Niebo nad Ameryką

Pomarańczowi

Cztery lata temu wraz z kilkoma kumplami przejęliśmy na własność lotnisko. Mieszkamy tu teraz wraz z rodzinami i mamy się całkiem dobrze. Przed wojną dwójka z nas – ja i Stanley Starszy – latała samolotami pocztowymi i w końcu, po latach, wróciliśmy na stare śmieci. Faktycznie żyjemy wśród śmieci, bo to takie właśnie lotnisko-złomowisko ale tak naprawdę nasz dom jest miejscem odludnym i komfortowym. No i w miarę przytulnym, jak na dzisiejsze czasy. Szkoda, że Stanley nie dożył. Byłby zadowolony, bo spełniło się jego marzenie o bezpiecznym schronieniu.

Mówią na nas Pomarańczowi, bo pomalowaliśmy wierzchołki wszystkich słupów, masztów i wieży kontroli lotów na jaskrawe kolory. To taki znak dla bandziorów – lepiej się nas nie czepiać. I raczej nikt z nami nie zadziera. W okolicy wiadomo, że cenimy sobie spokój, ale potrafimy bronić wszystkiego, na co pracowaliśmy przez lata. Czasami ludzie z pobliskich osad chronią się u nas na kilka tygodni, żeby przeczekać doroczne wędrówki band, potem odwdzięczają się żywnością i lekarstwami. Odnoszę wrażenie, że młodociane bandy i w ogóle powojenne pokolenie odczuwa przed nami zabobonny lęk. Tak jakbyśmy byli kapłanami jakiegoś straszliwego i tajemniczego boga. Nie wyprowadzam ich z błędu, co więcej dajemy czasami odczuć, że nie jesteśmy grupą spokojnych miśków. Jesteśmy pilotami, mamy cztery samoloty i nie wahamy się ich użyć! Na zwykłych wieśniaków starcza przelot nisko nad wioską. Maszyny są hałaśliwe, na dziobach malujemy zębate mordy potworów, wiec można się wystraszyć. Nikogo nie atakujemy, tylko demonstrujemy siłę.

Z gangerami sprawa wygląda trochę inaczej. Dla zwykłych wędrownych grupy motocyklistów nie mamy raczej nic cennego, bo po co im samoloty, skoro nie potrafią latać? Jeśli są na tyle głupi, żeby wierzyć w latanie albo na tyle zdesperowani, żeby zaatakować nas z powodu kobiet, paliwa, zapasów żarcia i amunicji, potrafimy bronić naszego domu – na tym lotnisku-złomowisku znamy każdy kawałek ziemi. A kiedy już odeprzemy atak nadejdzie zemsta z powietrza. Nalot i bombardowanie koktajlami Mołotowa i ładunkami wybuchowymi. Żaden motocykl nie ucieknie przed samolotem.

Jak widzisz nie jest źle, ludzie nie widzą sensu w kradzeniu samolotów, boją się zemsty no i wiedzą, że przez głupie zagrywki łatwo mogą stracić w nas kumpli. My staramy się żyć ze wszystkimi w zgodzie i oferujemy niebagatelną usługę – bezpieczny i zajebiście szybki transport. Po co zrażać sobie takich fajnych ludzi, jak Pomarańczowi? Na ziemi trudno z nami wygrać, w powietrzu też, bo trudno strącić samolot za pomocą takiej broni, jaką dysponują wszyscy wokół. Jeśli będziemy kiedyś naprawdę zagrożeni, przez jakieś potężne siły z zewnątrz, na przykład watahy mutantów albo Hell Angels, spakujemy najpotrzebniejsze rzeczy na pokład samolotów i przeniesiemy się na jakąś wysepkę albo niedostępny z lądu obszar. Szukaj wiatru w polu.

Trudne początki

Niebo wypełnione samolotami to jedyna rzecz, której tak naprawdę brakuje mi po wojnie. Słyszałem, że na południu ludzie próbują wzbijać się w powietrze, ale u nas, na północnym wschodzie, wszelkie próby skończyły się bardzo szybko. Na podstawie różnych plotek szacuję, że w całych stanach lata kilkudziesięciu zapaleńców, z czego większość to Teksańczycy. Na północy liderem jest Nowy Jork ze swoim lotniskiem Kennedy’ego. O ile na południu ludzie wzbijają się głównie na lotniach i motolotniach, Nowojorczycy mają do dyspozycji najlepsze samoloty w całej Ameryce.

Pragniesz dołączyć do elitarnego grona, chcesz zostać pilotem? Akurat ze znalezieniem samolotu nie ma w dzisiejszych czasach problemu. W hangarach zachowało się trochę maszyn, trzeba tylko znaleźć lotnisko, gdzie stoją samoloty pozbawione elektroniki, nie wykorzystywane podczas wojny Mowa głównie o maszynach rolniczych i prywatnych samolotach. Kiedy już znajdziesz opuszczone lotnisko zorientujesz się, że ponad 90% maszyn nie wytrzymało próby czasu. zobaczysz pordzewiałe rupiecie i wraki w których strach siedzieć na ziemi, nie mówiąc już o szybowaniu w powietrzu. Jeśli będziesz miał szczęście wśród tych pozostałych 10% znajdziesz jedną maszynę, która będzie się nadawała do użytku po zatankowaniu. Pozostałe możesz wykorzystać na części.

Mógłbyś powiedzieć – no dobra, staruszku, przecież mogę dać to jakiemuś mechanikowi, czy specowi od latania i odnowi mi samolot, tak jak odnowił brykę. I tu mam dla ciebie złe wieści – ze świecą można szukać mechaników, którzy znają się na samolotach. Większość z nich to starsi, przedwojenni ludzie, rozproszyli się po całym kontynencie, zajęli innymi sprawami i pozapominali jak się obsługuje samoloty. Może niektórzy będą potrafili wyregulować silnik albo wyremontować podwozie, ale mogę się założyć o mój karabin, że w całych Stanach nie ma nikogo, kto zna się na nowoczesnych samolotach. Może w Nowym Jorku, ale to raczej teoretycy.

Załóżmy, że w jakiś sposób zdobyłeś samolot, który potrafi wzbić się w powietrze. Powiedzmy, że udało ci się skombinować trochę paliwa lotniczego. Masz wolny pas startowy, a nawet skórzaną czapkę, gogle i szalik. Problem w tym, że nie potrafisz latać. No cóż, ja mógłbym uczyć cię przez kilka tygodni, kilku spośród tych wspomnianych staruszków pewnie też zgodziłoby się poświęcić trochę czasu w zamian za skrzynkę świeżych owoców, ale latanie należy do tych szlachetnych sztuk, które nabywa się przez praktykę. Jeśli chcesz zostać pilotem z prawdziwego zdarzenia musisz spędzić trochę czasu w powietrzu, pod okiem instruktora. Znowu pojawiają się problemy z paliwem, zapłatą dla nauczyciela, awariami samolotu. Zaczynasz już łapać, dlaczego tak mało ludzi lata?

Moloch, największy wróg pilota

Po wojnie Moloch dalej pozostał zawzięty na samoloty. Boi się, że ludzie na nowo zaczną latać. Ot co. Linia Molocha na północy jeży się od broni przeciwlotniczej. Jeśli coś jest większe od lotni, lata i jest wykrywalne przez radar, Moloch to zestrzeli. Były oczywiście wyjątki, jak Lotka – facet, który obserwował Bestię z motolotni. Słyszałem też o innych podróżach powietrznych. Ludzie ciągle znajdują sposoby, by oszukać Molocha, a kiedy ten przejrzy ich sztuczki, znajdują nowe sposoby No, ale sprytnych jest niewielu i podobnie jak my niechętnie dzielą się swoim monopolem na szybowanie w przestworzach. Co tu dużo główkować – najwyraźniej jeden z algorytmów maszyny ostrzega ją przed atakiem lotniczym. Diabli wiedzą co jej się przepina w tych chromowanym łbie. Wiadomo tylko, że działania Molocha to wypadkowa kilkuset, może kilku tysięcy – kto to wie – programów. Więc jeśli jesteś bystrzakiem z Teksasu i z dużym wysiłkiem próbujesz wykumać, jak to jest, że jeszcze żaden z nas, tu na północy nie zrobił sobie balonu i nie zrzuca na Molocha niespodzianek – zrozum: Bestia ładuje z wszystkiego co ma w każdy stworzony przez człowieka obiekt na niebie.

Tak właśnie było w czasie wojny Część samolotów wyposażonych w komputery spadała, kiedy przejął je Moloch, a pozostałe maszyny były zestrzeliwane przez oszalałe systemy obronne. Samoloty, jako najszybsze środki transportu, były eliminowane z największą zaciekłością. Im bardziej były nowoczesne, tym większa była szansa, że Moloch je strąci, bo oprócz artylerii przeciwlotniczej dysponował przecież groźniejszą bronią – zdolnością do wchłaniania i przejmowania komputerów. Nasze szczęście, że wolał rozbijać przejęte maszyny niż posługiwać się nimi przeciw człowiekowi. W środkowym stadium wojny, kiedy jeszcze nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę z jego możliwości, a byliśmy zdesperowani, uzbrajaliśmy bombowce w broń masowego rażenia. Strach pomyśleć co by się stało, gdyby nasz wspólny wróg po ich opanowaniu potrafił je poprowadzić z taką samą skutecznością jak ludzie.

Moloch ma wiele dziwactw i jest pokręcony jak gwint żarówki. Haller, spec z Posterunku, utrzymuje, że Bestia słabo rozumie trzeci wymiar przestrzeni, ale nie mieści mi się to w głowie. Według mnie ten cybernetyczny twór jest bardzo przebiegły i kiedy chce, potrafi wykazać się oszałamiającą skutecznością, a gdy trzeba, potrafi wprowadzić w błąd. Bestia nie zawsze działa zgodnie z logiką, ale czasami jak się na coś uprze, to trzyma się pomysłu konsekwentnie, bez względu na straty. Typowy przykład to doktryna budowy maszyn bojowych. Są nieskomplikowane i polegają przeważnie na broni niewymagającej amunicji i zaawansowanej techniki. Moloch nie chce, by ludzie zdobywali na nim nowe technologie i podzespoły To samo tyczy się maszyn latających. Strategia Bestii wyklucza ich użycie. Dużo łatwiej byłoby zbombardować przeciwników, niż gnębić ich naziemnymi dziwadłami, ale wyobraź sobie, że ludziom udało się zdobyć jedno z latających cudeniek. Moloch cały zardzewiałby ze zgryzoty, co? Nie mógłby rozróżnić, czy to, co lata nad nim to swój, czy wróg, bo przecież spece z Posterunku noszą głowy nie od parady i nie jako oparcie dla tych fikuśnych hełmów. Raz-dwa wykombinowaliby jak złamać kody sygnałów i okpić Molocha – wlecieć na jego terytorium i narobić zamieszania.

No ale wniosek jest taki: mamy pata – on nie chce latać i nie daje nam latać na dużą skalę. Wątpię, by w najbliższej przyszłości coś miało się zmienić.

Ryzykowne wyprawy

W czasie walk i tuż po wojnie wiele osób próbowało wydostać się ze Stanów drogą powietrzną. Większość samolotów została zestrzelona i – jak sądzę – tylko nieliczne dotarły na inne kontynenty Nie licząc obrony przeciwlotniczej Molocha, to drugi powód, dla którego mamy uraz do latania. Tak spektakularne niepowodzenia – spadające Boeingi i awionetki – zostawiły niezatarte wrażenie, że w powietrzu czyha śmierć. Po latach powstało kilka projektów wypraw poza Amerykę. Zakończyły się smutno, ale dzięki nim dysponujemy paroma konkretnymi informacjami.

Wiemy, że na międzykontynentalnych podróżników czekają systemy obronne stworzone przez ludzi i prawdopodobnie kontrolowane przez człowieka. Nie mówię tutaj o artylerii przeciwlotniczej i ciężkiej broni maszynowej, ale o rakietach ziemia-powietrze. Siedzimy w więzieniu, a nic tak nie wkurza Molocha, jak próba przepiłowania krat. Jeśli ktoś próbuje przedostać się do Europy albo Azji drogą powietrzną, Bestia skieruje przeciw niemu środki, o jakie nie podejrzewałby jej nawet weteran frontu. Samolot dostaje rakietą, potem dla pewności poprawka i do widzenia.

Co w takim razie kieruje ludźmi, dlaczego ciągle próbują? Ciekawość tego co się dzieje za granicą jest bardzo silna, to raz. Dwa, to poszukiwanie lepszego miejsca do życia. No i trzy – istotna informacja – wiemy, że niektórym się udało. Dolecieli, ale wszelki ślad o nich zaginął. Nie wiadomo czy zginęli na obcej ziemi od nieznanego nam zagrożenia, czy na innych kontynentach jest tak dobrze, że nie warto ryzykować powrotu.

A wiesz ilu palantów było tak bardzo ciekawych tego, co kryje się wewnątrz Molocha, że odważyło się wsiąść do latającego złomu i ruszyć na północ? I wiesz, niewielu udało się wrócić i nie sądzę, by jedynym powodem było to, że brakło komuś paliwa… Jedna z popularniejszych knajpianych opowieści mówi właśnie o takiej grupce śmiałków, którzy wyprawili się wzdłuż zachodniego wybrzeża na północ. Chcieli zbadać terytorium w głębi Molocha.

Można mówić o pewnych sukcesach wypraw do Kanady. Ja nie brałem udziału w żadnej, ale Stanley Starszy tak i sporo mi opowiadał. Podobno w głębi Moloch nie jest taki jak na granicy. To, co nazywamy Molochem to pas szeroki na około 400 km, pełen wszelkiego rodzaju instalacji obronnych, w tym przeciwlotniczych, fabryk zbrojeniowych i laboratoriów hodowlanych wypuszczających mutków. Dalej ciągnie się przemysłowa część Bestii, która pracuje na potrzeby wojny. Kopalnie, fabryki, pewnie jakieś centra decyzyjne. Oczywiście i tam znajdziesz systemy obronne, ale nie jest to zwarty pas umocnień, jaki znamy. Zwiadowcy zawracali, gdyż kończyło się im paliwo, a wylądować nie było gdzie ze względu na wałęsające się roboty i zdradziecki ogień przeciwlotniczy W sumie zdobyliśmy tą wiedzę, ale nie wiemy co z nią począć, więc nie ma nawet sensu organizować podobnych wypraw.

Pierwsi we wszystkim, czyli Nowy Jork

Opowiadam jak to w Stanach nikt nie lata i jak strasznie jest po wojnie w powietrzu, więc teraz parę słów o precedensach. Pierwszym i najsłynniejszym wyjątkiem jest lotnisko Kennedy’ego w Nowym Jorku. Pamiętam jego otwarcie po wojnie. Jedynym sprawnym samolotem był staruszek Boeing w barwach Lufthansy. Na jego pokład wszedł pierwszy powojenny prezydent – Collins. Samolot wzbił się w powietrze, zatoczył dwie pętle i wylądował, by oszczędzić paliwo. Collins wysiadł i nie wiedział co powiedzieć do zgromadzonych ludzi. Rozejrzał się dookoła, popatrzył na barwy samolotu, uśmiechnął się i krzyknął: „Jestem Berlińczykiem!”. Kretyn.

Dzisiaj lotnisko Kennedy’ego daje Nowemu Jorkowi więcej prestiżu niż pożytku. Co prawda w Teksasie lądowisk jest bardzo dużo, Apallachy podobno też mogą poszczycić się jednym czy dwoma, ale żadne z nich nie ma takiej tradycji i siły symbolu. Nowojorski smog nie sprzyja nawigacji w powietrzu, ale ogromne nakłady sił i energii pozwalają oświetlić płytę lotniska i zapewnić w sąsiedztwie miasta łączność radiową.

Do ciekawostek należy Nowojorskie Centrum Szkolenia Pilotów, w skrócie NCSP Samolotów mają jak na lekarstwo, dysponują za to doskonałymi komputerowymi symulatorami lotu. Centrum należy do wojska i nauka w nim uważana jest za wielki przywilej, nawet jeśli absolwent ani myśli o późniejszym lataniu. Tym, czym była kiedyś dla Brytyjczyków marynarka wojenna, dla Nowojorczyków jest lotnictwo, chociaż więcej w tym sentymencie żalu i tęsknoty za niespełnionymi możliwościami, niż autentycznego pożytku. W ostatnich czasach Centrum przyjmuje studentów z innych obszarów, zacieśniając więzy z Federacją Apallachów i z Posterunkiem. Szczególnie bogata szlachta z gór z uważa ukończenie kursu za powód do dumy. Cóż, jak widać armia Nowego Jorku, która przejęła tradycję West Point, za najbardziej elitarną dziedzinę szkolenia uważa tą najbardziej niepraktyczną. Wszyscy jesteśmy małymi chłopcami i każdy z nas chce być pilotem.

Jak się lata na południu

Parę słów o drugim wyjątku w ogólnym strachu przed lataniem. Mam na myśli inwencję ludzi z południowej części Stanów, głównie z Teksasu, ale również z Miami. Samoloty samolotami, ale jak mawiał Stanley: nie wszystko gówno, co pływa w przerębli. Na południu latają też inne twory człowieka niż balony: sterowce, lotnie itd. Tam ludzie chcą latać i próbują latać. Nie jest tak trudno zbudować balon, gorzej już z nawigacją w powietrzu, szczególnie, kiedy w okolicy pojawiają się Tornada. Wtedy testujesz spadochron i ewakuujesz się na matulę ziemię ile sił w grawitacji. Oczywiście, prości ludzie wolą drałować na piechotę albo konno, bo balon dostrzec można łatwo, a często warunkiem udanej podróży jest dyskrecja. Wiesz, fajnie zasiąść za sterami jakiejś odjazdowej maszyny i czasem odlać się na karawanę poniżej, ale uwierz mi, o wiele mniej fajnie jest, kiedy tam na dole dostrzeże cię grupka debili, dla których najlepszą zabawą będzie próba sprowadzenia cię na ziemię. Od balonów trzymaj się z daleka. Jedna kulka jakiegoś kretyna z Hell Angels i po chwili czujesz się, jakbyś skakał na banji, tylko bez liny. Trochę bezpieczniejsze są lotnie i paralotnie. To sprzęt, który można zbudować z materiałów powojennych – z dużą dawką kevlaru przydrutowanego w krytycznych miejscach masz szansę poszybować nawet nad wrogami.

Jeszcze w dwudziestym wieku pomysłowi faceci produkowali różne samoróbki w garażach. Z silnika, kilku desek i sznurków, dało się zrobić coś, co lata, choć niekoniecznie daleko i sprawnie. Jak wspominałem na samym początku, na starych lotniskach nie uświadczysz raczej sprawnych maszyn, ale części zamiennych jest całkiem sporo. Potrzebna jest jeszcze wiedza, jak to złożyć w działającą całość, więc nie narzekaj, jeśli ktoś wbijał ci do głowy prawa fizyki i mechaniki. Czasami potrzebny jest dodatkowy sprzęt, na przykład wóz z mocnym silnikiem do rozpędzenia twojej maszynki. Gromadź materiały i sprzęt zawczasu, nawet zanim zdołasz znaleźć samolot. Jeśli masz odpowiednią wiedzę dam dobrą radę – wyszkol kilku ludzi i załóż warsztat. Na początku na swoje własne potrzeby, potem, gdy sława się rozniesie, zaczniesz zbierać zamówienia z zewnątrz. Do pilotowania samoróbek trzeba mieć jaja, ale nad tym nie będę się rozwodził. Jeśli zgłosiłeś się do mnie, to znaczy, że nie boisz się spaść z kilometra na ziemię.

Centrum kontroli lotów

Twoim centrum kontroli lotów zawsze będziesz ty sam. Zapomnij o wieży, porządnym pasie startowym i komunikatach meteo. Najpewniej w twojej latającej samoróbce nie będzie miejsca dla nawigatora. Nie masz nawet co myśleć o drugim pilocie na pokładzie. Jednym słowem w powietrzu jesteś zdany sam na siebie. Postaraj się przynajmniej, żeby po lądowaniu wszystko było na swoim miejscu.

Samolot potrzebuje solidnego hangaru, zabezpieczonego nie tylko przed niepogodą, ale również przed złodziejami. Obok przyda się warsztat, w którym będziesz mógł naprawić usterki i zamontować usprawnienia. Warsztat z kolei wymaga dobudówki na narzędzia i części zamienne, i to raczej sporej, bo części lotnicze są duże. Musisz też pomyśleć o zbiorniku na paliwo, najlepiej podziemnym – w ten sposób zminimalizujesz ryzyko eksplozji. Jeśli przy samolocie pracują jacyś mechanicy, wypadałoby dać im jakieś mieszkania. Jeszcze szopa na dobytek ich i twój… Jak widzisz latanie to nie w kij pierdział, teraz już wiesz dlaczego na potrzeby czterech samolotów musieliśmy anektować całe lotnisko? Praca pilota to nie tylko romantyczne szybowanie w przestworzach, ale ciężka harówka. Jedno awaryjne lądowanie i sprzęt jest unieruchomiony na tygodnie, a jeśli nie masz części zapasowych, to aż do ich znalezienia. Musisz odholować maszynę do hangaru autem lub z pomocą wołów, a w najgorszym razie samemu. Ciągłe przeglądy, dłubanie w silniku, montowanie zabezpieczeń. To nie auto – jeśli coś się zepsuje nie wysiądziesz i nie pójdziesz dalej piechotą.

Ile to kosztuje?

Słuchałeś cierpliwie, więc czas na nagrodę. Jak chcesz poczuć dreszczyk emocji, możemy się przelecieć. My, Pomarańczowi, jesteśmy niezawodni, a jeśli chodzi o ceny usług lotniczych, mieścimy się gdzieś w środku rankingu. Ani drogo, ani tanio. Wysoka jakość za umiarkowaną cenę. Nowy Jork jest dużo droższy, a transport w samoróbkach tańszy, więc jak widzisz. nasza cena jest rozsądna. Bulisz 300 gambli i biorę cię na przejażdżkę, jakiej nie zapomnisz do końca życia. Nazywam to lotem na połowę zbiornika, bo za dwie stówki dolecisz gdzie chcesz, pod warunkiem, że będzie gdzie wylądować i zostanie drugie tyle paliwa na powrót. Jeśli na miejscu albo po drodze czeka gorące powitanie, płacisz premię za pracę w niebezpiecznych warunkach. Zazwyczaj 200 gambli, czasami więcej.

No to wsiadamy. Po powrocie nauczę cię, jak samemu zrobić latającą maszynę i pokażę kilka moich samoróbek. W końcu będziesz mógł latać samodzielnie!

Autor: Marcin Blacha, Ignacy Trzewiczek, Michał Oracz
Redakcja: Sylwia „Nefariel” Bogdańska

Ten artykuł został pierwotnie opublikowany w czasopiśmie Gwiezdny Pirat,
wydawanym przez Wydawnictwo Portal (czyli autorów Neuroshimy).
Dziękujemy za zgodę na publikację i zapraszamy na stronę PortalGames.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.