On

Nikt nie znał jego prawdziwego imienia. Mówili o nim po prostu on.

Mieszkał gdzieś na obrzeżach Miami, pośród gęstwiny drzew, na bagnach. Nikt jednak nie wiedział gdzie dokładnie. Normalni ludzie nie odwiedzali go – nie mieli najmniejszego powodu – a poza tym od takich miejsc lepiej trzymać się z daleka, nigdy nie wiadomo jakie cholerstwo czai się pośród mglistej gęstwiny.

Chłopak miał nie więcej niż osiemnaście lat i na tyle właśnie wyglądał. Tak przynajmniej twierdzili ci, którzy mieli okazję zobaczyć go z bliska. A nie było o to łatwo. Gdy tylko on wyczuwał w pobliżu kogokolwiek, uciekał, krył się na niedostępnych, bagnistych terenach. Bał się ludzi i tego co mogli mu zrobić. Doświadczył już niejednej przykrości z ich strony.

Urodził się po wojnie. Jego matka była żoną jednego ze zbieraczy „skarbów” ukrytych pod powierzchnią wody w zatopionych budynkach i magazynach. Ojca nie pamiętał. Znał jedynie jakieś strzępy informacji, słyszał, że ojciec był odważnym człowiekiem, że dbał o matkę i swojego pierworodnego syna. Ale co to za bohaterstwo dać się zabić jakiemuś pieprzonemu brudasowi z bagien za garść zamulonego żelastwa?

Po śmierci ojca matka wychowywała go samotnie. Wtedy przenieśli się na „przedmieścia” Miami, jak najdalej od zawistnych ludzi, którzy tylko czekali na okazję, aby wzbogacić się ich kosztem. Wcześniej wielokrotnie był świadkiem tego, jak w upokarzający sposób matka zdobywała dla nich środki do życia. Do przeżycia.

Cholernie niesprawiedliwy ten świat, myślał wtedy Ale milczał. Był za mały, aby rozumieć coś z tego, co działo się dookoła. Wiedział tylko jedno – matka poświęcała się, cierpiała dla niego. Widział to w jej załzawionych, podkrążonych oczach. Słyszał to każdej nocy, kiedy odwrócona twarzą do ściany ich nędznego schronienia, płakała.

Któregoś dnia to się zmieniło. Jeden z tych wiecznie brudnych zbieraczy przedwojennego złomu, wysoki, chudy gruźlik o ziemistej cerze i wiecznie kaszlący, w zamian za jedzenie i czystą wodę chciał się „zabawić”. Był brutalny, matka opierała się. Pobił ją, wrzeszcząc przy tym różne przekleństwa, których on wcześniej nie słyszał, i których nie rozumiał. Wiedział tylko jedno – ten człowiek krzywdził jego matkę i był zły.

Ciała suchotnika nigdy nie odnaleziono. Ludzie mówili później, że on go zjadł.

Miał wtedy jedenaście lat.

Wtedy zmarła jego matka. Wtedy zmieniło się jego życie.

Mieszkańcy Miami, którzy mieli jakikolwiek powód aby zapuszczać się poza obręb miasta, widywali go. Gdzieś pomiędzy ciemną zielenią drzew migała im drobna sylwetka chłopaka, jego gęste zaniedbane włosy, blada twarz. Ci, którzy mieli nieco więcej szczęścia dostrzegali błysk jego na wpół zdziczałych oczu, w których czaił się strach, ale jednocześnie niespotykana zawziętość i wola przetrwania.

Chłopak dostosował się do otaczającego go świata. Być może lepiej niż wszyscy inni.

Wreszcie znalazło się kilku postrzeleńców, którzy postanowili urządzić polowanie na chłopaka. Chwalili się tym przed wszystkimi, opowiadali jaka to będzie świetna zabawa. Chcieli być sławni, pragnęli swoich pięciu minut i kilku darmowych drinków w Puerto Rico.

Było ich czterech – żylaści, twardzi zawodnicy z wielkimi nożami i pukawką. Jeden z nich znany był jako łowca aligatorów. To on wpadł na ten pomysł.

Wyruszyli wczesnym rankiem, któregoś chłodnego dnia, jeszcze zanim blade słońce podniosło swoje oblicze ponad gęstymi, wilgotnymi oparami na bagnach. Skradali się w skupieniu i zupełnej ciszy, pewni swoich umiejętności.

Dostrzegli go śpiącego pomiędzy korzeniami jakiegoś dużego drzewa. Czarne włosy zakrywały mu twarz, a postrzępione ubranie, które normalny człowiek już dawno by wyrzucił, ledwo osłaniało wątłe ciało chłopaka. Jego skóra była niemal zupełnie zielona. Początkowo myśleli, że jest to tylko złudzenie wywołane przez promienie wschodzącego słońca. Jednak po chwili zrozumieli, on naprawdę miał zieloną skórę.

Stali nieruchomo jak zahipnotyzowani, patrząc na śpiącego chłopaka. Mieli okazję ustrzelić go i nie narażać się na niepotrzebną walkę, ale nie zrobili tego. Po prostu stali tam i mu się przyglądali. Jeszcze nie mieli okazji spotkać takiego cudaka. Owszem, słyszeli przeróżne opowieści o mutantach i całej reszcie powojennego cholerstwa, ale czegoś takiego jeszcze nie widzieli.

Zgubiła ich chciwość. Dostrzegli okazję do wzbogacenia się na pokazywaniu zielonoskórego dzieciaka jako niemałej atrakcji. Chcieli go dostać żywcem. Rozdzielili się, by zajść go z kilku stron.

Wtedy chłopak zerwał się. Nie spodziewali się, że tak nędznie wyglądająca istota będzie zdolna do tak błyskawicznego ataku – nie ucieczki, ale właśnie ataku. Chłopak rzucił się w kierunku najbliższego mężczyzny. Dopadł go jednym skokiem. Żaden normalny człowiek nie potrafiłby skoczyć tak daleko. Runął na niego niczym grzechotnik, uderzył, przeorał twarz łowcy paznokciami – długimi i twardymi, jak szpony dzikiego zwierzęcia. Mężczyzna zawył, ale krzyk bólu uwiązł mu w gardle kiedy chłopak uderzył jego głową o pień drzewa. Słychać było trzask pękającej czaszki i po chwili mężczyzna leżał już bezwładnie na wilgotnej ziemi.

Ale zanim ciało pierwszego twardziela dotknęło błota, chłopak był już przy drugim i nim ten zorientował się co się święci, chłopak rzucił mu się do twarzy, drapiąc i gryząc. Błysnęły białe, ostre zęby, które bardziej przypominały kły aligatora niż ludzkie.

Potem był huk wystrzału i krzyk. Chłopak zręcznie uniknął trafienia i pocisk trafił tego z poharataną twarzą, rzucając go na ziemię.

Ten z pistoletem spanikował i uciekł. Nie oglądał się nawet wtedy, kiedy chłopak dopadł trzeciego z pechowców. Słyszał tylko jego wrzask: rozedrgany, nieludzki i z każdą sekundą coraz cichszy

Od tamtej pory minęły dwa lata. Mężczyzna, który się uratował, wciąż nie może uwierzyć, że to spotkało właśnie jego. Cieszy się, że przeżył spotkanie z tym „pieprzonym człowiekiem-aligatorem”, jak od tamtego feralnego dnia nazywa chłopaka z bagien.

A co z tym, o którym mówiono on?

Podobno czasem można go jeszcze spotkać na bagnistych terenach otaczających Miami. Pojawia się tylko na kilka sekund, błyska swoimi dzikimi oczami i znika pośród gęstych zarośli.

Nadal boi się ludzi, którzy chcieliby mu wyrządzić krzywdę. Boi się ich, ale oni bardziej boją się jego.

Autor: Piotr Orliński
Redakcja: Sylwia „Nefariel” Bogdańska

Ten artykuł został pierwotnie opublikowany w czasopiśmie Gwiezdny Pirat,
wydawanym przez Wydawnictwo Portal (czyli autorów Neuroshimy).
Dziękujemy za zgodę na publikację i zapraszamy na stronę PortalGames.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.