiedzieć się, co te muskularne lesbijki tam wyprawiają.

Podobnym miejscem jest Livington, panują tam prawa żywcem wyjęte ze starożytnej Sparty. Tylko najsprawniejsi coś tam znaczą, kalekie dzieci, ułomne i niedorozwinięte, są zabijane, pozostałe trenuje się od małego. Tamtejszy burmistrz to świr, a dzieciaki uczą się filozofii i łaciny, kiedy powinny bawić się w piaskownicy. Z czasem trening odsiewa ziarno od plew, ci słabsi zostają przydzielani do robót publicznych, resztę kształci się na elitę i wojowników. Mówi się, że przez to pranie mózgu stają się oni cyborgami, niezdolni do ukazywania uczuć, sztywni i poważni. Daniel Cooper jest ich jedynym autorytetem, choć zdarzyło się, że kilku z nich wypowiedziało szefowi pracę i prysnęło z miasta. A jednak żyje tam kilkoro inteligentnych ludzi. Może to i brzmi strasznie, ale po tym całym syfie z Molochem i gangami, przebywanie w Livington to czysta przyjemność. Brak tornada, dyscyplina, ład i szacunek dla prawa – sama radość. Miasto jest małe, nie mam pojęcia, dlaczego Dan urabia młodzież na regularne wojsko, ale Stanów tym nie podbije. Jeśli ktoś z zewnątrz sprawia kłopoty, odpowiedź jest szybka i bezkompromisowa, dlatego lepiej nie szaleć za bardzo. Zresztą nie można tam przebywać dłużej niż tydzień, chyba, że zdobędzie się obywatelstwo, a to jest cholernie trudne, bo trzeba przejść przyspieszony kurs męstwa. To taki skrócony proces, przez który przechodzą dzieciaki. Bardzo nieprzyjemny.

Nie starczy życia, żeby zobaczyć te wszystkie miasta, wiele z nich to opuszczone zadupia, gdzie nie żyją nawet karaluchy, gdzie indziej roi się od wpół dzikich szaleńców z pianą na pyskach, przepakowanych mutantów i postrzeleńców z zakładów psychiatrycznych. W Miggle Town znaleziono nawet całe kompleksy basenów, w których zanurzone były ciała starców, odżywianych przez wielkie zbiorniki płynów organicznych. Wszyscy byli wprowadzeni w stan śpiączki i poduczeni do aparatury medycznej. Próby obudzenia tych ludzi kończyły się ich natychmiastową śmiercią, dlatego postanowiono ich w spokoju. Podobno unoszą się w tych basenach do dziś, jakby starzeli się wolniej. Może Moloch ich obudzi.

A to by była niespodzianka. Z jednego koszmaru w drugi, może lepiej ich jednak odłączyć.

Jeśli komuś spieszno do podobnych miejsc, niech zdobędzie mapę Stanów sprzed wojny i pozwiedza ostałe jeszcze resztki dawnej świetności tego kraju. Najlepiej szukać też w kanionach i górskich łańcuchach, tam skryło się mnóstwo ludzi. I nie tylko.

Na koniec

Przy tworzeniu dziwnych miejsc w świecie Neuroshimy, takich, gdzie ludzie nie mają bladego pojęcia o przeszłości, gdzie czczą Supermana, opowiadają dzieciom o świętym McDonaldzie Karmicielu, lub o Pilotach – Skrzydlatych Ludziach sprzed wojny itp., trzeba zwrócić uwagę na to, by mieszkańcy nie mieli żadnego dostępu do rzetelnej wiedzy o minionych czasach. A taką wiedzę daje kontakt z podróżnikami (czyli osada musi być odcięta od świata lub bronić się przed wpływami z zewnątrz), zażywanie Tornado (albo nie będzie tam występować, albo zażywanie go będzie nieznane lub zabronione), opowieści starszych ludzi (czyli w osadzie nie spotkamy mieszkańców po 40-tce, którzy pamiętaliby jeszcze dawne czasy – chyba że są, ale niespełna rozumu, chorzy lub tak starzy, że nikt ich już nie traktuje poważnie). Całą wiedzę osada czerpać może z jakiegoś strzępu wiedzy – jednej, jedynej książki, komiksu, filmu lub poprzekręcanej opowieści.

Autor: Dagon
Redakcja:
Sylwia „Nefariel” Bogdańska

Ten artykuł został pierwotnie opublikowany w czasopiśmie Gwiezdny Pirat,
wydawanym przez Wydawnictwo Portal (czyli autorów Neuroshimy).
Dziękujemy za zgodę na publikację i zapraszamy na stronę PortalGames.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.